Reklama

Kiedy człowiek przekracza czterdziestkę, zaczyna się dziać coś dziwnego. Nie, nie chodzi o łysienie, zmarszczki czy bolące plecy – z tym można żyć. Prawdziwy problem zaczyna się wtedy, kiedy własna żona patrzy na ciebie tak, jakby oglądała stary fotel z wystawki – niby jeszcze się trzyma, ale aż się prosi o porządne odświeżenie. Tak właśnie zaczął się mój „nowy rozdział”, jak to określiła Basia, moja żona. Zbliżał się marzec i przedwiosenne promocje z okazji Dnia Mężczyzny. Ja marzyłem o nowym ekspresie do kawy, ona przyszła z reklamówką wypchaną po brzegi... kremami. Dla mnie. Twierdziła, że to „absolutny must-have dla mężczyzny w moim wieku”.

Nie kłóciłem się, bo głupi nie jestem. Jak ktoś zna Basię, ten wie, że to nie ma sensu. Po prostu zacząłem używać tych wszystkich specyfików – toniki, serum, kremy pod oczy, coś do twarzy na dzień, coś na noc, coś na szyję... Jeszcze trochę, a smarowałbym się częściej niż samochód w warsztacie. Ale prawdziwa komedia zaczęła się tydzień później, kiedy przyszedł do mnie mój młodszy brat i – z najpoważniejszą miną świata – zapytał:

– Michał, ty byłeś u kosmetyczki, czy co?

I wtedy zrozumiałem, że wpakowałem się w coś, z czego nie będzie łatwo się wykręcić.

Nie wiem, co mnie podkusiło

Zaczęło się totalnie niewinnie. Wróciłem z pracy, jeszcze w kurtce, a Basia już stała w progu z tym swoim podejrzanie szerokim uśmiechem.

– Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziała, wskazując reklamówkę na stole. – I nie, to nie są skarpety.

– To coś jadalnego? – zapytałem z nadzieją.

– Jeszcze lepiej. Kosmetyki! I to z mega promocji. Dwa w cenie jednego, a trzeci gratis! Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Mężczyzn!

Zajrzałem do środka. Krem na dzień, na noc, pod oczy, tonik, peeling, serum i coś, co nazywało się „booster”, a cholera wie, czym było.

– Booster? To nie do auta? – mruknąłem.

– Michał, bądź poważny. Masz czterdzieści dwa lata. Pora zadbać o skórę. Masz już zmarszczki mimiczne.

– Aha. Czyli nie mogę się już nawet śmiać?

– Możesz, ale z kremem na twarzy.

Nie wiem, co mnie podkusiło, żeby się zgodzić. Może to błysk w jej oku, może zmęczenie po ośmiu godzinach pracy z ludźmi, którzy nie odróżniają myszki od klawiatury. W każdym razie – dałem się namówić. Codziennie rano smarowałem się jak kanapka. Wieczorem zmywałem, nakładałem inne rzeczy, wklepywałem, masowałem. Basia czuwała nad wszystkim jak osobisty nadzorca w hotelu spa.

– Michał, nie wcieraj, tylko wklepuj! I omijaj okolice oczu, przecież to krem z retinolem!

Patrzyłem na siebie w lustrze i zastanawiałem się, kiedy dokładnie straciłem kontrolę nad własnym życiem.

Myślał, że to ukryta kamera

W sobotę rano wpadł mój brat, Marek. Jak to on – bez zapowiedzi, z czteropakiem i tekstem na powitanie:

– Masz czas? Pogramy, pogadamy, pośmiejemy się z ludzi z twojej pracy?

– Pewnie – rzuciłem, wpuszczając go do salonu. – Tylko daj mi dwie minuty, muszę zmyć maseczkę.

Zamarł. Dosłownie.

– Co ty musisz?

– Maseczkę. Na twarz. Detoksykującą, z glinką i jakimś algowym czymś.

Marek patrzył na mnie przez dłuższą chwilę, jakby szukał ukrytej kamery.

– Michał, ty coś brałeś? A może... byłeś u kosmetyczki?

Parsknąłem śmiechem.

– Jeszcze nie, ale jak tak dalej pójdzie, to pewnie w przyszłym tygodniu pójdę na mikrodermabrazję.

– Stary... – usiadł, nie spuszczając ze mnie wzroku. – Ty się naprawdę smarujesz tymi wszystkimi kremami?

– Codziennie rano i wieczorem. Peeling dwa razy w tygodniu. Serum z witaminą C co drugi dzień. Basia ma harmonogram na lodówce.

– I ty się na to zgodziłeś?

– Sam nie wiem, kiedy. Najpierw był krem pod oczy, potem samo poszło.

Marek pokręcił głową.

– A ja myślałem, że to mnie żona wkręca w dziwne rzeczy... Ale przynajmniej ty masz teraz skórę jak jakiś niemowlak. Mogę dotknąć?

– Marek, jeśli mnie teraz pogłaszczesz po policzku, to wychodzę.

Parsknęliśmy śmiechem jednocześnie.

Może placebo, może magia

Następnego dnia Basia zorganizowała mi coś w rodzaju… domowego szkolenia. Usiedliśmy przy stole, a ona rozłożyła przede mną całą baterię kosmetyków. Było tego więcej niż w drogerii na osiedlu.

– Dobrze, Michał. Teraz pokażę ci, co robisz źle. Zacznij od oczyszczenia twarzy.

– Ale ja się kąpałem rano – jęknąłem.

– Nie chodzi o kąpiel. Tu masz piankę, specjalną, bez SLS. Wmasuj delikatnie kolistymi ruchami.

– Słyszę „SLS” i mam wrażenie, że rozmawiam z chemikiem z laboratorium – mruknąłem, ale zrobiłem, co kazała.

Potem przeszliśmy do toniku, który „przywraca pH skóry”. Nie wiedziałem, że moje pH się gdzieś zgubiło.

– A teraz serum. Dwie kropelki. Nie więcej! I delikatnie wklepuj.

– Czuję się jak ciasto, które zaraz trafi do piekarnika.

– Michał, musisz bardziej dbać o siebie. Skóra to największy organ człowieka.

– Ale po co? Przecież mnie już nikt nie będzie podrywał.

– A ja to co?

Spojrzała na mnie z takim uśmiechem, że aż zrobiło mi się głupio.

– No dobra, masz rację. Robię to dla ciebie.

– Dla siebie, Michał. Dla siebie też. Zobaczysz, jeszcze ci się spodoba.

Nie chciałem tego przyznać na głos, ale... miałem wrażenie, że naprawdę skóra wyglądała lepiej. Może to placebo. Może to magia. A może Basia miała rację. Zacząłem się zastanawiać, co by powiedzieli chłopaki z pracy, gdyby wiedzieli, że właśnie uczę się różnicy między kremem nawilżającym a regenerującym.

W pracy mnie przejrzeli

W poniedziałek w pracy próbowałem się zachowywać normalnie. Żadnego „pachnę jak egzotyczna roślina”, żadnego „moja twarz się nie błyszczy!”. Ale oczywiście – musiał się znaleźć ktoś, kto zauważył.

– Michał, coś ty taki… wypoczęty? – zagadnęła Iwona z księgowości.

– No wiesz, weekend. Spałem jak niemowlę.

– Albo jak ktoś, kto właśnie przeszedł metamorfozę w spa – wtrącił się Maciek. – Świecisz się jak jajka na Wielkanoc.

– Może po prostu się ogoliłem – odburknąłem, ale czułem, że mnie przejrzeli.

Na przerwie kawowej przy ekspresie zebrało się kilka osób. Wystarczyło jedno słowo.

– Michał, byłeś może u kosmetyczki? – spytał Andrzej, patrząc mi prosto w twarz.

– O nie, znowu? – jęknąłem. – To już drugi raz ktoś mi to mówi!

– Bo serio, wyglądasz... dobrze. Ale tak inaczej. Zdrowo. Skóra ci się błyszczy, jakbyś przeszedł detoks – rzuciła Iwona.

– A może po prostu moja żona dorwała przedwiosenne promki i postanowiła uczynić ze mnie człowieka?

– To znaczy wcześniej byłeś kim? – zaśmiał się Maciek. – Jaskiniowcem?

– Raczej surowym materiałem – odpowiedziałem z ironią. – Teraz jestem w fazie obróbki końcowej.

A co to za kremy polecasz? – spytała jedna z młodszych dziewczyn z HR.

I wtedy poczułem, że się zaczyna. Nie było odwrotu. Oficjalnie stałem się „tym gościem od pielęgnacji”.

Nawet mi się podobało

Wieczorem usiadłem w łazience z tubką kremu liftingującego i instrukcją w dłoni, czując się jak agent przed tajną misją.

– Michał, nakładasz to na czystą skórę! – zawołała Basia z kuchni. – I omijasz oczy!

– A co, jak mi się ręka omsknie? – odpowiedziałem z ironią. – Odpadną?

– Nie. Będziesz wyglądał, jakbyś miał zapalenie spojówek. Poważnie, nie ryzykuj.

Zrobiłem wszystko jak należy. Potem jeszcze balsam pod oczy, który pachniał jak coś między męskimi perfumami a herbatką z rumianku. Wyszedłem z łazienki i stanąłem w progu salonu.

– No i? – spytałem, prezentując się jak model z budżetowego katalogu.

Basia uniosła wzrok znad książki, przyjrzała mi się z uśmiechem.

– Mój Boże… to naprawdę działa.

– Co? Że krem?

– Nie. Że da się z ciebie zrobić zadbanego faceta.

– No i teraz to już mogę z dumą świecić twarzą przed światem. A może... założę konto w socialach?„Michał Skincare Journey”?

– Tylko jeśli wrzucisz selfie w maseczce z glinki – parsknęła śmiechem.

Usiadłem obok niej i westchnąłem.

– Powiem ci coś, Basia. Myślałem, że mnie to wszystko będzie denerwować. Ale chyba... nawet mi się podoba. Jest coś fajnego w tym, że robię coś tylko dla siebie. Nawet jeśli pachnę jak eukaliptusowy las.

– No widzisz? Mówiłam. Jeszcze będziesz mi podkradał moje kremy.

– Spokojnie. Jeszcze mam swoje, ale jak się skończą... nie wykluczam.

Nie straciłem nic z męskości

Kilka dni później, przy niedzielnym obiedzie u rodziców, Marek znów dał popis swojej spostrzegawczości.

– Michał, nie no, poważnie. Ty naprawdę wyglądasz młodziej. Jakby cię cofnęło o jakieś dziesięć lat.

– To pewnie ten krem z koenzymem Q10 i serum z kwasem hialuronowym – rzuciłem bez mrugnięcia okiem.

– Czekaj, co? – Marek zakrztusił się ziemniakiem. – Ty serio się uczysz tych nazw?

– No a co, myślałeś, że będę się smarował w ciemno? To jest nauka. Wiedza. Samodoskonalenie.

– Michał… ja cię nie poznaję.

– Bo się zmieniam. Ewoluuję. Wkrótce zacznę mówić o pielęgnacji porami roku.

Basia pokiwała głową z dumą.

– Jeszcze trochę i będzie robił zakupy w drogerii lepiej ode mnie.

– Już to robiłem. Nawet panie przy kasie zaczynają mi mówić: „Panie Michale, mamy nową linię kremów”.

Ojciec spojrzał na mnie znad rosołu i mruknął:

– Kiedyś to facet po prostu brał mydło i wodę. I też jakoś żył.

– Tato, ale czy mydło miało ekstrakt z żeń-szenia? – uśmiechnąłem się szeroko.

Wszyscy się roześmiali. A ja pomyślałem, że może nie jest tak źle. Może fakt, że codziennie spędzam więcej czasu przy lustrze niż kiedyś, wcale nie oznacza, że straciłem swoją męskość. Może po prostu – jestem trochę bardziej zadbany. I z jakiegoś powodu… całkiem mi się to podobało.

Michał, 42 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama