atoms.adSlot.adLabel

Poznałam go na bankiecie charytatywnym, na który dostałam się przypadkiem z koleżanką – ona znała kelnera, ja miałam na sobie sukienkę pożyczoną z wypożyczalni. Wystarczyło jedno spojrzenie i już wiedziałam, że to mój bilet do lepszego życia. Edward był starszy o dobre trzy dekady, wdowiec, właściciel kilku nieruchomości i fundator. Uśmiechnęłam się do niego z udawanym smutkiem w oczach, a on – jak to samotni mężczyźni po przejściach – natychmiast złapał przynętę. Weszłam w jego świat jak w nowe buty. Wygodne, markowe, i zdecydowanie nie dla każdego.

Byłam oszołomiona jego majątkiem

Willa stała na wzgórzu, z którego roztaczał się widok na jezioro – taflę wody spokojną jak głos Edwarda, kiedy mówił o swojej nieżyjącej żonie. Słuchałam uważnie, kiwając głową i ściskając delikatnie jego dłoń. Wiedziałam, że lubił mówić, a ja potrafiłam słuchać – zwłaszcza jeśli opowieści kończyły się prezentem albo kolejnym przelewem. Dom był ogromny. Marmurowe podłogi, wysokie sufity, kominek, który rozpalała służba. Czułam się jak aktorka w dobrze napisanym filmie. Rolę żony zagrałam przekonująco – spokojna, czuła, ułożona. Nawet sama w to chwilami wierzyłam.

– Jak ci się tu podoba? – zapytał, kiedy oprowadzał mnie po bibliotece.

– Czuję się jak w bajce – odparłam, przyglądając się złoconym oprawom starych książek.

Uśmiechnął się i położył mi dłoń na plecach. Nie musiałam się z nim przesypiać, przynajmniej nie od razu. Wystarczyła troska. Herbata z miodem, gdy bolał go kręgosłup, przytulenie, gdy wspominał pierwszą żonę. Dawałam mu złudzenie ciepła. A on – jakby wdzięczny – otwierał kolejne szuflady ze szkatułkami, bransoletkami, kartami do luksusowych SPA. Wiedziałam, że jestem coraz bliżej celu.

Tylko czekałam, aż poprosi mnie o rękę

Codzienne zmiany wprowadzałam ostrożnie, jakby to było coś zupełnie naturalnego. Wstawałam wcześniej, mimo że nienawidziłam poranków. Zaparzałam mu herbatę, a na tacy przynosiłam rogaliki z konfiturą malinową – taką, jaką lubił. Przy stole siadałam naprzeciw, z książką, choć czytałam tylko pierwsze akapity, resztę dnia planując w myślach kolejne posunięcia.

– Wyglądasz dziś pięknie – powiedział pewnego ranka, kiedy miałam na sobie kaszmirowy szlafrok, który sam mi kupił.

– Ty też – odpowiedziałam, uśmiechając się.

Zaczęłam chodzić z nim na spacery po ogrodzie. Opowiadałam o dzieciństwie w małym miasteczku, które w rzeczywistości przypominało bardziej szarą kamienicę z nieustającym hałasem sąsiadów. Stworzyłam swoją wersję życia – spokojną, pełną książek i zapachów. On słuchał moich historii wyssanych z palca czasem ze łzami w oczach.

Wymyślałam historie o chorym ojcu, o mamie, która uczyła mnie empatii. Miałam talent do wywoływania wzruszeń, opanowałam drżenie głosu do perfekcji. Przychodziło mi to z łatwością, zwłaszcza kiedy widziałam, jak jego wzrok mięknie. Wiedziałam, że się przywiązuje. A ja coraz częściej zastanawiałam się, ile jeszcze czasu minie, zanim poprosi mnie o rękę.

Niespodziewany gość, który popsuł moje plany

Był ciepły wrześniowy wieczór, kiedy przyjechał jego siostrzeniec. Wysiadł z czarnego auta, elegancki, zbyt pewny siebie. Nie spodobał mi się od razu. W jego spojrzeniu było coś zimnego, jakby znał mnie lepiej, niż powinien.

– To Helena – przedstawił mnie Edward z uśmiechem. – Moja narzeczona.

Uśmiechnęłam się, delikatnie ściskając dłoń nowego gościa. Miał na imię Wiktor i został u nas na weekend. Przez trzy dni obserwował mnie, niby ukradkiem, ale czułam to na każdym kroku. Zaczęłam bardziej kontrolować swoje ruchy, sposób mówienia. Udawałam jeszcze lepiej. W sobotę po kolacji znalazłam go w gabinecie Edwarda. Przeglądał stare albumy ze zdjęciami. Usiadłam obok i spojrzałam na jedną z fotografii – młoda kobieta o miękkim spojrzeniu tuliła dziecko.

– Ciocia Irena – powiedział chłodno. – Miała wyjątkową intuicję.

Zamknął album i spojrzał na mnie z tym swoim przenikliwym spojrzeniem.

– Masz bardzo... wygodne życie, prawda?

– Troszczę się o Edwarda – odpowiedziałam spokojnie.

Wiktor nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się tylko i wyszedł. Tej nocy nie spałam dobrze. Po raz pierwszy od dawna poczułam niepokój, którego nie potrafiłam zignorować.

Zaczął zadawać pytania

Kolacja była wystawna. Edward kazał przygotować swoje ulubione dania, a ja – jak zawsze – zadbałam o detale. Świece, delikatna muzyka w tle, sukienka w odcieniu bordo, która podkreślała moją talię. Grałam rolę idealnej towarzyszki. Siedziałam tuż obok niego, nalewałam wino, podsuwałam ulubione przystawki.

– Helenka uwielbia dbać o dom – rzucił Edward, a ja tylko się uśmiechnęłam.

– I dom, i gospodarza – dodałam z uśmiechem.

Wiktor przyglądał się nam. Zaczął zadawać pytania. Zbyt szczegółowe.

– Mówiłaś, że twoja mama pracowała w bibliotece. W jakim mieście? – zapytał znienacka.

– W Bolesławcu – skłamałam odruchowo.

– Ciekawe. Mój znajomy właśnie stamtąd pochodzi – odparł i zamilkł, jakby czekał na reakcję.

Edward tego nie zauważył. Był w dobrym nastroju, czuły, spokojny. W jego oczach widziałam zaufanie, które tak starannie pielęgnowałam. Natomiast Wiktor... On patrzył inaczej. Jak człowiek, który układa już puzzle z brakujących faktów. Tej nocy długo siedziałam przed lustrem. Coraz trudniej było utrzymać maskę na twarzy, która zaczynała mnie uwierać.

„Chcę, żebyś była zabezpieczona”

Edward poprosił mnie, żebym usiadła z nim w ogrodzie. Miał na sobie sweter w kolorze śliwki, który zawsze dodawał mu ciepła. Wyglądał spokojnie, ale mówił powoli, jakby ważył każde słowo.

– Wiesz, Heleno... – zaczął, nie patrząc na mnie. – Ostatnio dużo myślałem.

– O czym? – zapytałam łagodnie, choć serce zabiło mi szybciej.

O tym, co zostanie po mnie.

Zamrugałam. Wiedziałam, że zbliżamy się do tematu testamentu. Czekałam na tę rozmowę od miesięcy.

– Chcę, żebyś była zabezpieczona – dodał. – Ale też... uczciwie traktowana.

– Edwardzie, ja nie jestem tu dla pieniędzy – szepnęłam, grając wzruszenie.

Uśmiechnął się, lecz ten uśmiech nie był ciepły. Był... znajomy. Znałam go. Tak samo uśmiechałam się, kiedy mówiłam coś, czego nie czułam. Kilka dni później pojawił się notariusz. Edward poprosił mnie, żebym nie uczestniczyła w spotkaniu. Powiedział, że wszystko załatwi. Kilka tygodni później zmarł. Cicho, we śnie, w tym samym fotelu, w którym siedział podczas naszej pierwszej rozmowy.

Testament odczytano w obecności jego rodziny. Nie było w nim mojego imienia. Ani słowa o mnie. Nawet w przypisie. A jego siostrzeniec uśmiechał się dokładnie tak samo, jak wtedy przy kolacji.

Zostały mi tylko ciuchy...

Zabrałam się z willi w pośpiechu. Nie czekałam, aż ktoś mnie wyprosi – miałam na tyle przyzwoitości, żeby sama odejść. Spakowałam walizkę, tę samą, którą przywiozłam z wynajmowanego mieszkania. Była teraz pełniejsza – drogie sukienki, torebki, jedwabna bielizna. Wszystko kupione w trakcie mojej wielkiej gry.

Stanęłam przed bramą i spojrzałam ostatni raz na dom. Nie płakałam. Może powinnam, ale nie potrafiłam. Było mi wstyd, że dałam się rozgryźć. Byłam przekonana, że uda mi się być kimś lepszym, ale grałam zbyt długo i sama się zgubiłam. Wiktor minął mnie bez słowa. Miałam ochotę rzucić mu w twarz, że nic nie rozumie. Może faktycznie nie kochałam Edwarda, ale przecież się starałam. Dawałam mu uwagę, ciepło, rozmowę. Czy to aż tak mało?

Wsiadłam do taksówki i spojrzałam na swoje odbicie w szybie. Twarz była spokojna, choć już nie taka jak wcześniej. Coś w niej zgasło. Może następnym razem zagram lepiej. A może po prostu przestanę grać.

Helena, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel