Reklama

Cisza w moim mieszkaniu była czymś więcej niż brakiem dźwięków. Była wyborem. Poranki bez pośpiechu, kubek kawy wypity do końca, myśli, których nikt nie przerywał. Nie czułem pustki, raczej porządek. A jednak dla innych ten spokój zawsze wyglądał jak problem do rozwiązania. Jakby moje życie było wersją roboczą, wymagającą ciągłych poprawek.

Człowiek myśli, że mu tak pasuje

Do Tomka szedłem z lekkim napięciem, choć próbowałem je zignorować. Nowe mieszkanie, świeżo po ślubie, wszystko pachniało zmianą. Już w progu przywitał mnie z szerokim uśmiechem, jakby chciał udowodnić całemu światu, że oto właśnie tak wygląda spełnienie.

– Leon! Dawno cię nie było – klepnął mnie w ramię. – Wchodź, zaraz będziemy jeść.

Przy stole siedziała już jego żona, a obok Rafał, który bawił się widelcem, obserwując wszystkich spod lekko uniesionych brwi. Rozmowa toczyła się gładko, bezpiecznie, aż do momentu, którego spodziewałem się od początku.

A u ciebie co nowego? – zapytała żona Tomka, nalewając mi herbaty. – Nadal… sam?

Skinąłem głową.

– Nadal dobrze – dodałem, zanim ktoś zdążył dopowiedzieć resztę.

Tomek uśmiechnął się porozumiewawczo.

– Wiesz, my też tak mówiliśmy, zanim się poznaliśmy – rzucił, zerkając na żonę. – Człowiek myśli, że mu tak pasuje, a potem wszystko się zmienia.

– Albo nie – odpowiedziałem spokojnie. – I też jest w porządku.

Zapadła krótka cisza, taka nie do końca niezręczna, raczej czujna. Rafał parsknął cicho.

– Leon po prostu lubi chodzić pod prąd – skomentował. – Taki typ.

– Nie, no jasne – podchwycił Tomek. – Tylko nie mów, że nie tęsknisz za kimś, z kim można pogadać wieczorem.

Uniosłem wzrok.

– Rozmawiam. Teraz na przykład.

Śmiech rozlał się po stole, ale był w nim ten dziwny ton, jakby żart miał coś przykryć. Zauważyłem, że każde moje zdanie było obracane w inną stronę. Kiedy mówiłem o spokoju, słyszeli strach. Gdy wspominałem o wolności, widzieli ucieczkę.

– Leon, ty się po prostu boisz zmian – powiedział Tomek łagodnie.

Poczułem, że mam dość. Już nie chciało mi się tłumaczyć, że to nie lęk, tylko wybór. Że nie każdy brak to brak wypełnienia. Zjadłem do końca, podziękowałem za kolację i wyszedłem wcześniej, tłumacząc się zmęczeniem. Na klatce schodowej poczułem ulgę, ale też ciężar. Najgorsze nie były ich słowa, tylko pewność, z jaką wiedzieli lepiej ode mnie, kim jestem i czego mi brakuje.

Nikt mnie nie słucha

Z Klarą spotkaliśmy się po pracy. Kawiarnia przy biurze była głośna, pełna ludzi, którzy rozmawiali jednocześnie, jakby bali się ciszy. Klara przyszła spóźniona, z telefonem w dłoni i tym swoim spojrzeniem, które zawsze oznaczało, że już coś wie.

– Wyglądasz na zmęczonego – powiedziała na powitanie. – Wszystko w porządku?

– Jak zwykle – odparłem. – Dzień jak co dzień.

Usiedliśmy. Przez chwilę mówiła o pracy, o planach na weekend z partnerem, o drobiazgach. Słuchałem, nawet z zainteresowaniem. Do momentu, aż temat skręcił w znajomą stronę.

– Wiesz – zaczęła ostrożnie – myślałam ostatnio o tobie.

Uśmiechnąłem się krótko.

– To brzmi groźnie.

– Nie żartuj. Chodzi mi o to, że… ty naprawdę nie boisz się być sam?

Wziąłem łyk herbaty, dając sobie sekundę.

– Nie jestem sam. Jestem solo. To różnica.

Westchnęła, jakby właśnie potwierdziłem jej obawy.

– Leon, samotność to nie jest stan docelowy. To często mechanizm obronny.

Poczułem ukłucie irytacji, ale jeszcze panowałem nad głosem.

– A związki zawsze są rozwiązaniem? – zapytałem. – Czy raczej plastrem na strach przed byciem ze sobą?

Zmrużyła oczy.

– Ty wszystko analizujesz. Czasem trzeba po prostu dopuścić kogoś bliżej.

– A jeśli nie chcę?

Zapadła cisza. Klara odsunęła filiżankę.

– To właśnie mnie martwi – powiedziała cicho. – Bo brzmisz, jakbyś się zamykał.

Zamknąłem się. Dosłownie. Nie dlatego, że trafiła, tylko dlatego, że znów ktoś próbował nazwać mnie problemem. Zauważyłem, że jej słowa były pełne troski, ale podszyte lękiem. Jej. Nie moim.

– Może ty nie wyobrażasz sobie innegi życia– powiedziałem spokojnie. – Ale to nie znaczy, że moje jest puste.

Nie odpowiedziała od razu. Kiwnęła głową, jakby coś zanotowała w myślach. Wiedziałem, że dla niej to była rozmowa o mnie. Dla mnie – kolejny dowód, że nikt mnie nie słucha, tylko czeka na moment, żeby mnie poprawić. Wyszedłem wcześniej. Na ulicy odetchnąłem głęboko. Przez chwilę naprawdę się zastanawiałem, czy nie mają racji.

Człowiek jest stworzony do bliskości

Z Igą spotkałem się po długiej przerwie. Zaproponowała spacer, „żeby było swobodnie, jak dawniej”. Pamiętałem ją jeszcze z liceum – zawsze z głową pełną planów i otwartym sercem. Zmieniła się, ale tylko trochę. Nadal mówiła szybko i dużo, jakby cisza mogła ją dogonić.

– Wiesz, że ja bym tak nie umiała – rzuciła już po kilku minutach. – Mieszkać samemu. Wracać do pustego domu.

– Dla mnie on nie jest pusty – odpowiedziałem.

Popatrzyła na mnie z mieszaniną współczucia i niedowierzania.

– Na razie – dodała. – Poczekaj, aż sam się przekona. Każdy się kiedyś przekona.

Zatrzymałem się.

– Do czego? – zapytałem. – Że nie warto być samemu?

Zaśmiała się nerwowo.

– Leon, nie bądź naiwny. Człowiek jest stworzony do bliskości. Ja próbowałam inaczej i zawsze wracałam.

Opowiadała o swoich związkach, o rozstaniach, o obietnicach, które szybko traciły znaczenie. Słuchałem uważnie, ale z każdym zdaniem czułem, że jej historia staje się miarą dla mojego życia. Jakbyśmy byli tą samą opowieścią, tylko po różnych stronach.

– Ty po prostu uciekasz przed ryzykiem – podsumowała w końcu. – Wybierasz bezpieczną opcję.

Poczułem, jak narasta we mnie sprzeciw.

– A może to twoje życie było ryzykiem, a moje jest spokojem? – zapytałem. – Czemu jedno musi być lepsze od drugiego?

Nie odpowiedziała od razu. Szliśmy chwilę w ciszy.

– Boję się, że kiedyś będziesz żałował – powiedziała w końcu. – I wtedy będzie za późno.

Skinąłem głową, choć w duszy się z nią nie zgadzałem. Zrozumiałem, że Iga nie mówiła o mnie. Mówiła o sobie. O swoim strachu przed ciszą, przed pustymi wieczorami, przed decyzją, że można żyć inaczej. Pożegnaliśmy się chłodno. Zostałem sam na chodniku, patrząc, jak odchodzi. Po raz pierwszy wyraźnie poczułem, że moi przyjaciele nie chcą mnie poznać takim, jakim jestem. Chcą, żebym był dowodem, że ich droga była jedyną możliwą.

Dobrze mi tam, gdzie jestem

Wracałem do domu pieszo, mimo że było daleko. Potrzebowałem tego marszu, powtarzalnych kroków, rytmu, który nie wymagał decyzji. Miasto wieczorem było inne – spokojniejsze, jakby też miało dość całodziennego gadania. Mijałem okna z zapalonym światłem, fragmenty cudzych historii, w których nie uczestniczyłem i których nie zazdrościłem. W mieszkaniu przywitała mnie cisza. Ta właściwa, znajoma. Oparłem się plecami o drzwi i przez chwilę stałem bez ruchu. Myśli wracały falami. Tomek z tą swoją pewnością. Klara z troską, która bardziej przypominała ostrzeżenie. Iga, która widziała we mnie zapowiedź własnych lęków.

Usiadłem na kanapie i pozwoliłem sobie na to, czego zwykle unikałem – na zwątpienie. A jeśli naprawdę czegoś nie widzę? Jeśli wszyscy mają rację, a ja tylko dobrze się maskuję? To pytanie bolało, bo było uczciwe. Przez chwilę próbowałem wyobrazić sobie inne życie: kompromisy, rozmowy, codzienną obecność kogoś obok. I zamiast tęsknoty poczułem napięcie. Jakby ktoś próbował wcisnąć mnie w za ciasną przestrzeń.

Dotarło do mnie, że przez lata zmienialiśmy się razem, a teraz zmieniali się już beze mnie. Ich spotkania miały nowy rytm, nowe tematy. Ja byłem tym, który jeszcze nie zrozumiał, jeszcze nie dojrzał. Zrozumiałem, że najbardziej męczy mnie nie samotność, tylko konieczność ciągłego tłumaczenia się. Że każda rozmowa była jak obrona pracy dyplomowej z własnego życia. Wstałem i otworzyłem okno. Powietrze było chłodne, trzeźwiące. Poczułem ulgę. Wiedziałem już, że ich droga i moja nie muszą się spotykać. I że nie muszę nikogo przekonywać, że dobrze mi tam, gdzie jestem.

Jestem szczęśliwy sam

Spotkaliśmy się jeszcze raz, choć długo się przed tym wzbraniałem. Urodziny Rafała – neutralny pretekst, neutralne miejsce. Wiedziałem jednak, że to będzie ostatni raz w tym składzie. Siedzieliśmy przy stole, rozmowa toczyła się wokół spraw codziennych, aż w końcu ktoś musiał to powiedzieć. Zawsze ktoś musiał.

– Leon – zaczął Tomek, udając lekki ton – serio, nigdy nie myślałeś, że mógłbyś spróbować? Tak po prostu?

Spojrzeli na mnie wszyscy. Klara z napięciem, Iga z nadzieją, Rafał z ironicznym półuśmiechem. Poczułem spokój, którego wcześniej tu nie było.

– Myślałem – odpowiedziałem. – I właśnie dlatego nie chcę.

Zapadła cisza. Nie ta niezręczna z żartów, tylko prawdziwa, ciężka.

– Ale dlaczego? – zapytała Klara. – Przecież nic nie tracisz.

Uśmiechnąłem się słabo.

– Właśnie że tracę. Siebie. Za każdym razem, gdy próbuję żyć tak, jak wy uważacie za właściwe.

Iga poruszyła się niespokojnie.

– To brzmi, jakbyśmy chcieli dla ciebie źle.

– Nie o to chodzi – odpowiedziałem spokojnie. – Brzmi tak, jakby tylko wasz sposób myślenia był słuszny.

Rafał pierwszy odwrócił wzrok. Tomek splótł dłonie. Nikt nie zaprzeczył.

– Jestem szczęśliwy sam – dodałem. – A jeśli to burzy wasz spokój, to nie jest mój problem. Nie chcę już tłumaczyć, że cisza nie zawsze oznacza pustkę.

Nie było kłótni. Tylko milczenie i coś w rodzaju żałoby po wersji mnie, której się spodziewali. Wyszedłem wcześniej, tym razem bez wymówek. Od tamtego spotkania nasze kontakty rozluźniły się same. Bez dramatów, bez zerwań. Rzadkie wiadomości, jeszcze rzadsze spotkania. I pierwszy raz nikt nie pytał, czy czegoś mi brakuje. Zrozumiałem, że bycie samemu nie boli. Boli bycie ciągle niewidzianym. A największym luksusem, na jaki mnie stać, jest życie bez konieczności udowadniania, że ma sens.

Leon, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama