„Znałem największy sekret teścia i nie zamierzałem milczeć. Za jego udawaną bogobojnością kryje się prawdziwa twarz”
„Zawsze schludny, elegancki, z zasadami. Wszyscy patrzyli na niego z podziwem – jego dzieci, żona, sąsiedzi i znajomi z parafii. A ja wiedziałem o nim coś, co zniweczyłoby błyskawicznie ten jego naciągany wizerunek”.

- Redakcja
Rodzina mojej żony należała do tych, które nigdy nie zapominają o imieninach, znają wszystkie zasady savoir-vivre’u i mają w salonie zawsze porządek. Obowiązkowość, punktualność, szacunek dla starszych – wszystko zgodne z katechizmem i jakąś wewnętrzną konstytucją, której przestrzegali z gorliwością notariusza przy sporządzaniu testamentu.
Na czele tej familii stał teść – chodzący symbol porządku i moralnej wyższości. Mężczyzna o spojrzeniu, które mogło zabić nie tylko muchę na ścianie, ale i entuzjazm u każdego, kto nie wyprasował porządnie spodni. Zawsze schludny, elegancki, z zasadami. Wszyscy patrzyli na niego z podziwem – jego dzieci, żona, sąsiedzi i znajomi z parafii.
Nie powiem, robiło to wrażenie. Nawet na mnie, choć potrafiłem odróżnić autentyczność od starannie wyreżyserowanej roli. Długo myślałem, że może faktycznie są tacy wyjątkowi. Że może to ja, ze swoją ostrożną podejrzliwością, szukam dziury w całym. Do czasu.
Bo wystarczyło jedno niedzielne przedpołudnie, jedna chwila nieplanowanej samotności przed kościołem, żeby obrazek zaczął się sypać. Nie szukałem sensacji. Nie chciałem niczego burzyć. Tylko że niektórych rzeczy nie da się odzobaczyć.
Wydarzyło się 10 minut przed końcem mszy
Tamtej niedzieli wszystko było zgodne z planem. Wstaliśmy, zjedliśmy szybkie śniadanie, dzieci poprztykały się o buty, a żona, jak zwykle, marudziła, że znowu się spóźnimy. Klasyka. Kościół był pełny, jak zwykle. Duszno, trochę kadzidła, śpiewy z rozdźwiękiem, a ja miałem tylko jedną myśl: wyjść, przewietrzyć się, postać chwilę w ciszy.
Wyszedłem jakieś dziesięć minut przed końcem mszy. Ustawiłem się obok samochodu, wyciągnąłem telefon i udawałem, że coś przeglądam. I wtedy go zobaczyłem. Teść. Stał przy swoim aucie, ręce w kieszeniach, nonszalancki jak na swoje standardy. Obok niego jakaś kobieta – szczupła, zadbana, mniej więcej w jego wieku. Patrzyli na siebie z tym... spojrzeniem. I zanim zdążyłem się upewnić, co widzę, on pochylił się i pocałował ją. Tak po prostu.
Nie było tam nic z przypadkowości. Ten pocałunek był za długi i namiętny. Zrobiło mi się duszno, mimo że przecież nie po to wyszedłem. Po kilku minutach dołączyła do mnie żona.
– Wszystko okej? – zapytała, zerkając na mnie z niepokojem. – Jakoś dziwnie wyglądasz.
– Trochę mnie głowa bolała, wyszedłem zaczerpnąć powietrza – odparłem szybko.
– Dobrze, że już po. Tata mówił, że może skoczymy do nich na kawę, mama upiekła sernik.
Spojrzałem w stronę kościoła, gdzie właśnie wychodził teść. Poprawiał marynarkę, rozglądał się z twarzą niewzruszoną jak zawsze.
– Świetnie – powiedziałem z uśmiechem. – Niczego dziś bardziej nie potrzebuję niż rodzinnej atmosfery.
Nie wytrzymałem długo
Przez cały obiad u teściów czułem się jak statysta w źle obsadzonej sztuce. Teść kroił pieczeń z nabożnym skupieniem, teściowa poprawiała obrus, a rozmowa toczyła się wokół pogody i planów na długi weekend. Siedziałem naprzeciwko niego i zastanawiałem się, czy ktokolwiek poza mną zauważa, jak bardzo nie pasuje do tej scenerii człowiek, którego widziałem na parkingu.
– Znowu się zamyśliłeś – zauważyła teściowa z lekkim uśmiechem. – Coś się dzieje?
– Zmęczony jestem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, tylko nie całą.
Po powrocie do domu nie wytrzymałem długo. Czekałem, aż dzieci zajmą się swoimi sprawami, a żona usiądzie na kanapie z herbatą, przekonana, że niedziela właśnie się kończy.
– Muszę ci coś powiedzieć – zacząłem, siadając naprzeciwko.
– Brzmisz groźnie – zażartowała. – Co znowu?
– Widziałem dziś twojego ojca na parkingu. Przed kościołem.
– No tak, wszyscy tam byli – odparła bez namysłu.
– Nie sam. Z kobietą. Całował ją.
Zapadła cisza. Zbyt długa, by udawać, że to nic.
– Chyba źle to zinterpretowałeś – powiedziała w końcu. – Tata nie zrobiłby czegoś takiego.
– Nie interpretowałem, tylko widziałem.
– Może to była jakaś krewna. Albo znajoma z dawnych lat.
– Ludzie nie całują tak dalekiej rodziny na parkingu przed kościołem.
Westchnęła ciężko i przetarła twarz dłońmi.
– Nawet jeśli… to nie nasza sprawa.
– Kiedy twoja rodzina robi z moralności sztandar, to jednak trochę nasza – odpowiedziałem chłodno.
Odwróciła wzrok. Wtedy zrozumiałem, że łatwiej jej było nie wiedzieć.
Pełna konspiracja
Kilka dni później, późnym wieczorem, siedziałem w sypialni z książką, choć tak naprawdę nie przeczytałem ani jednej strony. Żona krzątała się po mieszkaniu z telefonem przy uchu. Z jej tonem nie było nic dziwnego, dopóki nie usłyszałem, jak zamyka się w kuchni i mówi ciszej niż zwykle. Nie chciałem podsłuchiwać. Naprawdę. Po prostu drzwi były lekko uchylone, a ona zapomniała, że mam uszy.
– Tak, mówił mi… – szepnęła. – Widział ich podobno. Na parkingu, przed kościołem.
Chwilę milczała, słuchając drugiej strony. Domyśliłem się, że rozmawia z matką.
– No właśnie. I to nie było jakieś przywitanie. Mówi, że to wyglądało… no, intymnie.
Kolejna pauza.
– Mówiłam mu, że się pomylił. Że może źle zrozumiał, ale widzę, że coś go gryzie.
Nie ruszyłem się z miejsca. Palce zaciskałem na książce, chociaż już dawno przestałem udawać, że ją czytam.
– Może porozmawiaj z tatą. Tak, wiem, że to delikatna sprawa, ale... niech będzie ostrożniejszy, skoro już...
Słowo urwało się w połowie. Cisza.
– Nie wiem, mamo. Może nic się nie stało. Może to tylko przypadek. Ale on nie wyglądał na osobę, która coś sobie ubzdurała.
Po chwili usłyszałem skrzypnięcie drzwi. Wróciła do sypialni jakby nigdy nic, z miną człowieka, który właśnie rozmawiał o pogodzie.
– Kto to był? – zapytałem, patrząc jej prosto w oczy.
– Mama. Nic ważnego – odparła i położyła się obok.
Już wiedziałem, że ważne było.
On nie miał sumienia!
Nie mogłem dłużej udawać, że mnie to nie obchodzi. Wszyscy wokół robili dobrą minę do bardzo kiepskiej gry, a ja zaczynałem się dusić od tego rodzinnego, perfumowanego fałszu. Zadzwoniłem do teścia i zaproponowałem spotkanie. Powiedziałem, że chodzi o coś ważnego. Zgodził się od razu, jakby się domyślał.
Umówiliśmy się w kawiarni niedaleko ich domu. Przyszedł punktualnie, w wyprasowanej koszuli i z miną, jakby wybierał się na konsultację w sprawie nowego podjazdu do garażu.
– Cieszę się, że się spotkaliśmy – powiedział, siadając naprzeciwko. – Coś się dzieje?
– Widziałem cię w niedzielę. Przed kościołem.
Zamilkł na chwilę, jakby analizował, w którą stronę to pójdzie.
– A konkretnie?
– Całowałeś kobietę. I to nie była twoja żona.
Teść spojrzał na mnie spokojnie, niemal znudzonym wzrokiem. Jakby ten temat nie robił na nim większego wrażenia.
– To nie sprawa, którą powinieneś się zajmować – odpowiedział chłodno. – Nie jesteś stroną.
– Naprawdę? A kto nią jest? Twoja żona, która od lat stawia cię na piedestale? Czy może córka, która wierzy, że ma ojca z marmuru?
– One mają to, czego potrzebują. Spokój, stabilność, poczucie bezpieczeństwa. Nie wszystko trzeba rozkładać na czynniki pierwsze.
– Czyli udajemy dalej, że wszystko gra? Nieważne, co się naprawdę dzieje?
– Czasem to właśnie nazywa się dojrzałością – odpowiedział, poprawiając mankiet koszuli. – Po co niszczyć coś, co działa?
Spojrzałem na niego i przez chwilę naprawdę nie wiedziałem, co powiedzieć. Był zimny, wyrachowany i przekonany, że wszystko kontroluje. A może właśnie dlatego nigdy się nie potknął – po prostu nie miał sumienia, które by mu przeszkadzało.
Czy my też tacy jesteśmy?
Wieczorem, kiedy dzieci już spały, usiedliśmy z żoną w kuchni. Bez telewizora, bez telefonów. Tym razem to ja zadbałem, by nie było żadnych rozpraszaczy. Siedziała przede mną, trochę spięta, jakby przeczuwała, że rozmowa nie skończy się na pogodzie.
– Spotkałem się dziś z twoim ojcem – zacząłem spokojnie.
– Po co? – zapytała od razu, marszcząc brwi.
– Chciałem usłyszeć to od niego. Potwierdził. Nie zaprzeczył nawet na sekundę.
– Czyli... to prawda? – spojrzała na mnie, jakby jeszcze łudziła się, że może coś źle zrozumiałem.
– Tak. A wiesz, co powiedział? Że nie wszystko trzeba rozkładać na czynniki pierwsze. Że udawanie to dojrzałość.
– Nie wierzę... On? Tak po prostu?
– Bez emocji. Jakby mówił o zmianie opon.
Żona potarła twarz dłońmi i przez chwilę siedziała w milczeniu.
– Może... może mama wie i się na to zgadza?
– Możliwe. W tej rodzinie każdy zdaje się znać swoją rolę i pilnuje, żeby nie wypaść z rytmu.
– My też? – zapytała cicho.
– No właśnie. My też?
Spojrzała na mnie, a potem opuściła wzrok.
– Nie wiem, co z tym zrobić. Serio. Jak mam teraz patrzeć mu w oczy?
– Możesz zacząć od przestania go usprawiedliwiać.
– A co z mamą?
– To już twoja decyzja. Ale jeśli wszyscy będą milczeć, on będzie to robił dalej.
Westchnęła i skinęła głową. Po raz pierwszy nie próbowała mnie przekonywać, że przesadzam. Może dlatego, że już sama przestała wierzyć w ten cały rodzinny teatr.
Najlepiej to zaakceptować? W życiu!
Od tamtej rozmowy minęło kilka tygodni. Nic się nie wydarzyło — przynajmniej na zewnątrz. Nikt nie rzucił talerzami, nikt nie wyprowadził się z domu, nikt nie rozpłakał się dramatycznie przy rodzinnym stole. A jednak wszystko się zmieniło.
Spotkania u teściów stały się jeszcze bardziej napięte, choć w teorii wszystko było jak zwykle. Uśmiechy, ciasto, herbata, rozmowy o niczym. Tylko że teraz wiedziałem więcej. I oni chyba wiedzieli, że ja wiem. Teściowa zaczęła patrzeć na mnie inaczej. Dłużej, ostrożniej. Jakby szukała w mojej twarzy odpowiedzi, których bała się usłyszeć na głos.
– Dobrze się czujesz? – zapytała kiedyś, gdy zostawiła nas samych w kuchni.
– A ty? – odpowiedziałem pytaniem.
– Nie wszystko trzeba rozumieć, żeby z tym żyć – odparła po chwili, odkładając łyżeczkę. – Czasem wystarczy zaakceptować.
Nie odpowiedziałem. Nie miałem ochoty niczego akceptować. W drodze powrotnej żona prowadziła w ciszy. Długo się nie odzywała, aż w końcu powiedziała:
– Wiesz, myślałam, że mam idealną rodzinę. A teraz... nie wiem, co z tym zrobić.
– Możesz zacząć budować własną. Może trochę mniej idealną, ale prawdziwą.
Skinęła głową, nie patrząc na mnie. Nie wiem, co dalej. Może nic. Może wszyscy zostaną w swoich wygodnych iluzjach, ale ja już nie wrócę do udawania. Nie chcę. Rodzina mojej żony miała wzór do naśladowania. Stabilność, porządek, zasady. Szkoda tylko, że całował inną na parkingu przed kościołem.
Marcin, 35 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Dzień Dziadka córka powiedziała jedno zdanie, a mi aż zakręciło się w głowie. Przyniosła wstyd naszej rodzinie”
- „Zaprosiłam teściów na rodzinny obiad, a oni wyszli, zanim zdążyłam podać deser. To był ostatni raz”
- „W Dzień Babci moja mama wyznała mi prawdę o swojej rodzinie. Żałuję, że zrobiła to tak późno”