„Żona fundowała mi zachcianki i żyłem jak pączek w maśle. Dzisiaj jestem jej wdzięczny, że wyrzuciła mnie z torbami”
„Wydawało mi się, że los wreszcie się do mnie uśmiechnął. Poznałem kobietę, która miała wszystko: pieniądze, pewność siebie i plan na życie. Przy niej uwierzyłem, że w końcu przestanę się martwić o jutro. Przeliczyłem się i wyszedłem na tym, jak Zabłocki na mydle. To była droga donikąd”.

- Redakcja
Chciałem tylko jednego – wskoczyć w gotowy świat i wygodnie się w nim urządzić. Nie zauważyłem momentu, w którym przestałem być partnerem, a zacząłem być dodatkiem.
Na początku protestowałem
Kiedy poznałem Annę, siedziała przy stoliku w kawiarni i mówiła przez telefon takim tonem, jakby cały świat czekał, aż skończy zdanie. Nie podniosła głosu, nie spieszyła się. A ja od razu wiedziałem, że to nie jest ktoś, kto liczy drobne w portfelu przed kasą.
– Tak, proszę to przesunąć na jutro. Dziś nie ma sensu – powiedziała spokojnie i dopiero wtedy spojrzała na mnie. – Przepraszam, już.
Uśmiechnęła się lekko. Ja, zamiast odpowiedzieć tym samym, poczułem się jak uczeń przy tablicy. Miałem na sobie starą kurtkę, której suwak czasem się zacinał, i nagle wydała mi się śmieszna.
– Nic się nie stało – rzuciłem. – Też czasem odbieram w nieodpowiednich momentach. Choć żałuję, że rzadko ktoś do mnie dzwoni.
Zaśmiała się. To był krótki, pewny śmiech, bez skrępowania.
Zaczęliśmy się spotykać szybko. Za szybko. Restauracje, których nazw nie potrafiłem zapamiętać, wyjazdy „na weekend”, które kosztowały więcej niż moje miesięczne zarobki. Za każdym razem mówiła to samo:
– Daj spokój, to żaden problem.
Na początku protestowałem. Przynajmniej udawałem.
– Anka, nie chcę, żebyś za wszystko płaciła.
– Nie płacę za wszystko. Płacę za wspólny czas – odpowiadała i zamykała temat.
Kiedy zamieszkaliśmy razem, różnice stały się bardziej widoczne. Ja liczyłem rachunki, ona nawet na nie nie patrzyła. Ja pytałem, czy możemy sobie na coś pozwolić, ona już to zamawiała.
– Czemu zawsze pytasz? – zdziwiła się kiedyś. – Przecież damy radę.
„Damy”. To słowo brzmiało dobrze, ale coraz częściej miałem wrażenie, że to „ona”. Ja tylko byłem obok. Przestałem szukać lepszej pracy, bo po co? Przestałem mieć zdanie, bo i tak było mniej wygodne.
Któregoś wieczoru powiedziała:
– Wiesz, dobrze, że nie masz tych ambicji jak inni. Jest z tobą… spokojnie.
Uśmiechnąłem się, ale coś we mnie wtedy pękło. Po raz pierwszy pomyślałem, że to nie komplement.
Jak w złotej klatce
Po ślubie wszystko przyspieszyło, jakby ktoś wcisnął przycisk „dalej”. Nowe mieszkanie pojawiło się w naszym życiu bez żadnych rozmów, bez planów. Po prostu któregoś dnia Anna rzuciła:
– Podpisałam umowę. Przeprowadzamy się za miesiąc.
– Podpisałaś… sama? – zapytałem ostrożnie.
Spojrzała na mnie z lekkim zdziwieniem.
– A co by to zmieniło? I tak byś się zgodził.
Nie odpowiedziałem. Miała rację i właśnie to bolało najbardziej.
Mieszkanie było ogromne. Za duże dla mnie. Chodziłem po nim jak gość w hotelu, który boi się czegoś dotknąć. Anna urządzała wszystko według siebie. Ja byłem od noszenia kartonów i potakiwania.
– Ten kolor ścian zostawiamy? – zapytała raz, nawet nie patrząc w moją stronę.
– Jeśli ci się podoba.
– No właśnie – ucięła.
Przestałem pracować niedługo potem. Najpierw „na chwilę”.
– Odpocznij – powiedziała. – Zobaczysz, jak to jest nie martwić się o pieniądze.
Na początku było miło. Spałem dłużej, robiłem zakupy, czekałem na nią z obiadem. Ale z czasem zaczęła wracać coraz później, zmęczona, rozdrażniona.
– Dlaczego nie załatwiłeś tego dzisiaj? – rzuciła pewnego wieczoru, zdejmując płaszcz.
– Mówiłaś, że nie ma pośpiechu.
– Mówiłam, bo myślałam, że sam to ogarniesz.
Coraz częściej czułem się jak pracownik bez pensji. Każda moja prośba była „niepotrzebna”, każde zdanie „nie na temat”. Kiedy próbowałem powiedzieć, że źle się czuję w tej sytuacji, machnęła ręką.
– Przesadzasz. Inni by ci zazdrościli.
Może i tak. Tylko ja coraz częściej łapałem się na tym, że stoję przed lustrem i nie bardzo wiem, kim jestem. Miałem wszystko, a jednocześnie nic swojego. Któregoś dnia usłyszałem:
– Wiesz, czasem myślę, że bez ciebie miałabym łatwiej.
Nie powiedziała tego w złości. Powiedziała spokojnie. I to było najgorsze.
Chciałem być kimś bez wysiłku
Po tamtej rozmowie zaczęliśmy funkcjonować obok siebie. Nie razem. Ona wychodziła wcześnie, wracała późno. Zostawiała krótkie wiadomości na blacie, jakby pisała do sąsiada.
– Wrócę po dwudziestej. Kolacja niepotrzebna.
Ja siedziałem w ciszy, która nie była spokojna. Przeglądałem ogłoszenia o pracę, ale każde wydawało mi się nie dla mnie. Albo za słabe, albo za trudne. Zamykałem przeglądarkę i mówiłem sobie, że jutro.
Pewnego popołudnia Anna wróciła wcześniej. Stanęła w drzwiach salonu i rozejrzała się powoli.
– Co robiłeś cały dzień? – zapytała.
– Szukałem czegoś – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, choć brzmiało to żałośnie.
– Czegoś… czy pracy?
Nie wiedziałem, co powiedzieć. Milczenie wystarczyło. Usiadła naprzeciwko mnie. Po raz pierwszy od dawna patrzyła mi prosto w oczy.
– Ja nie chcę już tak żyć – powiedziała cicho. – Ciągnąć wszystkiego sama. Czuć, że obok mnie jest ktoś, kto tylko czeka.
– Nie czekam – zaprotestowałem. – Po prostu… pogubiłem się.
– A ja nie mam już siły cię szukać – odparła.
Tydzień później spakowała mi walizkę. Nie było krzyków, dramatów. Tylko lista rzeczy na kartce i chłodne:
– Na razie zamieszkaj u siostry. Muszę pomyśleć.
Kiedy zamknęły się za mną drzwi, poczułem coś, czego się nie spodziewałem. Nie ulgę. Wstyd. Stałem na klatce schodowej z walizką i myślą, że chciałem być kimś bez wysiłku. I właśnie dlatego zostałem nikim. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że bogactwo, które miało mnie uratować, było tylko wygodną wymówką. A ja sam, krok po kroku, oddałem wszystko, co mnie kiedyś określało.
Nowe wyzwania
Siostra przyjęła mnie bez pytań, ale to milczenie było gorsze niż wyrzuty. Spałem na rozkładanej kanapie w przedpokoju, między wieszakiem a szafką na buty. Każdego ranka budziłem się z myślą, że to tylko tymczasowe. Problem w tym, że nie wiedziałem, do czego miałoby prowadzić to „potem”.
– Jak długo zamierzasz tu zostać? – zapytała któregoś wieczoru, nalewając herbatę.
– Krótko – odpowiedziałem automatycznie.
– Czyli jak zawsze.
Nie powiedziała tego złośliwie. Raczej rzeczowo. Zabolało bardziej. Zacząłem wychodzić z domu, żeby nie czuć się jak intruz. Chodziłem bez celu, aż w końcu trafiłem do małego punktu usługowego z kartką w oknie. „Szukamy kogoś do pomocy”. Stałem tam dobrą minutę, zanim wszedłem.
– Na jak długo? – zapytał właściciel, mężczyzna w moim wieku.
– Na tyle, na ile się sprawdzę – odpowiedziałem.
Pierwszego dnia wróciłem zmęczony, z obolałymi rękami i dziwnym uczuciem w środku. To nie była duma. Raczej coś na kształt ulgi.
Anna odezwała się po dwóch tygodniach.
– Jak sobie radzisz? – zapytała.
– Pracuję – powiedziałem krótko.
Zapadła cisza.
– Cieszę się – odparła w końcu. – Naprawdę.
Nie zaproponowała spotkania. Ja też nie. Zrozumiałem, że to już inny etap. Nie do naprawy, tylko do zrozumienia. Wieczorami myślałem o tym, jak łatwo jest pomylić wygodę z bezpieczeństwem. Jak szybko można oddać ster komuś innemu, a potem mieć pretensje, że statek płynie nie w tę stronę. Nie byłem ofiarą. Byłem współautorem tego wszystkiego. I to była myśl najtrudniejsza, ale też pierwsza uczciwa od bardzo dawna.
Wróciłem do Anki
Minęło kilka miesięcy, zanim odważyłem się wrócić pod tamten adres. Nie po rzeczy. Po odpowiedź, której wcześniej nie chciałem usłyszeć. Stałem pod klatką i wiedziałem już, że nawet jeśli Anna by mnie zaprosiła, nie byłoby do czego wracać. Nie dlatego, że ona mnie skreśliła. Dlatego, że ja dawno skreśliłem samego siebie.
Nie spotkaliśmy się. Zostawiłem tylko krótką wiadomość: „Dziękuję za wszystko. Teraz rozumiem”. I pierwszy raz nie liczyłem na odpowiedź. Dziś mieszkam sam, w małym pokoju, który jest w całości mój. Płacę rachunki, które czasem mnie stresują. Wracam zmęczony, ale wiem, dlaczego. Nikt nie mówi za mnie, nikt nie decyduje, co jest dla mnie wygodne. Nie jestem bogaty. Nie jestem też nikim.
Czasem myślę o tamtym marzeniu, żeby żyć lekko, bez wysiłku, pod cudzym parasolem. I wtedy robi mi się wstyd, ale już nie paraliżujący. Raczej trzeźwy. Bo zrozumiałem, że jeśli chcesz, by ktoś cię szanował, musisz najpierw przestać sprzedawać siebie za wygodę. Nie zostałem miliarderem. Zostałem kimś, kto wreszcie stoi na własnych nogach. I choć deszcz pada mi prosto na twarz, wolę to niż suchą klatkę bez wyjścia.
Paweł, 41 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W podróż poślubną mieliśmy lecieć na narty do Szwajcarii. Przez głupi błąd zamiast w Alpach, wylądowaliśmy w Radomiu”
- „Przez lata żyłem samotnie, a zimą tulił mnie tylko ciepły koc. Na starość znalazłem kogoś, kto ogrzał moje serce”
- „Dałem synowi kasę, by rozwinął własny biznes. Teraz patrzę bezradnie, jak jego nowa panna chce go puścić w skarpetkach”