Reklama

Kiedy ktoś mnie pytał, czy jestem szczęśliwy w małżeństwie, odpowiadałem bez wahania: „Tak, oczywiście”. Z przyzwyczajenia. Bo tak trzeba było mówić. W końcu miałem dobrą żonę, pracę, dom, dzieci, nawet kota. Z zewnątrz wyglądało to na idealne życie. Tyle że w środku wszystko zaczęło się powoli kruszyć. To nie było jedno wielkie trzęsienie ziemi, tylko raczej drobne pęknięcia – jak rysy na szkle, które z czasem zaczynają się rozchodzić we wszystkie strony. Każdy dzień przypominał coraz bardziej odtwarzanie tej samej taśmy, na której głosy są coraz bardziej zniekształcone. Coraz mniej się do siebie uśmiechaliśmy. Coraz mniej ze sobą rozmawialiśmy. Coraz mniej się rozumieliśmy. A może już wcale? Nie jestem święty. Mam swoje wady. Czasem bywam uparty, czasem zamykam się w sobie. Jednak długo łudziłem się, że to tylko zmęczenie, rutyna, może chwilowe wypalenie. Tyle że ta „chwila” trwała już drugi rok. I wtedy pojawiła się ona.

Policzyłem w myślach do 5

Zawsze wiedziałem, że moja żona to typ zadaniowca. Wszystko musiało być zrobione: lista zakupów, lista obowiązków, lista celów na ten tydzień. U niej nawet romantyczny wieczór był wpisany w kalendarz z wyprzedzeniem. A jak nie był, to go nie było.

Wyszedłbyś w końcu z psem – rzuciła, nie odrywając wzroku od laptopa.

– Wyszedłem rano – odparłem bez większego entuzjazmu, z nogami na stole.

– No to teraz twoja kolej znowu. Poza tym pies już stoi przy drzwiach.

– A może byśmy tak... poszli razem? – zapytałem, nieco zbyt miękko, jakby z góry wiedząc, jaka będzie odpowiedź.

Razem? Z psem? Po co? Przecież to bez sensu. Poza tym muszę dokończyć raport.

Zamknąłem oczy i policzyłem w myślach do pięciu. To był mój nowy system. Wdech, wydech, wdech, wydech. Otworzyłem oczy. Pies patrzył na mnie błagalnie. Westchnąłem.

– Dobra, to pójdę sam.

– Super. A po drodze kup chleb.

I wtedy poczułem to znajome ukłucie. Jakby zredukowała mnie do funkcji. Pies, chleb, spacer. A gdzie w tym wszystkim byłem ja? Wieczorem, przeglądając internet, zobaczyłem zdjęcie koleżanki z liceum. W tle plaża, uśmiech, lekki makijaż. W komentarzach ktoś napisał: „Wyglądasz bosko!”. Chyba kliknąłem „polubię to”.

Czułem się winny

Z Magdą nie rozmawiałem od lat. Pamiętałem, że w liceum miała cięty język i uśmiech, który trochę irytował nauczycieli, a trochę ich rozbrajał. Nie wiem, co mnie tknęło, żeby do niej napisać. Może potrzeba, żeby ktoś zobaczył we mnie coś więcej niż tylko dostawcę chleba i opiekuna psa.

„Cześć, długo się nie widzieliśmy. Fajne zdjęcie. Wakacje?”, napisałem.

Odpowiedziała po godzinie.

„Hej! Dzięki. Hiszpania. Rzuciłam wszystko i pojechałam sama. Szalony pomysł, ale potrzebowałam resetu”.

„Odważnie. Trochę zazdroszczę. Ja co najwyżej do Żabki wychodzę, i to z psem”, odpisałem półżartem.

„Jak się nazywa pies?”

I tak się zaczęło. Kilka wiadomości dziennie, potem więcej. Jej życie wydawało się inne. Kolorowe, zaskakujące. Nawet gdy opowiadała, że pokłóciła się z mechanikiem o wymianę opon, to było to jakieś... żywe.

Co u ciebie poza psimi spacerami?”, zapytała po paru dniach.

Zawahałem się. Napisać prawdę?

„Praca, dom, rutyna. Chyba właśnie się budzę z letargu”, odpowiedziałem.

„Lepiej późno niż nigdy. Ja się obudziłam dwa lata temu. Wtedy wyprowadziłam się od faceta, z którym byłam przez pięć lat. Miał wszystko poza emocjami”, odpisała.

Zrobiło mi się ciepło od tej rozmowy. A potem poczułem się dziwnie... winny.

Podjąłem decyzję

Magda pisała coraz częściej. Rano – „miłego dnia”, wieczorem – „śpij dobrze”. Czasem w środku dnia wrzucała mi zdjęcie kawy z dopiskiem: „Myślisz, że to już trzecia czy czwarta?”. A ja odpowiadałem, jakby to było naturalne. Jakbyśmy od dawna byli w jakimś swoim równoległym świecie.

Kto to? – zapytała żona, gdy raz zapomniałem wyciszyć telefon, a ekran rozświetliła wiadomość z serduszkiem.

– Magda. Koleżanka z liceum – odpowiedziałem, zbyt szybko, zbyt spokojnie.

– Koleżanka? – uniosła brew. – Od kiedy masz kontakt z koleżankami z liceum?

Napisała do mnie po latach. Wrzuciła jakieś zdjęcie, dałem lajka, sama zaczęła rozmowę.

Spojrzała na mnie tak, jakby próbowała coś wyczytać z mojej twarzy. Jednak nie powiedziała nic więcej. Tylko wróciła do kuchni. Kroiła marchew tak głośno, że aż mnie to drażniło. Wieczorem leżałem w łóżku z telefonem. Magda zaproponowała, żebyśmy się spotkali „na luzie, kawa, pogaduchy, nic zobowiązującego”. Napisałem „zastanowię się”, choć wiedziałem, że już podjąłem decyzję.

– Nie śpisz? – zapytała żona, nie patrząc na mnie, przykryta po uszy.

Nie mogę zasnąć – mruknąłem. – Za dużo myśli.

– Dziwne. Przecież zawsze śpisz jak zabity.

Nie odpowiedziałem. Patrzyłem w ekran, czekając, czy Magda jeszcze coś napisze. W głowie miałem setki wymówek, które przygotuję, jeśli żona znów zacznie coś podejrzewać. A przecież jeszcze nic się nie wydarzyło.

Wiedziałem, że źle robię

Spotkaliśmy się w małej kawiarni na uboczu. Magda przyszła pierwsza. Ubrana zwyczajnie – dżinsy, biały sweter, włosy niedbale spięte. Jednak miała w sobie coś, co przyciągało. Nie musiała się starać.

– No wreszcie – uśmiechnęła się, gdy wszedłem. – Już myślałam, że się rozmyśliłeś.

– Trochę się wahałem – przyznałem, siadając naprzeciwko. – Nie powinienem tu być.

– A jednak jesteś – odparła, mieszając kawę. – Więc coś cię ciągnęło.

– Ciekawość. Ucieczka. Sam już nie wiem – wzruszyłem ramionami.

To też powód – stwierdziła, a jej spojrzenie było zbyt spokojne.

Rozmawialiśmy długo. Śmiała się z moich opowieści, komentowała złośliwie swoją pracę, gestykulowała, jakby w każdej chwili mogła przewrócić filiżankę. A ja… chłonąłem to. Tę żywą obecność. Tę uwagę. To, że ktoś chciał mnie słuchać.

Muszę wracać – powiedziałem w końcu, z niechęcią spoglądając na zegarek. – Później zaczną się pytania.

– Masz żonę... – kiwnęła głową. – I chyba jeszcze resztki sumienia?

– Chyba – odpowiedziałem z gorzkim uśmiechem. – Chociaż nie wiem, czy ona jeszcze mnie w ogóle zauważa.

Magda wstała razem ze mną. Na pożegnanie położyła rękę na moim ramieniu.

– Wiesz, nie szukam dramatu. Nie potrzebuję cudzego męża. Jednak jeśli kiedyś zechcesz się po prostu wyrwać, porozmawiać... jestem.

Wróciłem do domu rozdygotany. Bo tak – chciałem się jeszcze wyrwać z małżeństwa. Chciałem więcej.

Spojrzałem na nią inaczej

Zaczęło się od drobiazgów. Późniejsze powroty do domu. Wyłączony dźwięk w telefonie. Spotykałem się z Magdą. Nie codziennie, nie zawsze... ale wystarczająco często, by coś we mnie zaczęło się przesuwać.

Co ty tak ostatnio milczysz? – zapytała żona któregoś wieczoru, kiedy jedliśmy kolację.

– Praca mnie przytłacza – odburknąłem. – Mam dużo na głowie.

– Ty? – skrzywiła się. – Pracujesz w tej samej firmie od dziesięciu lat, zawsze o siedemnastej jesteś w domu. Teraz nagle „dużo na głowie”? Chcesz mi wmówić, że nic się nie dzieje?

– Wymyślasz – rzuciłem, zbyt agresywnie.

– Nie jestem idiotką – odparła cicho, ale stanowczo. – Czuję, że się oddalasz.

Zamilkłem. Bo co miałem powiedzieć? Że zakochałem się w kimś innym? Że znalazłem kogoś, kto mnie słucha, kto się śmieje z moich żartów, kto nie traktuje mnie jak chodzącego kalendarza? Tego wieczoru nie napisałem do Magdy. Nie miałem siły. Przekładałem w głowie każde słowo, które powiedziała moja żona. Brzmiały jak ostrzeżenie. Może jeszcze nie było za późno? Rano przy śniadaniu spojrzałem na nią inaczej. Miała cienie pod oczami. Pracowała za dużo, spała za mało. A ja, zamiast pomóc, uciekłem. I nagle to wszystko – ten flirt, te wiadomości, te spotkania – zaczęło mi się wydawać... żenujące.

Nie wiem, czy mi wybaczy

Telefon zadzwonił w południe. Magda. Nie odebrałem. Napisała:

„Wszystko ok?”.

Odpisałem dopiero po godzinie:

Musimy to zakończyć”.

Nie było dramatu. Nie błagała, nie wypytywała. Tylko:

„Dobrze. Dbaj o siebie”.

Do domu wróciłem wcześniej. Żona siedziała przy stole, przeglądała papiery.

Potrzebujesz pomocy? – zapytałem, siadając obok.

Spojrzała na mnie z zaskoczeniem, jakby pierwszy raz od miesięcy zobaczyła, że jeszcze istnieję.

– Nie wiem, co się z tobą działo – powiedziała po chwili. – Ale chyba wiesz, że nasze małżeństwo się sypie. I to od dawna.

– Wiem. I przepraszam.

– To nie wystarczy – odparła. – Ale to początek. Jeśli chcesz coś odbudować... musimy zacząć mówić prawdę. Nawet jeśli będzie bolała.

Zawahałem się.

– Spotykałem się z kimś. Z Magdą. Z liceum. Nic się nie stało... fizycznie. Jednak myślami byłem gdzie indziej. Uciekałem.

Nie krzyczała. Nie płakała. Po prostu skinęła głową. Jakby właśnie to podejrzewała.

– Dobrze, że masz odwagę to powiedzieć.

Usiedliśmy razem w ciszy. I ta cisza, paradoksalnie, była bardziej znośna niż przez ostatnie miesiące. Zrozumiałem wtedy, że flirt z Magdą był ucieczką od odpowiedzialności. Nie wiem żona, czy mi wybaczy. Jednak wiem jedno: przez moment chciałem coś, co wygląda jak życie. A prawdziwe życie czekało na mnie tu. W domu.

Michał, 39 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama