Reklama

Kiedyś byłem dumny z Magdy. Pamiętam, jak poznaliśmy się na uczelni – przyszła na wykład w sukience we wzór panterki, z włosami upiętymi w wielki, niedbały kok i w neonowych paznokciach, które wystukiwały rytm na drewnianej ławce. Nie przejmowała się tym, że ktoś ją obserwuje, a jeśli ktoś miał z tym problem, tym gorzej dla niego. Śmiała się głośno, mówiła, co myśli, i potrafiła rozbroić największego sztywniaka swoim poczuciem humoru. To było w niej piękne.

Reklama

Byliśmy razem przez lata i przez długi czas nic się nie zmieniało. Magda nadal nosiła swoje krzykliwe ubrania, miała w sobie tę samą energię i wciąż przyciągała wzrok, gdziekolwiek się pojawiła. A ja? Ja też byłem taki jak kiedyś – dumny z niej, zakochany, przekonany, że mam przy sobie kogoś wyjątkowego.

Ale potem awansowałem. Moja praca wymagała ode mnie coraz więcej, zacząłem obracać się wśród ludzi, którzy nosili stonowane garnitury i rozmawiali o nieruchomościach zamiast o muzyce czy podróżach. Coraz częściej czułem, że Magda nie pasuje do tego świata. Gdy szliśmy na firmowe spotkania, widziałem, jak inni na nią patrzą, jak unoszą brwi na widok jej czerwonych szpilek i jaskrawych sukienek. Jeszcze gorzej było, gdy zaczynała mówić – zbyt swobodnie, zbyt śmiało, zbyt… po swojemu.

Z początku sam przed sobą udawałem, że nic się nie dzieje. Wmawiałem sobie, że to przecież Magda, ta sama dziewczyna, którą kiedyś podziwiałem. Ale im dłużej przebywałem w nowym środowisku, tym częściej miałem ochotę, by była choć trochę inna. Żeby nie rzucała się w oczy. Żeby nie zadawała niewygodnych pytań moim kolegom z pracy. Żeby nie była taka… głośna.

Magda tego nie widziała. A może widziała, ale udawała, że nie zauważa? Może liczyła, że mi przejdzie? Sam nie wiem. Wiem tylko, że ten wieczór, tamta impreza, zmieniła wszystko.

Czułem się nieswojo

Kiedy powiedziałem Magdzie, że idziemy na firmową imprezę, uśmiechnęła się szeroko. Lubiła takie wydarzenia. Dla niej to była okazja do zabawy, poznania nowych ludzi, wymiany anegdot przy drinku. Dla mnie… coraz częściej były to testy, czy potrafię odnaleźć się w swoim nowym świecie.

Nie poprosiłem jej, by ubrała się jakoś inaczej. Nie chciałem jej urazić. Ale gdy wyszła z łazienki, poczułem, jak ściska mi się żołądek. Błyszcząca różowa sukienka z cekinami, złote kolczyki w kształcie gwiazd i obcasy, które odbijały się echem w przedpokoju. Nie wyglądała źle, wręcz przeciwnie – była zjawiskowa. Ale w mojej głowie natychmiast pojawiły się twarze moich kolegów, ich spojrzenia, komentarze, których nawet nie będę musiał usłyszeć, żeby wiedzieć, że się pojawią.

– Może coś… spokojniejszego? – rzuciłem niby mimochodem, udając, że poprawiam krawat.

Magda spojrzała na mnie zdziwiona.

– Przecież zawsze lubiłeś tę sukienkę.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Bo miała rację. Kiedyś ją uwielbiałem. Teraz jednak czułem, jak narasta we mnie napięcie.

Na imprezie od samego początku czułem się nieswojo. Magda, jak zawsze, przyciągała uwagę. Gdy wchodziliśmy, kilku moich kolegów przerwało rozmowy, żeby na nią spojrzeć. Nie ukrywali rozbawienia.

– Twoja Magda to prawdziwa gwiazda disco, co? – rzucił Michał, niby żartem, ale jego uśmiech mówił wszystko.

Zaśmiałem się cicho, zamiast zaprzeczyć. Magda usłyszała. Ale to nie był koniec.

Było coraz gorzej

Później były kolejne komentarze. Jedni szeptali, inni śmiali się półgębkiem. Kiedy Magda odezwała się w grupie moich współpracowników, rzucając jakieś błyskotliwe, ironiczne spostrzeżenie, zapadła chwila niezręcznej ciszy. Potem ktoś chrząknął i zmienił temat. Czułem się coraz gorzej.

Nie pamiętam już, kto powiedział to ostatnie zdanie. Może Jarek, może Paweł.

Masz żonę jak z mema.

Znowu się zaśmiałem. Udałem, że to zabawne, bo przecież nie mogłem wyjść na przewrażliwionego. Magda stała obok mnie. Nie patrzyła na mnie, ale widziałem, jak jej uśmiech znika.

Resztę wieczoru spędziła w milczeniu. Nie próbowała już zagadywać moich kolegów, nie śmiała się, nie opowiadała anegdot. Po prostu piła swoje wino i odliczała minuty do końca imprezy.

Gdy wróciliśmy do domu, położyła torebkę na stole i zdjęła szpilki. Ani razu na mnie nie spojrzała. Nie zapytała, czy impreza mi się podobała. Nie zapytała, czy dobrze się bawiłem.

Po prostu poszła do sypialni i zamknęła za sobą drzwi.

Nie mogłem cofnąć czasu

Rano w mieszkaniu panowała cisza. Nie było zapachu kawy, nie było dźwięku radia, które Magda zawsze włączała od razu po przebudzeniu. Wszedłem do kuchni i zobaczyłem, że na blacie nie ma jej kubka. Wtedy dopiero zauważyłem – jej płaszcz zniknął z wieszaka, a półka w przedpokoju, zawsze zagracona jej butami, była pusta.

Wszedłem do sypialni. Szafa stała otworem, a w niej… brakowało połowy rzeczy. Magda zabrała swoje ulubione sukienki, kosmetyki, kilka książek, które zawsze trzymała na nocnym stoliku. Na stole w salonie leżała kartka.

„Ja się nie zmieniłam, za to Ty tak. I to na gorsze.”

Czytałem te słowa kilka razy, ale nie docierały do mnie. Przecież to była tylko jedna impreza. Jeden wieczór. Nic wielkiego. Usiadłem na kanapie i poczułem, jak coś ściska mnie w klatce piersiowej. To nie była złość, to nie było nawet rozczarowanie. To było… dziwne uczucie pustki. Jakbym przez lata, zupełnie nieświadomie, podcinał gałąź, na której siedziałem – i dopiero teraz zdał sobie sprawę, że nie mam już na czym się oprzeć.

Wyciągnąłem telefon i wybrałem numer Magdy. Po trzech sygnałach połączenie zostało odrzucone. Spróbowałem jeszcze raz. Tym razem włączyła się poczta głosowa.

– Magda, możemy… możemy porozmawiać? – zacząłem, ale zabrzmiało to beznadziejnie.

Odłożyłem telefon i złapałem się za głowę. Przecież nie zrobiłem nic złego. Przecież nie kazałem jej się zmieniać. Nie powiedziałem wprost, że się jej wstydzę. To były tylko spojrzenia, tylko śmiechy, tylko żarty. To nie była moja wina. Ale im dłużej o tym myślałem, tym bardziej docierało do mnie, że może jednak była.

Zadzwoniłem do niej jeszcze kilka razy. Bez skutku. Wieczorem, kiedy siedziałem w salonie, wpatrując się w przestrzeń, przyszła wiadomość od Pauliny, przyjaciółki Magdy: „Magda jest u mnie. Nie dzwoń do niej.”

Czytałem to kilka razy, jakby coś miało się zmienić. Jakbym mógł cofnąć czas. Ale nie mogłem.

Wszystko zniszczyłem

Następnego dnia pojechałem do Pauliny. Było już późne popołudnie, kiedy stanąłem przed jej blokiem. Magdy nie widziałem, ale w oknie na drugim piętrze paliło się światło. Stałem chwilę pod klatką, wahając się, czy w ogóle powinienem tu być. Ale co innego mogłem zrobić?

Wszedłem po schodach i nacisnąłem dzwonek. Po chwili usłyszałem kroki, a potem drzwi się uchyliły. Paulina spojrzała na mnie bez zaskoczenia.

– Myślałam, że przyjdziesz wcześniej – rzuciła i oparła się o framugę.

– Mogę wejść?

– Nie.

Zacisnąłem szczękę. Wiedziałem, że Paulina zawsze była po stronie Magdy, ale teraz czułem, że nie tylko jej broni – ona naprawdę uważała, że to ja jestem problemem.

– Chcę z nią porozmawiać.

– Ale ona nie chce.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w milczeniu.

– Paulina, ja nie rozumiem… To była tylko jedna impreza.

Parsknęła śmiechem.

– Serio, Piotrek? Myślisz, że chodzi o ten jeden wieczór?

– Przecież nie zrobiłem nic złego – powiedziałem, choć sam nie byłem tego już tak pewien. – Nie kazałem jej się zmieniać, nie mówiłem, że mi przeszkadza…

– Ale myślałeś to. I to od dawna.

Poczułem, jak ściska mi się żołądek.

– Magda widziała twoje miny, słyszała ten twój wymuszony śmiech, czuła, jak się od niej odsuwasz, jak ją uciszasz, kiedy mówi coś „niewygodnego” przy twoich kolegach – Paulina skrzyżowała ręce na piersi. – Piotrek, ona nie jest idiotką. Wiedziała, że się jej wstydzisz.

Nie miałem na to odpowiedzi.

– To nie ona się zmieniła, tylko ty – dodała ciszej. – I zamiast się cieszyć, że masz kogoś, kto nie udaje, kto zawsze był sobą, próbowałeś ją zmienić. Chciałeś, żeby była kimś innym.

Oparłem się o ścianę i potarłem twarz dłonią.

– To nie tak, że… ja tego chciałem – powiedziałem w końcu.

Paulina westchnęła.

– Wiem. Ale to się stało.

Wtedy z mieszkania dobiegł nas czyjś ruch. Magda była w środku. Stała tam, słuchała tej rozmowy.

– Proszę, Paulina… – spojrzałem na nią błagalnie.

W jej oczach widziałem, że przez sekundę się zawahała.

Ona nie chce cię widzieć, Piotrek. Przynajmniej na razie – powiedziała w końcu. – Daj jej spokój.

Drzwi zamknęły się przede mną.

A ja zostałem sam na klatce schodowej, z rękami w kieszeniach i poczuciem, że to ja wszystko zniszczyłem.

Reklama

Piotr, 42 lata

Reklama
Reklama
Reklama