Reklama

To miał być tydzień, który nas uratuje. Ja, Paweł, góry i drewniana chata z kominkiem, którą upolowałam w ofercie last minute. Marzyłam o gorącej czekoladzie, romantycznych wieczorach i ciszy, która ukoi moje zszargane korporacyjną presją nerwy.

Nie układało nam się

Wszystko zaczęło się od powiadomienia na telefonie. Był ponury wtorek w połowie stycznia. Siedziałam w open space, patrząc tępo w tabelki Excela, które zlewały mi się w jedną, szarą plamę. Czułam, jak wypalenie zawodowe zaciska pętlę na mojej szyi. W domu też nie było najlepiej.

Między mną a Pawłem od miesięcy wiało chłodem – i nie była to kwestia nieszczelnych okien w naszym warszawskim mieszkaniu. Byliśmy ze sobą od pięciu lat, ale ostatnio czułam się, jakbym dzieliła życie ze współlokatorem, który jedynie dorzuca się do czynszu i czasem zapyta, co na obiad.

I wtedy wyskoczyła ta reklama. „Zimowa baśń w Bieszczadach – ostatnie wolne miejsce – 70% taniej!”. Zdjęcia były obłędne. Rustykalna chata z bali, ogromny kominek, z którego niemal czuło się ciepło bijące przez ekran, i widok na ośnieżone szczyty, który zapierał dech w piersiach. Cena? Podejrzanie niska. Ale w tamtym momencie mój mózg wyłączył systemy ostrzegawcze. Desperacja przejęła stery.

Marzyłam o wyjeździe

Zadzwoniłam do Pawła.

– Kochanie, jedziemy. Znalazłam coś niesamowitego. Musimy się wyrwać – powiedziałam, starając się brzmieć entuzjastycznie, choć w środku czułam lęk. Bałam się, że odmówi. Że powie: „Mamy kredyt, oszczędzamy na remont łazienki”. Ale o dziwo, zgodził się.

– Dobra, bierz to. Może faktycznie tego potrzebujemy – mruknął.

W jego głosie nie słyszałam ekscytacji, raczej rezygnację, ale wzięłam to za dobrą monetę. Kliknęłam „Rezerwuj”. Wyjechaliśmy z Warszawy z opóźnieniem, bo Paweł musiał dokończyć jeden projekt, co w jego języku oznaczało gapienie się w monitor do ostatniej minuty. Kiedy w końcu ruszyliśmy, atmosfera w aucie była gęsta jak smoła.

– Mogłaś sprawdzić opinie – rzucił w pewnym momencie, gdy GPS po raz trzeci kazał nam skręcić w leśną drogę, która wyglądała, jakby ostatni raz jechał nią czołg w 1944 roku.

– Sprawdzałam! Były same piątki! – skłamałam. Nie sprawdzałam. Zobaczyłam zdjęcia, cenę i straciłam głowę.

– Jasne. Jak zwykle działasz pod wpływem impulsu, a potem ja muszę to odkręcać – westchnął ciężko, poprawiając okulary.

Miałam złe przeczucia

To „jak zwykle” zabolało mnie bardziej, niż chciałam przyznać. Paweł był typem analityka, człowieka, który planuje wyjście do toalety z dwudniowym wyprzedzeniem. Ja byłam chaosem. Kiedyś go to pociągało. Mówił, że wnoszę kolory do jego szarego życia. Teraz moje kolory go drażniły.

Zapadł zmrok. Jechaliśmy przez totalne odludzie. Zasięg w telefonach zniknął dobre pół godziny temu. Wokół tylko czarne sylwetki drzew i padający gęsty śnieg, który w świetle reflektorów wyglądał jak tysiące spadających gwiazd. Romantyczne? Może, gdyby nie fakt, że silnik naszego auta zaczął wydawać niepokojące dźwięki, a my nie mieliśmy pojęcia, gdzie jesteśmy. W końcu zobaczyliśmy drogowskaz zbity z desek.

– To tu – szepnęłam, czując dziwny ścisk w żołądku.

Podjechaliśmy pod chatę. Paweł zgasił silnik i zapadła cisza. Oboje wpatrywaliśmy się w to, co miało być naszą „zimową baśnią”. To nie była chata z bali. To była zlepek desek, dykty i starych bali, który wyglądał, jakby trzymał się w pionie wyłącznie dzięki silnej woli i gęstym pajęczynom. Dach był pokryty czymś, co przypominało eternit zmieszany z mchem. Jedna z okiennic smętnie zwisała na jednym zawiasie, uderzając rytmicznie o ścianę pod wpływem wiatru.

Byłam wściekła

– Ola… – głos Pawła był lodowaty. – Czy to jest to miejsce ze zdjęć?

– Może… w środku jest lepiej? – próbowałam ratować sytuację, choć czułam, jak łzy napływają mi do oczu.

– Lepiej? To wygląda, jakby tu kręcono „Blair Witch Project” – prychnął, wysiadając z auta i wchodząc prosto w błoto po kostki.

Właściciela nie było. Klucz, zgodnie z instrukcją SMS-ową, którą dostałam, zanim straciłam zasięg, był pod doniczką. Tyle że doniczka była pęknięta, a roślina w niej martwa od co najmniej dwóch sezonów. Otworzyliśmy drzwi. Zapach uderzył nas pierwszy. To nie była woń drewna i żywicy. To był zapach stęchlizny, wilgoci i starego kurzu. W środku było zimniej niż na zewnątrz.

Włączyłam latarkę w telefonie. „Ogromny kominek” okazał się małą, okopconą kozą stojącą w rogu. Meble wyglądały, jakby zostały wyciągnięte ze śmietnika w latach dziewięćdziesiątych. Na środku salonu stała kanapa z dziurą.

– Siedemdziesiąt procent taniej – Paweł zaśmiał się histerycznie. – No faktycznie, okazja życia.

– Musimy napalić w tym piecu, bo zamarzniemy – zarządziłam, próbując przejąć kontrolę nad sytuacją.

Nie chciałam słuchać jego narzekań. Czułam się winna, upokorzona i wściekła na siebie, na właściciela, na Pawła, że nie potrafi chociaż raz powiedzieć: „Spoko, damy radę”.

Nie radziliśmy sobie

Paweł stał na środku pokoju w swojej drogiej kurtce narciarskiej i patrzył na stertę wilgotnego drewna rzuconą byle jak pod ścianą.

– Ja mam w tym palić? Przecież to jest mokre. To się nie zajmie.

– To co proponujesz? Będziemy tu stać i zamarzać? Zrób coś! Jesteś facetem! – krzyknęłam. To było niesprawiedliwe, wiedziałam o tym, ale frustracja brała górę.

– O, teraz jestem facetem? Jak trzeba naprawić twoje błędy, to nagle role płciowe ci pasują? – odgryzł się.

Zaczęliśmy się kłócić i wszystko. O ten wyjazd, o pieniądze, o to, że on nigdy nie podejmuje ryzyka, a ja jestem lekkomyślna. O to, że w łóżku nam się nie układa. Wyrzucaliśmy z siebie jad, a para z naszych ust unosiła się w powietrzu jak dym z pistoletów. W tej zimnej, śmierdzącej ruderze, przy świetle latarki z telefonu, nasza relacja obnażyła się tak samo, jak ta chatka. Była spróchniała. I wtedy zgasło światło w telefonie Pawła. Bateria padła. Moja miała piętnaście procent.

– Świetnie. Po prostu świetnie – jęknął, siadając na brudnej kanapie i chowając twarz w dłoniach.

Wyglądał na pokonanego. Wtedy usłyszeliśmy warkot silnika na zewnątrz. Przez brudne okno zobaczyłam światła potężnego pick-upa. Ktoś podjechał pod sam ganek.

– Może to właściciel? Zabiję go – warknęłam i ruszyłam do drzwi.

Otworzyłam je z impetem, gotowa zrobić awanturę życia. Ale to nie był ten starszy pan, z którym rozmawiałam przez telefon.

Pomógł nam

Z samochodu wysiadł facet. Wysoki, barczysty. Miał na sobie znoszone, robocze spodnie i ciężkie buty. Jego twarz była ostra, z kilkudniowym zarostem, a oczy ciemne i intensywne. Wyglądał jak żywcem wyjęty z reklamy Marlboro, tylko bardziej realny i brudny. Trzymał w ręku piłę motorową, co w pierwszej chwili mnie przeraziło.

– Dobry wieczór – powiedział głębokim, chropowatym głosem. – Widziałem światła. Wy jesteście ci od pana Mietka?

– T-tak – wyjąkałam, nagle tracąc rezon. Zimno uderzyło we mnie z nową siłą.

– Mietek to oszust. Nie powinien nikomu wynajmować tej rudery w zimie. Ale skoro już tu jesteście… – spojrzał na mnie, potem zerknął do środka, gdzie siedział skurczony Paweł. W jego oczach mignęło coś na kształt politowania. – Przyniosłem wam suche drewno. To, co macie w środku, nadaje się tylko do gnicia.

Wszedł do środka, nie czekając na zaproszenie. Jego obecność wypełniła całe pomieszczenie. Czułam od niego zapach spalin, świeżego drewna i męskiego potu. To była tak drastyczna różnica w porównaniu do perfumowanego, sterylnego zapachu Pawła, że aż zakręciło mi się w głowie.

Było mi wstyd

Nieznajomy przedstawił się jako Igor, sąsiad mieszkający dwa kilometry dalej. Wziął sprawy w swoje ręce. W ciągu pięciu minut rozpalił w kozie, używając własnego drewna i jakiejś rozpałki. Ogień buchnął wesoło, rzucając tańczące cienie na obskurne ściany.

– Dzięki, stary – mruknął Paweł, nie wstając z kanapy. – Uratowałeś nas.

Igor spojrzał na niego z góry.

– Nie ciebie ratuję. Kobieta by tu zamarzła, a ty wyglądasz, jakbyś nie wiedział, którą stroną trzymać siekierę – powiedział to bez złośliwości, po prostu stwierdzał fakt.

Paweł poczerwieniał, ale nie odezwał się słowem. Upokorzenie wisiało w powietrzu. Igor nie wyszedł od razu. Wyciągnął z kieszeni kurtki butelkę domowej roboty.

– Na rozgrzewkę. Będzie wam potrzebna. Tutaj w nocy temperatura spada do minus dwudziestu.

Usiedliśmy przy kozie. Ja na jedynym w miarę czystym krześle, Paweł na podłodze, Igor oparł się o ścianę, trzymając szklankę znalezioną w kredensie, którą szybko przepłukałam. Alkohol był mocny, ale skuteczny. Ciepło rozlało się po moim ciele. Zaczęliśmy rozmawiać. Paweł, po dwóch kolejkach, zaczął narzekać na pracę, na szefa, na to, że ten dom to oszustwo, na to, że Bieszczady są przereklamowane. Byłam zażenowana. Mój mąż brzmiał jak rozkapryszone dziecko.

Intrygował mnie

Igor słuchał, ale patrzył na mnie. Jego wzrok był ciężki, badawczy.

– A ty? – zapytał nagle, przerywając monolog Pawła. – Czego ty szukasz w tej ruinie?

– Chciałam… poczuć, że żyję – wypaliłam, zanim zdążyłam ugryźć się w język. Alkohol rozwiązał mi język. – Że jest coś więcej niż praca i kredyt.

Paweł prychnął.

– No to masz życie pełną gębą. Grzyb na ścianie i dziura w dachu.

Wtedy Igor nachylił się w moją stronę, dolewając mi trunku. Nasze dłonie się spotkały. Jego skóra była szorstka, twarda. Spojrzałam mu w oczy.

– Czasem trzeba zburzyć stary dom, żeby zbudować nowy – powiedział cicho Igor, nie spuszczając ze mnie wzroku.

Wiedziałam, że nie mówi o budownictwie. Paweł był już zbyt pijany, żeby zauważyć to napięcie. Zaczął bełkotać coś o giełdzie, po czym osunął się na bok i zasnął na podłodze, przykryty własną kurtką. Zostaliśmy sami. Tylko ja, Igor i trzaskający ogień.

– On na ciebie nie zasługuje – powiedział Igor prosto z mostu.

– Nie znasz nas – broniłam się słabo.

– Widzę wystarczająco dużo. Przywiózł cię do nory, nie potrafił zadbać o ciepło, a teraz śpi, podczas gdy ty siedzisz i trzęsiesz się z zimna.

Miałam nadzieję

Wstał i podszedł do mnie. Wziął koc, który leżał na oparciu fotela, i okrył mnie nim szczelnie. Jego twarz była centymetry od mojej. Moje serce biło jak oszalałe. Wiedziałam, że jeśli teraz mnie pocałuje, nie będę protestować. Wręcz przeciwnie, pragnęłam tego. Dotknął kciukiem mojego policzka.

– Jesteś zbyt piękna na ten syf.

Zamknęłam oczy, czekając. Przez głowę przelatywały mi tysiące myśli – zdrada, moralność, konsekwencje. Ale w tamtej chwili liczyło się tylko to surowe przyciąganie. Jednak on cofnął rękę.

– Ale ja nie korzystam z okazji, gdy facet śpi obok. To nie w moim stylu – szepnął, a jego głos był pełen napięcia. – Wyjedźcie stąd rano.

Odwrócił się i wyszedł w noc. Zostałam sama, z walącym sercem i ciałem, które krzyczało z niespełnienia. Spojrzałam na chrapiącego Pawła. Wyglądał żałośnie. I wtedy poczułam do niego coś gorszego niż złość. Poczułam obojętność. Obudziłam się skostniała. Ogień dawno wygasł. Paweł budził się z jękiem, trzymając się za głowę.

– Jezu, co za melina. Głowa mi pęka – to były jego pierwsze słowa. Żadnego „jak się spało?”, „zimno ci?”. Tylko on i jego kac.

Wyszłam na ganek. Świeciło słońce, a świat wyglądał niewinnie, jakby nocne demony zniknęły. Śnieg skrzył się w słońcu. W oddali widziałam dym z komina – to pewnie dom Igora. Przez chwilę miałam szaloną myśl, żeby tam pójść. Zostawić Pawła, zostawić Warszawę i po prostu tam pójść.

Miałam go dosyć

Ale wtedy zobaczyłam telefon Pawła leżący na parapecie. Podłączył go do powerbanka. Ekran się zaświecił. Przyszło powiadomienie z banku. Z ciekawości, a może z instynktu, zerknęłam. Potwierdzenie transakcji: konsola do gier plus akcesoria. Data: dwa dni temu. Zamarłam. Odwróciłam się do Pawła, który właśnie wychodził na zewnątrz, mrużąc oczy.

– Kupiłeś konsolę? – zapytałam cicho.

Zbladł. Nawet kac nie był w stanie ukryć jego przerażenia.

– Co? Nie… to pomyłka…

– Nie kłam! – wrzasnęłam. – Mówiłeś, że nie mamy kasy! Że musimy oszczędzać! Dlatego zgodziłeś się na tę ruderę?! Żeby zaoszczędzić na naszym wyjeździe i kupić sobie zabawkę?!

Patrzył na mnie jak zbity pies.

– To była promocja… A ten dom… myślałem, że będzie przygodą. Że będzie… romantycznie.

– Romantycznie? – zaśmiałam się histerycznie. – Paweł, ty wczoraj prawie zamarzłeś, a uratował nas obcy facet, z którym… – urwałam. Prawie powiedziałam: „z którym miałam ochotę cię zdradzić”.

Oszukiwał mnie

Zrozumiałam wtedy wszystko. Ten wyjazd to była soczewka. Skupiła wszystkie nasze problemy w jednym punkcie i podpaliła je. Jego egoizm, moje niezaspokojone potrzeby, nasz brak komunikacji. Ta rudera nie była wypadkiem przy pracy. Była idealnym tłem dla końca naszego małżeństwa.

Spakowaliśmy się w milczeniu w piętnaście minut. Paweł próbował coś mówić, przepraszać, tłumaczyć, że odda tę konsolę. Nie słuchałam go. Czułam dziwny spokój. Chłód tej nocy wymroził we mnie uczucia do niego. Kiedy ruszyliśmy w drogę powrotną, mijałam dom Igora. Stał na ganku, pił kawę z metalowego kubka. Nasze spojrzenia spotkały się na ułamek sekundy. Nie pomachał. Ja też nie. Ale wiedziałam, co to spojrzenie znaczyło. „Uciekaj, póki możesz”. W samochodzie było ciepło, ale ja wciąż czułam tamten chłód.

– Może… zatrzymamy się gdzieś po drodze na dobry obiad? – zapytał nieśmiało Paweł po godzinie jazdy.

Spojrzałam na niego i zobaczyłam obcego człowieka.

– Nie, Paweł. Chcę do domu. Muszę się spakować.

– Spakować? Przecież dopiero wracamy.

– Muszę spakować swoje rzeczy. Wyprowadzam się.

Zapadła cisza, głośniejsza niż wiatr hulający w tamtej chacie. Paweł zaczął płakać. Ja patrzyłam na drogę. Myślałam, że ten wyjazd to katastrofa. Że zostałam oszukana przez ofertę last minute, ale prawda była taka, że to było najlepsze, co mogło mi się przytrafić. Ta rudera, ten ziąb, ten ból – to wszystko było potrzebne, żebym w końcu przejrzała na oczy.

Natalia, 38 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama