„Znalazłam tani domek w Beskidach na ferie. Choć dzieci liczyły na Alpy, ja po rozwodzie muszę liczyć każdy grosz”
„Po rozwodzie wszystko liczyłam. Każdą złotówkę, każdy wyjazd, każdą decyzję. Chciałam, żeby dzieci nie czuły, że coś się skończyło razem z małżeństwem. Że mama nadal potrafi zorganizować ferie, śnieg, kakao po nartach. Normalność. Zarezerwowałam szybciej, niż zdążyłam się wystraszyć”.

- Redakcja
Kiedy zobaczyłam to ogłoszenie, poczułam ulgę. Taką prawdziwą, fizyczną. Jakby ktoś na chwilę zdjął mi z pleców ciężar, który nosiłam od miesięcy: „Tani pensjonat. Góry. Ferie. Rodzinny klimat”.
– No proszę… da się – powiedziałam sama do siebie, siedząc wieczorem z telefonem w ręku i kalkulatorem w głowie.
Po rozwodzie wszystko liczyłam. Każdą złotówkę, każdy wyjazd, każdą decyzję. Chciałam, żeby dzieci nie czuły, że coś się skończyło razem z małżeństwem. Że mama nadal potrafi zorganizować ferie, śnieg, kakao po nartach. Normalność. Kliknęłam „rezerwuj” szybciej, niż zdążyłam się wystraszyć.
– Jedziemy w góry – oznajmiłam przy kolacji.
Oliwia uniosła brwi, Kuba spojrzał znad telefonu.
– Na serio? – zapytali niemal jednocześnie.
– Na serio – uśmiechnęłam się. – Jak dawniej.
Dopiero w drodze zaczęły mnie dopadać wątpliwości. Nawigacja prowadziła nas coraz węższą drogą. Zasięg zniknął. Domy wyglądały, jakby czas zatrzymał się tam kilkanaście lat temu.
– Mamo, czemu ten adres jest gdzieś totalnie na uboczu? – mruknęła Oliwia.
Nie odpowiedziałam od razu. Zacisnęłam mocniej ręce na kierownicy i pomyślałam tylko jedno. Oby to wystarczyło.
Dzieci nie były zachwycone
Zatrzymałam samochód przed pensjonatem i przez chwilę nikt się nie odezwał. Silnik jeszcze cicho pracował, a ja patrzyłam na drewniany budynek z odpadającą farbą i szyldem, który dawno stracił jedno „o”.
– To… to jest to? – Oliwia pierwsza przerwała ciszę.
– No – odpowiedziałam z przesadną energią. – Klimatycznie, prawda?
Kuba wysiadł, obszedł auto i spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
– Mamo, tu serio ktoś mieszka? To wygląda jak dom duchów, tylko mocno zrujnowany.
– Ej, nie przesadzaj – próbowałam się bronić. – Jest czysto. I zobacz, mamy własny czajnik!
– Super – mruknęła Oliwia. – Czajnik marzeń. Mama, serio? To jest obciachowe.
Weszliśmy do środka. Korytarz pachniał starym drewnem i płynem do podłóg. Na ścianach wisiały wyblakłe krajobrazy. Oliwia rozejrzała się nerwowo, jakby bała się, że ktoś ją tu zobaczy.
– Nie rób zdjęć – syknęła nagle. – Przysięgam, jak wrzucisz coś z tego miejsca, to nie ręczę za siebie.
– Dziecko, ja tylko chciałam… – zaczęłam.
– Nie wiem co chciałaś – weszła mi w słowo. – To jest totalny wstyd.
Kuba rzucił plecak na łóżko i westchnął.
– Mogę spać w aucie?
Zaśmiałam się za głośno. Zbyt nerwowo.
– Przestańcie. To tylko nocleg. Jesteśmy w górach, nie w hotelu pięciogwiazdkowym.
Ale w środku coś mi pękło. Stałam między nimi, w tym ciasnym pokoju, i nagle poczułam się jak ktoś, kto chciał dobrze, a wyszło… tanio. I źle.
Poczułam się jak intruz
Wieczorem w pokoju było duszno, choć kaloryfer ledwo grzał. Oliwia siedziała na łóżku plecami do nas, wpatrzona w telefon. Kuba rozłożył się pod oknem i bezmyślnie przewijał memy, jakby chciał zniknąć.
– Halo? – spróbowałam lekko. – Może wyjdziemy jeszcze na krótki spacer?
– Nie – odburknęła Oliwia.
Po chwili usłyszałam cichy pociągnięcie nosem.
– Z kim gadasz? – zapytałam ostrożnie.
– Z Zosią – odpowiedziała, nawet się nie odwracając. – Bo ktoś musi wiedzieć, że tu jestem.
Zamarłam. Oliwia…
– Nie wierzę, że mnie tu wzięła – mówiła dalej do telefonu, już nie kryjąc łez. – Jakbyśmy byli biedni. Jakby to było normalne.
– Rozłącz się – powiedziałam cicho, ale stanowczo.
Odłożyła telefon z trzaskiem.
– Po co? Żebyś mogła udawać, że wszystko jest super?
– Robię, co mogę – wyrwało mi się. – Myślisz, że mi jest łatwo?
– To może lepiej, żebyś nie robiła nic – syknęła. – Przynajmniej nie byłoby wstydu.
Kuba nawet nie podniósł wzroku. Przewinął ekran.
– Ten pies z podwórka wygląda jak mem – mruknął.
Zabolało bardziej, niż się spodziewałam. Stałam w tym obcym pokoju i nagle poczułam się jak intruz. Jak ktoś, kto próbuje na siłę być potrzebny.
– Chciałam dobrze – powiedziałam już ciszej, bardziej do siebie niż do nich.
Oliwia nie odpowiedziała. Tylko pociągnęła nosem i odwróciła się do ściany. A ja po raz pierwszy pomyślałam, że może naprawdę zawiodłam.
Serce mi się ścisnęło
Zamknęłam się w łazience pod pretekstem prysznica, choć tak naprawdę po prostu nie chciałam, żeby widzieli moją twarz. Usiadłam na brzegu wanny, opierając czoło o chłodne kafelki. Przez cienkie ściany wszystko było słychać aż za dobrze.
– Myślisz, że ona wie, jak bardzo to jest żenujące? – głos Oliwii był cichy, ale ostry.
– Chyba tak – odpowiedział Kuba. – Tylko udaje, że nie.
Serce ścisnęło mi się boleśnie. Czy naprawdę tak to wyglądało?
– Mogła chociaż zapytać, czy nam to pasuje – ciągnęła Oliwia. – Ja się boję, że ktoś nas tu zobaczy. Nie daj Boże wrzuci zdjęcie, oznaczy lokalizację…
– Spokojnie, nikt tu nie przyjeżdża – Kuba prychnął nerwowo. – To koniec świata.
Siedziałam bez ruchu, jakby każde drgnięcie mogło mnie zdradzić. Chciałam wejść, zaprzeczyć, powiedzieć, że robię, co mogę. Ale zamiast tego poczułam coś gorszego. Zmęczenie. Takie totalne, aż do kości. Wyszłam z łazienki dopiero po chwili.
– Nie musicie być tak złośliwi – powiedziałam spokojnie, choć głos mi zadrżał. – Wiem, że to nie są ferie waszych marzeń.
Zapadła cisza. Oliwia spojrzała na mnie zaskoczona. Kuba odłożył telefon.
Usiedliśmy przy małym stole.
– Ja… nie daję rady tak jak kiedyś – zaczęłam. – I boję się, że to widzicie. Że widzicie każdą oszczędność.
Oliwia spuściła wzrok.
– My… nie chcieliśmy…
– Wiem – przerwałam. – Ale czasem też chciałabym, żeby ktoś zapytał, jak ja się czuję.
Nie było wielkiego pojednania. Tylko cisza. Niezręczna, ciężka, ale prawdziwa. I pierwszy raz od przyjazdu miałam wrażenie, że naprawdę mnie słuchają.
Może nie wszystko stracone
Rano obudziłam się wcześniej niż dzieci. Pensjonat był jeszcze cichy, tylko gdzieś na dole skrzypiały schody. Usiadłam na łóżku i przez chwilę patrzyłam na śpiącą Oliwię. Miała zmarszczone brwi, jakby nawet przez sen była na coś zła. Na mnie pewnie. Przypomniały mi się ferie sprzed lat. Hotel z basenem, białe ręczniki, śniadania w formie bufetu. Ich ojciec śmiał się, że biorą za dużo croissantów. Ja robiłam zdjęcia, które potem wrzucałam bez wstydu. Wtedy wszystko było prostsze. A może tylko droższe. Na dole spotkałam właścicielkę pensjonatu. Starsza pani w swetrze, z włosami spiętymi klamrą.
– Kawy? – zapytała, jakbyśmy znały się od lat.
– Poproszę – odpowiedziałam i nagle poczułam, że chce mi się mówić. – Dzieci… różnie reagują na takie miejsca.
Uśmiechnęła się smutno.
– Moje też różnie się zachowywały jak zaczynały dorastać. Sama je wychowałam. Bez pieniędzy, bez luksusów. Ale wie pani… one jednak teraz najbardziej pamiętają, że byłam. Przy nich.
Te słowa zostały ze mną na długo. Wróciłam do pokoju lżejsza, choć nadal niepewna. Oliwia i Kuba już nie spali.
– Dzisiaj idziemy na sanki – powiedziałam, jakby to była decyzja nie do podważenia. – Nie będzie luksusowo. Ale razem. Ewentualnie możecie wziąć jabłuszka.
Nie zaprotestowali. I to wystarczyło. Po raz pierwszy od przyjazdu poczułam, że może nie wszystko jest stracone.
Póki co, tyle mi wystarczy
Na górce było głośno i chaotycznie. Dzieciaki piszczały, sanki zderzały się ze sobą, ktoś co chwilę przewracał się w śniegu. Stałam z boku, trzymając termos z herbatą, i przez moment zastanawiałam się, czy dobrze zrobiłam, ciągnąc ich tutaj.
– Mamo, patrz – zawołał Kuba. – Ten gość wywalił się jak w filmie.
Parsknęłam śmiechem, zanim zdążyłam się powstrzymać. Kuba spojrzał na mnie zaskoczony, a potem sam się uśmiechnął. Po chwili oboje zjeżdżali na jednych sankach, krzycząc coś do siebie i kłócąc się, kto ma sterować. Potem usiedliśmy na chwilę na drewnianej ławce.
– W sumie… – Kuba kopnął śnieg butem – było śmiesznie, jak w nocy kapało nam na walizkę.
– I ten pies sąsiadów – dodała Oliwia. – Myślałam, że nas zje.
– Epicko – podsumował Kuba.
Popatrzyłam na nich uważnie. Nie było przeprosin ani wielkich deklaracji. Ale napięcie gdzieś się rozpuściło, jak lód pod słońcem. W drodze powrotnej Oliwia nagle wyjęła telefon.
– Widok jest ładny – mruknęła i zrobiła zdjęcie gór. Bez nas. Bez pensjonatu.
Wrzuciła je na swój profil. Bez podpisu. Nie powiedziałam nic. Tylko się uśmiechnęłam, czując, że to póki co mi wystarczy.
Katarzyna, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka wnuk przyszedł z bombonierą, ale nie spojrzał mi nawet w oczy. Po chwili cwaniak spytał o mieszkanie”
- „Natrętna kobiecina z górskiego schroniska chciała ukraść mi męża. Biedaczka nie wiedziała, w co się pakuje”
- „Na termach w Białce Tatrzańskiej usłyszałam słowa, które mnie zmroziły. Od tamtej pory nie mogę patrzeć na mojego męża”