„Żona sprzedała nasze małżeństwo za 30 tysięcy złotych. Uwierzyła cwaniakowi z internetu, bo wysyłał jej serduszka”
„Byliśmy zwykłym małżeństwem z dziesięcioletnim stażem. Z czasem było mniej bliskości, więcej swoich zainteresowań. Próbowałem ratować to, co się sypało, aż przypadkiem zajrzałem w jej telefon. Wtedy zrozumiałem, że nasza miłość ma konkretną cenę. Dokładnie trzydzieści tysięcy złotych”.

- Redakcja
Byliśmy zwykłym małżeństwem. Ot, para z dziesięcioletnim stażem, wspólne kredyty, wieczory z serialami, wakacje w pensjonacie nad jeziorem. Z czasem było mniej śmiechu, mniej zbliżeń, mniej wszystkiego. Ja próbowałem to jakoś posklejać: zabrałem żonę raz do restauracji, innym razem wyskoczyliśmy do kina. Niby było lepiej, choć coś wisiało w powietrzu. Nie od razu to zrozumiałem. To przyszło później, kiedy przypadkiem zajrzałem do jej telefonu. I kiedy zobaczyłem, że nasza miłość ma swoją cenę. Dokładnie trzydzieści tysięcy złotych.
Nie drążyłem
Czułem, że coś się zmienia. Nie miałem dowodów, tylko jakieś dziwne przeczucia. Kiedyś opowiadała mi o wszystkim – od koleżanki, która się rozwodzi, po to, co zjadła na lunch. A teraz cisza. Wracała z pracy, siadała z telefonem na kanapie i znikała. Czasem nawet się uśmiechała do ekranu. Niby nic, a jednak coś mnie wtedy ściskało w żołądku.
Próbowałem z nią rozmawiać, ale kończyło się standardowo.
– Wszystko w porządku, po prostu jestem zmęczona – rzucała beznamiętnie, nie odrywając wzroku od wyświetlacza.
Nie drążyłem. Może z wygody, może ze strachu. Wmawiałem sobie, że przesadzam. Aż pewnej nocy obudziłem się i zobaczyłem, że jej nie ma w łóżku. Poszedłem do salonu – siedziała po ciemku, zapatrzona w ekran laptopa.
– Co robisz? – zapytałem zaspanym głosem.
Zamknęła komputer zbyt szybko, zbyt nerwowo.
– Nie mogłam spać, przeglądałam informacje.
Kłamała. Wiedziałem to. Ale nie miałem jeszcze odwagi, żeby sprawdzić, co naprawdę kryje się za tymi uśmiechami do telefonu i nocnymi sesjami przy laptopie.
„Jeszcze trochę, skarbie”
To był piątek, wróciłem wcześniej z pracy. Oparłem torbę przy drzwiach i od razu usłyszałem wibracje telefonu. Leżał na komodzie w przedpokoju. Ekran błyszczał – „Kochanie ❤️” – przeczytałem. Moje serce zamarło. To nie byłem ja.
Telefon zamilkł, ale chwilę później znowu zawibrował. Tym razem przyszła wiadomość: „Tęsknię za tobą. Jeszcze trochę, skarbie”. Stałem jak słup soli. Nie miałem w sobie siły, by go odłożyć. Patrzyłem, jakby te litery miały mi wyjaśnić wszystko, co przez ostatnie miesiące było nie tak.
Gdy wróciła, udawałem, że nic się nie stało. Przygotowała kolację, opowiadała, co robiła w pracy. Mówiła spokojnie, jakby wszystko było normalnie. Jej telefon znowu zawibrował, ale nie odebrała połączenia.
– Kto do ciebie dzwonił przed chwilą? – zapytałem nagle, znienacka.
Zamarła na sekundę, ale szybko odzyskała głos.
– Koleżanka z pracy, coś o grafiku pewnie.
Pokręciłem głową i odszedłem bez słowa. Nie miałem dowodów, tylko ten telefon, to jedno słowo – „Kochanie”. Wiedziałem, że coś jest na rzeczy. I wiedziałem też, że muszę dotrzeć do prawdy. Nawet jeśli miałaby mnie zaboleć bardziej, niż byłem gotów znieść.
Oszust z internetu wiedział co pisać
Nie wytrzymałem. Gdy żona zasnęła, sięgnąłem po jej telefon. Ekran był odblokowany. Może była zbyt zmęczona, a może już jej nie obchodziło, czy się dowiem. Nie musiałem długo szukać – wiadomości były wszędzie. Zdjęcia, serduszka. Rozmowy o wspólnym życiu, o planach na przyszłość. I o mnie – jako przeszkodzie.
– Mówi, że się domyśla. Ale to tylko kwestia czasu – napisała.
– Niech się domyśla, nie zabierze mi ciebie – odpisał on.
Czułem, jak serce mi wali, jakbym sam był przyłapany na zdradzie. Przewijałem dalej, nie mogąc przestać. Tam było wszystko – ich pierwsze wiadomości, szybkie flirty, potem coraz bardziej emocjonalne wyznania. Pisała mu o naszych problemach, o tym, że nie czuje się kochana, że potrzebuje czułości. A on, cwaniak z internetu, wiedział, co napisać.
Nie znała go w prawdziwym życiu. Nigdy się nie spotkali. A jednak mówiła do niego „miłość mojego życia”. I wtedy dotarło do mnie, że już jej nie mam. Że przegrałem z kimś, kto nawet nie musiał jej dotknąć.
Przelew na obce nazwisko
Kilka dni później odkryłem coś, co wstrząsnęło mną jeszcze bardziej. Przeglądałem wspólne konto – robiłem przelewy, opłacałem rachunki. I wtedy zauważyłem wypłatę: trzydzieści tysięcy złotych przelane na obce nazwisko. Nie kojarzyłem tej osoby. Konto oszczędnościowe niemal wyczyszczone. Zadzwoniłem do banku, upewniłem się, że to nie pomyłka. Potwierdzili: środki przelane z naszej lokaty, z jej autoryzacją.
Wieczorem, zanim wróciła z pracy, przygotowałem wszystko – wydruki przelewu, zapisane rozmowy z jej telefonu. Położyłem to na stole w kuchni. Usiadłem i czekałem. Weszła, odłożyła torebkę, spojrzała na dokumenty. Nawet nie udawała zaskoczenia.
– Dlaczego? – zapytałem cicho.
– On potrzebuje pomocy. Ma problemy, ktoś go oszukał… Nie zrozumiesz.
– Dałaś mu trzydzieści tysięcy?! – krzyknąłem, nie panując nad sobą. – Wiesz, co to za typ?
– Wiem więcej niż ty. On mnie kocha, nie jak ty, który tylko bierze i nic nie daje.
Wtedy już wiedziałem, że to się nie kończy tylko na zdradzie emocjonalnej. Że ona naprawdę wierzy, że to wszystko jest prawdziwe. Że ktoś, kogo nigdy nie widziała, jest wart więcej niż nasze wspólne życie.
Próbowałem to naprawić
Przez kolejne tygodnie żyliśmy obok siebie, w tym samym mieszkaniu, jakbyśmy byli obcy. Ona dalej uśmiechała się do telefonu. Czułem, że już nic nie jest takie samo. Każde jej spojrzenie w ekran wywoływało we mnie mieszankę gniewu i żalu. Zastanawiałem się, czy w ogóle kiedykolwiek ją znałem. Czy to, co mieliśmy, było prawdziwe, czy tylko iluzją, którą sama sobie tworzyła. Trzydzieści tysięcy złotych – tak wyceniła nasze małżeństwo.
Próbowałem rozmawiać, naprawiać. Raz po raz siadaliśmy w kuchni, ja trzymałem jej ręce, ona patrzyła w dal.
– Kochanie… możemy spróbować – mówiłem, choć czułem, że moje słowa są puste.
– Spróbować czego? – pytała, unosząc brew.
– Nas… my… – kończyłem w pół słowa, nie wiedząc, jak dokończyć. Jej oczy były zimne, bez wyrazu.
Nie potrafiłem już jej dogonić. Wszystko, co kiedyś było miłością, zmieniło się w transze: fragmenty uśmiechów, pojedyncze chwile rozmów, które miały udawać normalność. Reszta życia zniknęła w sieci, w obietnicach, w SMS-ach do kogoś, kogo nigdy nie spotkała. Każdego dnia zastanawiałem się, jak to możliwe, że nasze lata razem, wszystkie wspólne plany, stały się dla niej niczym. Dla mnie było to wszystko wciąż ważne, dla niej – tylko przeszkodą w idealnej bajce, którą tworzyła z nieznajomym z internetu.
Wiedziałem, że sam się okłamuję
Siedziałem w pustym salonie, patrząc na jej zdjęcie na stole, które kiedyś wywoływało u mnie uśmiech. Teraz wywoływało tylko ciężar. Wszystko, co budowaliśmy przez lata, wyparowało w jednej transakcji, w kilku kliknięciach palcem. Zrozumiałem, że nie ma już powrotu do tego, co było. Nie ma słów, które mogłyby cofnąć jej decyzję. Nie ma gestów, które mogłyby odwrócić jej wiarę w jego obietnice.
Próbowałem sobie wmawiać, że mogę odbudować zaufanie, że miłość przetrwa wszystko. Ale w środku wiedziałem, że to kłamstwo. Każdy uśmiech, każda rozmowa, każdy wspólny posiłek były teraz atrapą. Ona już żyła w swoim świecie, w świecie obietnic i wiadomości, które dla mnie były pustymi literami.
Odszedłem wtedy, nie chcąc dłużej patrzeć na kogoś, kto nie był obok mnie całym sercem. Czułem żal, gniew, smutek – wszystko naraz. A jednak w głębi wiedziałem, że zrobiłem to dla siebie. Pozostawiłem jej wolność w zamian za własne godność i spokój. Czasem pozostaje tylko odejść i zacząć od nowa.
Adam, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W Walentynki miałem oświadczyć się w Alpach. Niestety mój bajeczny scenariusz szybko zamienił się w przykry koszmar”
- „Wyjechałem do pracy w Holandii, żeby mama miała dach nad głową. Przez 10 lat byłem pewien, że pieniądze idą na raty”
- „Wyszłam za mąż tylko dla pieniędzy. Wolę spać w zimnym jedwabiu, niż co miesiąc spłacać raty za gorącą miłość na kredyt”