„Zobaczyłam zdjęcia męża z kochanką i zapragnęłam odwetu. W Tatrach z przyjaciółką uknułyśmy zemstę idealną”
„Nigdy nie sądziłam, że zdrada może tak boleć. Byliśmy małżeństwem prawie dwadzieścia lat, a ja naprawdę wierzyłam, że jesteśmy sobie przeznaczeni. Gdy odkryłam, że mój mąż od kilku miesięcy spotyka się z młodszą kobietą, świat przestał mieć sens. Uratowała mnie moja przyjaciółka Alicja”.

- Redakcja
Początkowo płakałam, później krzyczałam, aż w końcu zrobiło się we mnie pusto. Zemsta wydawała się jedynym sposobem, by odzyskać poczucie kontroli. Kiedy przyjaciółka zaproponowała wyjazd w Tatry, zrozumiałam, że to idealna okazja, by zrealizować plan. Miało być pięknie. Miało go zaboleć.
Zimny prysznic prawdy
Znalazłam te zdjęcia przypadkiem. Telefon męża leżał na stole, gdy brał prysznic. Zawsze miał ustawione powiadomienia na ekranie. Zobaczyłam, jak miga imię: „Klaudia”. Serce zamarło, ale jeszcze nie wiedziałam, co mnie czeka. Otworzyłam galerię. Były tam zdjęcia z wyjazdu, którego nie planowaliśmy razem – selfie w lustrze hotelowym, ona w koronkowej bieliźnie, on z szerokim uśmiechem, którego nie widziałam od miesięcy.
Siedziałam na kanapie, jak sparaliżowana. Gdy wyszedł z łazienki, trzymałam telefon w dłoni. Spojrzał na mnie i od razu zrozumiał.
– Wytłumacz mi to, teraz – powiedziałam.
– To nie jest tak, jak myślisz… – zaczął, ale przerwałam mu śmiechem. Prawdziwym, zimnym śmiechem kobiety, której właśnie odebrano dumę.
– Czyli jak? Sama się napatoczyła?
Nie odpowiedział. Tylko spuścił głowę i patrzył w podłogę, jak chłopiec złapany na gorącym uczynku. Nie wyrzuciłam go. Nie wtedy. Zamknęłam się w sobie, pozwoliłam mu spać w sypialni. Sama przeniosłam się na kanapę. I tam, wśród koca i łez, zaczęłam układać plan.
Tatry, śnieg i żadnych facetów
– Powiedz mi tylko, że to nie żart – powiedziała Alicja, gdy wyznałam jej prawdę. – On? Z jakąś lalą? Ty sobie żartujesz…
– Nie żartuję – pokiwałam głową. – Klaudia, ma ze dwadzieścia pięć lat. Wyszczerzona jak z reklamy pasty do zębów. A mój mąż... szkoda gadać.
Alicja była moją najbliższą przyjaciółką jeszcze z liceum. Zawsze umiała słuchać, ale jeszcze lepiej umiała działać. Kiedyś to ja wyciągałam ją z toksycznego związku, dziś ona trzymała moją dłoń tak mocno, że aż bolało. I dobrze. Przynajmniej czułam, że jeszcze istnieję.
– Musisz coś zrobić. Dla siebie – powiedziała nagle. – Wiesz co? Jedźmy gdzieś. Oderwij się, oczyść głowę. Tatry, śnieg i żadnych facetów.
Popatrzyłam na nią niepewnie. Nie miałam siły nawet planować obiadu na jutro, a co dopiero wyjazd.
– No co? Masz urlop? Masz. Dzieci u dziadków? Są. Widzisz? Życie daje ci wolną przestrzeń, to ją wykorzystaj. Albo pozwolisz, żeby to lala wygrała, albo przypomnisz sobie, kim jesteś.
Następnego dnia kupiłyśmy bilety. Wiedziałam, że ten wyjazd coś zmieni. Nie przeczuwałam jeszcze, że aż tak.
„Zrobisz coś szalonego”
Do Zakopanego dojechałyśmy późnym wieczorem. Mróz szczypał w policzki, a śnieg skrzypiał pod butami. Wynajęłyśmy niewielką drewnianą chatkę na uboczu – z kominkiem, widokiem na góry i ciszą, która była dokładnie tym, czego potrzebowałam. Alicja od razu rzuciła plecak w kąt i wyjęła z torby butelkę mocniejszego trunku.
– To nie będzie zwykły wyjazd, kochana. Potrzebujesz wstrząsu, nie herbatki z cytryną – powiedziała z błyskiem w oku.
Wypiłyśmy po jednym, potem po drugim. Zaczęłam mówić więcej, niż zamierzałam. O tym, jak bardzo się starałam. Jak udawałam, że wszystko gra. Jak wieczorami modliłam się, by wrócił do domu z pracy i spojrzał na mnie tak, jak dawniej. A potem mówiłam już tylko o niej.
– Jesteś piękna – powiedziała Alicja cicho. – I zasługujesz na więcej niż łzy. Zemścimy się. Ale po swojemu.
Spojrzałam na nią zaskoczona.
– Jutro idziemy w góry. Zrobisz coś szalonego – powiedziała. – Gwarantuję.
Ryzykowny plan
Leżałyśmy na łóżkach pod grubymi kocami, wsłuchując się w trzask drewna w kominku. Noc w Tatrach była cicha, prawie magiczna. Alicja wpatrywała się w sufit i coś wyraźnie analizowała w myślach.
– Wiesz… może nie powinnam tego mówić, ale… on nie może tak po prostu sobie odejść bez konsekwencji – powiedziała nagle. – Musisz zrobić coś, co go zaboli. Coś, co go dotknie tam, gdzie nie będzie mógł przestać myśleć.
– Mówisz o zdradzie? – zapytałam ostrożnie.
– Nie – odparła, kręcąc głową. – Zdrada byłaby dla niego łatwa do zrozumienia. I pewnie dałby przyzwolenie: „Skoro ona też, to ja już wcześniej mogłem”. Nie. Chodzi o coś głębszego. Coś, co sprawi, że będzie się zastanawiał, czy cię w ogóle kiedykolwiek znał.
Podniosłam się.
– Masz jakiś pomysł?
– Tak. Rano idziemy do term. Tam się zacznie. Będziemy flirtować. Będziemy żyć. A potem... poznasz kogoś. Pomożemy losowi.
– I co? Mam zrobić to z kimś dla zemsty?
– Nie. Masz mu pokazać, co stracił. I że świat nie kończy się na nim. A jeśli przy okazji będzie przystojny i będzie całował dobrze… cóż, to tylko bonus.
Zemsta pod Giewontem
Poznałam go na stoku. Sam zaproponował, że pomoże mi zapiąć narty, a potem zjechał obok i śmiał się, gdy przewróciłam się jak worek kartofli.
– Może potrzebujesz instruktora? – zapytał, a jego uśmiech był z tych, które pamięta się długo.
Miał na imię Igor. Miał też trzydzieści parę lat, zarost, góralski akcent i oczy, które patrzyły na mnie jak na kobietę, nie matkę, nie żonę, nie ofiarę. Zaprosiłam go wieczorem do nas. Alicja tylko mrugnęła, gdy wychodziłam z nim przed chatkę.
Nie całowałam się z nikim obcym od lat. A jednak pocałunek Igora nie był wymuszony. Nie był zemstą, nie do końca. Był czymś w rodzaju „przypomnienia sobie siebie”. Gdy jego dłonie przesuwały się po moich plecach, poczułam się znów jak kobieta. Nie porzucona żona. Rano nie zostawił numeru. Nie musiał. Nie o to chodziło.
Dzień później wysłałam mężowi selfie z Alicją na tle Giewontu. W czerwonej szmince, w dużych okularach, śmiejąca się do łez. Napisałam: „Świetnie się bawię. Ty też powinieneś wyjść z domu. Sam wiesz, jak to działa”. Nie odpisał. Ale widziałam, że przeczytał.
Coś więcej niż odwet
Wróciłam do domu tydzień później, wypoczęta, z rozwianymi włosami i pełna dziwnej, cichej siły. On siedział w kuchni, udając, że przegląda jakieś dokumenty. Nie podniósł wzroku, kiedy weszłam.
– I jak w górach? – zapytał po chwili ciszy, nieco zbyt swobodnie.
– Oczyszczająco – odpowiedziałam spokojnie. – A ty? Jak Klaudia?
Nie odparł. Wstał, odsunął krzesło i spojrzał mi w oczy pierwszy raz od dawna. W jego spojrzeniu nie było pewności siebie. Było coś na kształt zagubienia.
– Nie wiem, co się z tobą stało – powiedział w końcu. – Ale jesteś inna.
– Może po prostu znowu jestem sobą – uśmiechnęłam się. – Wiesz, co zabolało mnie najbardziej? Nawet nie to, że mnie zdradziłeś. Tylko to, że myślałeś, że nie dam sobie rady bez ciebie.
Nie odpowiedział. Nie musiałam już go karać. Zemsta się dokonała. Nie w cudzej sypialni. Dokonała się w moim powrocie do życia, w spojrzeniu w lustro i uśmiechu, który wrócił. Nie wiem, co będzie dalej. Ale wiem, że od tej pory nie jestem już ofiarą.
Marzena, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Nie sądziłem, że w Dzień Dziadka poznam nową babcię. Gdy stanęła w drzwiach, wszyscy przecierali oczy ze zdumienia”
- „Mąż ciągle żył pod dyktando teściowej, aż w końcu tupnęłam nogą. Dorosły chłop nie może się trzymać maminej spódnicy”
- „Obiad na Dzień Babci do dziś odbija mi się czkawką. To wtedy przejrzałam na oczy, że rodzina ma mnie w nosie”