Reklama

Każdego dnia o siedemnastej trzydzieści, gdy stoję w korku wracając z biura, ekran mojego telefonu rozbłyska tym samym numerem. Nie mam go zapisanego, ale znam te cyfry na pamięć. To Alina. Żona mężczyzny, którego kocham, i kobieta, która trzyma w rękach detonator do bomby podłożonej pod fundamenty mojego istnienia. Kiedy telefon wibruje na siedzeniu pasażera, żołądek zawiązuje mi się w supeł. Nie chodzi tylko o skandal obyczajowy. Stawka jest o wiele wyższa, a ja każdego popołudnia balansuję na krawędzi, modląc się, by sygnał w końcu ucichł.

Wiedziałam, że ma żonę

Wszystko zaczęło się tak, jak zwykle w historiach kończących się katastrofą. Jestem architektką wnętrz, moją pracą jest wprowadzanie harmonii w chaos cudzych mieszkań. Moje własne życie również przypominało do niedawna idealnie zaprojektowany apartament: stonowane barwy, wszystko na swoim miejscu, zero zbędnych emocji. Mam trzydzieści cztery lata, własną pracownię i opinię niezawodnej profesjonalistki. A potem pojawił się Tomasz.

Poznaliśmy się przy renowacji kamienicy w centrum. On reprezentował dewelopera, ja projektowałam lobby. Starszy o dekadę, pewny siebie, z charyzmą zagęszczającą powietrze w każdym pomieszczeniu, do którego wchodził. To nie były fajerwerki, raczej powolne, nieuniknione przyciąganie magnesu do metalu. Wiedziałam, że ma żonę. Nigdy tego nie ukrywał, mówiąc o niej z szacunkiem, ale i chłodem, który brałam za dowód wygasającego uczucia.

Dziś, patrząc na wibrujący telefon, przeklinam swoją naiwność. Alina nie jest po prostu „żoną”. To instytucja. Prezeska fundacji finansującej kluczowe projekty kulturalne w mieście, kobieta o nienagannej reputacji i wpływach sięgających ratusza. Jednym telefonem mogłaby zniszczyć moją karierę. A teraz dzwoni do mnie. Codziennie. Nie odbieram, bo paraliżuje mnie strach. Czy chce krzyczeć? Grozić? A może powiedzieć coś, co zburzy mój obraz Tomasza? Żyję w zawieszeniu, a każda nieodebrana rozmowa to kolejna cegła w murze lęku.

Rozwód to kwestia czasu

Tomasz zapewniał, że ich małżeństwo to fikcja na papierze. Klasyk gatunku, prawda? Mężczyzna mówi kochance, że żona go nie rozumie, że żyją obok siebie, a rozwód to kwestia czasu. Słuchałam, bo chciałam wierzyć, że jestem tą właściwą, która po prostu pojawiła się za późno.

– Ona jest skupiona na karierze i wizerunku – mówił, gładząc moją dłoń podczas ukradkowej kolacji. – Dla niej liczy się tylko to, co ludzie powiedzą. Nie ma w tym ciepła. Z tobą czuję, że żyję.

Czułam się wybrana, ale w tle zawsze była ona. Widziałam ją na bankietach i zdjęciach w prasie – zawsze elegancka, z idealną fryzurą i uśmiechem niezdradzającym żadnych emocji. Wydawała się posągiem. Problem w tym, że moje życie zawodowe zaczęło niebezpiecznie splatać się z jej strefą wpływów. Dostałam zlecenie życia: projekt wnętrz nowej filharmonii. To miał być mój bilet do pierwszej ligi. Inwestorem było miasto, ale głównym patronem – fundacja Aliny. Podpisując kontrakt, wiedziałam, że stąpam po kruchym lodzie. Jeśli ona dowie się o nas, stracę nie tylko mężczyznę, ale i reputację, na którą pracowałam dekadę. W branży architektonicznej zaufanie to waluta, a skandal z głównym sponsorem oznacza bankructwo.

Zawsze o tej samej porze

Pierwszy telefon od Aliny odebrałam miesiąc temu, we wtorek, gdy wybierałam próbki weluru. Odebrałam machinalnie.

– Dzień dobry, pani Kingo. Mówi Alina R..

Zamarłam. Próbka wypadła mi z ręki na beton.

– Słucham? – wydukałam, czując, jak krew odpływa mi z twarzy.

– Chciałabym się z panią spotkać. Musimy porozmawiać o pewnych... nieścisłościach.

Rozłączyłam się. Wcisnęłam czerwoną słuchawkę jak przerażona nastolatka, z sercem walącym jak młot. Zadzwoniłam do Tomasza, ale odebrał dopiero wieczorem, bagatelizując sprawę.

– Pewnie chodzi o budżet fundacji, coś jej się nie zgadza w fakturach, ma obsesję na punkcie kontroli – tłumaczył spokojnie. – Nie panikuj. Nie wie o nas. Gdyby wiedziała, już byś nie miała wstępu na budowę.

Uspokoił mnie tylko na chwilę, bo następnego dnia zadzwoniła znowu. I kolejnego. Zawsze o tej samej porze. Żadnych wiadomości, żadnych SMS-ów. Tylko ten upiorny, regularny sygnał. W biurze podskakiwałam na każdy dźwięk, na ulicy oglądałam się za siebie. Moja asystentka, Marta, pytała, czy wszystko w porządku, ale zbywałam ją presją projektu. Prawda była taka, że presja pochodziła z mojej torebki, gdzie telefon był jak odbezpieczony detonator.

Poczułam zimny dreszcz

Mój azyl też przestał być bezpieczny. Choć mieszkam sama, mam bliską relację z siostrą, Anią, która jest psychologiem i ma radar na kłamstwa.

– Co się z tobą dzieje? – zapytała pewnego wieczoru. – Jesteś nieobecna, nerwowa. Czy to ten twój tajemniczy, żonaty facet?

Nie wiedziała, kim on jest.

– To nie on – skłamałam. – To praca. Alina R.... ta od fundacji. Chyba mnie nie lubi. Boję się, że cofną finansowanie.

– Alina R.? – Ania zmarszczyła brwi. – Słyszałam o niej. Podobno twarda, ale sprawiedliwa. Dlaczego miałaby cię wyrzucić, skoro twoje projekty są genialne?

– Nie wiem, po prostu mam złe przeczucia.

Gdy Tomasz przyjechał do mnie późno w nocy, był wyraźnie poddenerwowany.

– Pytała o ciebie – rzucił, zdejmując płaszcz.

– Kto? Alina?

– Tak. Zapytała, czy jestem zadowolony z postępów prac przy filharmonii i czy uważam, że Kinga Z. to właściwa osoba na tym miejscu.

Poczułam zimny dreszcz.

– I co powiedziałeś?

– Że jesteś najlepsza, ale... patrzyła na mnie dziwnie. Jakby wiedziała, że kłamię, ale nie w kwestii twoich kompetencji.

– Ona dzwoni do mnie codziennie, Tomasz! – wybuchłam. – Muszę odebrać. Muszę wiedzieć, o co jej chodzi. To mnie wykańcza.

– Nie! – krzyknął i złapał mnie za ramiona. – Nie odbieraj. Jeśli z nią porozmawiasz, ona cię zmanipuluje. Zniszczy to, co mamy, zniszczy twoją karierę dla satysfakcji. Znam ją. Ona karmi się cudzym strachem. Przeczekaj to. Znudzi jej się.

Jego gwałtowna reakcja, pełna lęku, dała mi do myślenia. Po raz pierwszy pomyślałam, że Tomasz boi się nie o mnie, ale o siebie.

Nie czuła nienawiści, tylko żal

Tydzień później w urzędzie miasta, czekając na pozwolenia, zobaczyłam ją. Alina szła korytarzem w nienagannym szarym kostiumie. Chciałam zniknąć, ale mnie zauważyła. Podeszła pewnym krokiem. Czekałam na awanturę, na policzek, na publiczne upokorzenie.

– Pani Kingo – powiedziała spokojnie. Jej głos był zaskakująco łagodny, a w oczach miała smutek zmieszany z determinacją. – Dobrze, że panią widzę. Nie odbiera pani moich telefonów.

– Ja... miałam dużo pracy – wydukałam, czując suchość w gardle. – Zasięg w pracowni szwankuje.

Alina uśmiechnęła się kącikiem ust – uśmiechem politowania, nie triumfu.

– Nie dzwonię, żeby zrobić pani awanturę o sypianie z moim mężem – powiedziała cicho.

Zamarłam. A więc wiedziała.

– Proszę mnie wysłuchać – kontynuowała, nie dając mi dojść do słowa. – Tomasz jest bardzo przekonujący. Wiem, co pani mówi. Że jestem zimna, że go nie rozumiem. Mówi to każdej.

– Każdej? – powtórzyłam bezmyślnie.

Pani jest trzecia w ciągu ostatnich pięciu lat, ale nie o to chodzi. Do zdrad przywykłam. Chodzi o pani firmę. O pani podpis.

Podała mi cienką kopertę wyjętą z torebki.

– Niech pani to przejrzy. Tomasz nie jest tylko przedstawicielem dewelopera. Jest cichym udziałowcem firmy dostarczającej materiały, te, które pani zatwierdza. One nie mają atestów przeciwpożarowych wymaganych w budynkach użyteczności publicznej. Sfałszowali dokumentację. Jeśli dojdzie do kontroli – a dojdzie, bo sama ją zlecę – to pani, jako główny architekt, pójdzie siedzieć za narażenie życia ludzi. A on? On jest czysty. Jego nazwiska nie ma na żadnym dokumencie. To pani podpis widnieje pod zamówieniami.

Stałam z kopertą w dłoni, nie mogąc uwierzyć.

– Dlaczego mi pani to mówi? – zapytałam szeptem. – Przecież pani mnie musi nienawidzić.

– Nie nienawidzę pani. Jest mi pani żal. Tomasz wykorzystuje kobiety nie tylko emocjonalnie. Wykorzystuje ich pozycje i talenty do brudnych interesów. Poprzednia architektka straciła uprawnienia. Nie pozwolę, żeby zniszczył kolejną zdolną kobietę tylko po to, żeby zarobić na tańszych zamiennikach. Dzwoniłam, żeby panią ostrzec, zanim podpisze pani odbiór końcowy.

– Ale... on mówił, że pani chce mnie zniszczyć.

– Oczywiście, że tak mówił. Strach to najlepsza metoda kontroli. Dopóki bała się pani odebrać, on był bezpieczny.

Alina poprawiła torebkę.

Ma pani czas do jutra. Proszę sprawdzić te dokumenty. Jeśli mam rację, wie pani, co robić. Jeśli nie... cóż, uznamy tę rozmowę za niebyłą.

Odeszła, zostawiając mnie z kopertą cięższą niż całe moje dotychczasowe życie.

W jego oczach nie było miłości

W pracowni zamknęłam się na klucz i rozłożyłam papiery. Porównałam numery seryjne i certyfikaty od Tomasza z tymi od Aliny. Wszystko się zgadzało – czyli nic się nie zgadzało. Dokumenty Tomasza były mistrzowskimi podróbkami. Materiały do sali koncertowej były łatwopalne; w razie pożaru sala stałaby się śmiertelną pułapką. A pod każdą akceptacją widniała moja pieczątka. „To tylko formalność, Kinga, znalazłem lepszego dostawcę” – słowa Tomasza dźwięczały mi w uszach. Zrozumiałam, czym był ten koszmar. To nie Alina była potworem. To ja żyłam w bajce napisanej przez groźnego człowieka. Dzwoniła codziennie, by uratować mi życie. Wieczorem Tomasz przyszedł z kwiatami, chcąc świętować planowaną na jutro dostawę paneli.

– Napijesz się wina? – zapytał, idąc do kuchni jak do siebie.

Siedziałam na kanapie, widząc teraz każdy jego fałszywy gest.

– Rozmawiałam z Aliną – powiedziałam spokojnie.

Zastygł. Odstawił butelkę, a dźwięk szkła o blat był nienaturalnie głośny.

– Mówiłem ci, żebyś nie odbierała – jego głos stał się zimny, metaliczny. – Co ci nagadała?

– Dała mi dokumenty. Te prawdziwe. Od producenta paneli.

Odwrócił się powoli. W jego oczach nie było już miłości, tylko lodowata kalkulacja.

– I co z tym zrobisz? – zapytał. – Wiesz, że jesteś w to wplątana tak samo jak ja? Podpisałaś to. Jeśli to wyjdzie, jesteś skończona. Nikt ci nie uwierzy, że nie wiedziałaś.

– Może – odparłam, czując dziwny spokój. – Ale jeszcze nie podpisałam odbioru technicznego. Jutro zrywam kontrakt z dostawcą i zgłaszam próbę oszustwa do inwestora.

– Zniszczysz mnie – syknął, podchodząc bliżej.

– Nie, Tomasz. Ty już dawno nas zniszczyłeś. Ja tylko ratuję siebie.

Wyrzuciłam go. Groził, prosił, wyzywał od idiotek, by za chwilę wyznawać miłość. Kiedy drzwi się zamknęły, płakałam przez godzinę – nie za nim, ale nad swoją naiwnością i tym, jak blisko byłam totalnej katastrofy.

Kobiety powinny się trzymać razem

Następnego dnia zadzwoniłam do Aliny.

– Dziękuję – powiedziałam krótko.

– Zrobiła pani to, co należało?

– Tak. Zgłosiłam nieprawidłowości. Przetarg zostanie powtórzony, a Tomasz nie będzie już reprezentował dewelopera.

– Cieszę się – odparła. – To dobra decyzja. Kobiety powinny trzymać się razem, nawet w tak... niefortunnych okolicznościach. Nie mogłam pozwolić, żeby mój mąż znowu wygrał.

To była nasza ostatnia rozmowa. Czasem widujemy się na oficjalnych bankietach, kiwając sobie z daleka. Projekt filharmonii został ukończony z opóźnieniem, ale bezpiecznie. Moja reputacja ucierpiała przez plotki o romansie, ale obroniłam się zawodowo, pokazując, że potrafię naprawić błędy, nawet za wysoką cenę osobistą. Dziś, stojąc w korku o siedemnastej trzydzieści, mój telefon milczy. I to najpiękniejsza cisza, jaką słyszałam. Prawdziwy koszmar to nie ten, w którym ktoś dzwoni, by krzyczeć. Prawdziwy koszmar to ten, w którym ktoś szepcze ci do ucha słodkie kłamstwa, podczas gdy wokół ciebie płonie świat.

Kinga, 34 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama