Reklama

Pracuję w korporacji, mam dwójkę dzieci i żonę, która coraz częściej patrzy na mnie jak na aplikację bankową. Przelej, zapłać, zorganizuj. Bez emocji, bez „dziękuję”. Dzieci rosną, wydatki też. A ja?

Siedzę wieczorem w kuchni i gapię się w arkusz budżetowy. Po raz trzeci. Cyfry się nie zmieniają. Na minusie jak zawsze. Aneta mówi, że dzieci nie mogą czuć biedy, że trzeba im dać wszystko, żeby nie czuły się gorsze. A ja się czuję – gorszy. Nie ojciec, nie mąż. Bankomat.

– Stary, wszystko okej? – zapytał Tomek z pracy, patrząc na mnie spod łba.

– Jasne – skłamałem, choć już dawno nic nie było jasne.

Nie umiem z nią rozmawiać. Każda próba kończy się awanturą albo milczeniem. Aneta uważa, że przesadzam, że wyolbrzymiam. Że skoro wracam z pracy zmęczony, to znaczy, że mnie dzieci nie obchodzą. I że „normalni ojcowie jakoś dają radę”. Cokolwiek to znaczy.

Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś zapytał mnie, czy wszystko u mnie w porządku – nie jako formalność, ale naprawdę. Może nigdy?

Pokłóciliśmy się o zakupy

Wróciłem do domu wcześniej niż zwykle. Z kuchni dochodziły dziecięce śmiechy i głos Anety. Weszła do pokoju z uśmiechem, trzymając dwa pudełka.

– Zgadnij, co przyszło! – powiedziała radośnie, jakby wygrała los na loterii.

– Nie mam pojęcia.

– Telefony! Dla Julki i Olka. W końcu! Już się cieszą, zobacz! – wskazała palcem na dzieci w salonie, podskakujące z ekscytacji.

Zamarłem.

– Jakie telefony?

– No te, co oglądaliśmy tydzień temu. Promocja była, zamówiłam na raty. Michał, przecież mówiłam, że stary Olkowi się zacina, a Julka ciągle marzyła…

– Aneta, ty jesteś poważna? – przerwałem jej ostro. – Mówiłem, że nie mamy na to teraz pieniędzy.

– Na raty! – rzuciła tonem, jakby to był magiczny argument.

– Na raty? A te raty to co? Też się same zapłacą? – głos mi zadrżał. – Codziennie wyciskam z konta ostatnie grosze, a ty kupujesz dzieciom smartfony, jakbyśmy zarabiali po dwadzieścia koła na głowę!

– Nie będę patrzeć, jak czują się gorsi! – odparła twardo. – Ty nie wiesz, co to znaczy być dzieckiem, które nic nie ma, gdy cała klasa się chwali!

– Wiesz co? Mam dość. Nie jestem twoim sponsorem, Aneta.

– Nie, jesteś ojcem. Ale chyba zapomniałeś, co to znaczy – powiedziała chłodno, patrząc mi prosto w oczy.

Przez chwilę patrzyliśmy na siebie w ciszy. Julka i Olek przycichli, patrząc raz na nią, raz na mnie. Poczułem, że coś we mnie pęka. Nie chodziło o te telefony. Chodziło o wszystko. O to, że nikt nie pyta, jak ja się z tym czuję. Że nie jestem partnerem, tylko dostawcą środków do życia.

Żona nic nie rozumiała

Wieczorem, gdy dzieci już spały, usiadłem z Anetą w kuchni. Próbowałem, naprawdę próbowałem. Bez krzyku, bez wyrzutów. Tylko spokojna rozmowa. Dwoje dorosłych ludzi. Mąż i żona. Partnerzy.

– Aneta, musimy pogadać – zacząłem cicho. – Nie o telefonach. O wszystkim. O tym, jak wydajemy pieniądze. Jak żyjemy.

Zamiast odpowiedzi spojrzała na mnie z rezerwą. Westchnęła.

– Michał, ja naprawdę nie mam siły na kolejne wyliczanki. Jest późno.

– Wiem, ale to ważne. Nas nie stać na to tempo życia. Musimy mieć plan. Budżet, podział wydatków, ustalić priorytety. Nie możemy żyć ponad stan.

– To powiedz to dzieciom – uniosła głos. – Powiedz Julce, że nie pojedzie nad morze, bo tata się boi Excela.

– Nie chodzi o Excel! – zirytowałem się. – Chodzi o to, że jeśli dalej tak będzie, to któregoś dnia obudzimy się z komornikiem w drzwiach.

Dla ciebie wszystko to tylko cyfry – rzuciła z goryczą. – A ja? Ja chcę, żeby nasze dzieci miały normalne dzieciństwo. Żeby nie musiały się wstydzić.

– A ja chcę mieć żonę, która rozumie, że pieniądze nie spadają z nieba – odparłem twardo.

Zamilkliśmy. Ona wpatrzona w podłogę, ja w stół. Po chwili wstała, nalała sobie wody i wyszła bez słowa. Zostałem sam. I zrozumiałem coś, co bolało jak cios w brzuch: nie jesteśmy zespołem. Nie gramy do jednej bramki. Już dawno nie.

Zrobiło mi się przykro

Nie podsłuchiwałem celowo. Wyszedłem po kubek, bo nie mogłem zasnąć. Drzwi do salonu były uchylone. Aneta siedziała na kanapie z telefonem przy uchu. Mówiła cicho, ale każde słowo wbijało mi się pod skórę jak drzazga.

– ...nie wiem już, Kasia. On się zrobił zupełnie obcy. Jakby wszystko w życiu to były tylko faktury i tabelki. Zero bliskości. Zero rozmowy. – Przerwa. – Gdyby nie dzieci, już dawno bym odeszła.

Poczułem, że serce mi się zatrzymuje. Cofnąłem się o krok, jakby mnie coś uderzyło. Nie słyszałem reszty rozmowy. Nie chciałem. Wróciłem do sypialni, ale nie położyłem się. Stałem przy oknie, gapiąc się w noc.

W głowie brzęczały mi jej słowa. „Gdyby nie dzieci...”. Wszystko nagle straciło sens. Te lata, kredyty, nieprzespane noce, nadgodziny, prezenty na urodziny, wyjazdy do teściów. Wszystko, co robiłem, żebyśmy jakoś trzymali się razem. I co? Ona w środku już mnie dawno przekreśliła?

Gdy weszła do pokoju, jeszcze nie spałem. Popatrzyła na mnie przez chwilę. Już wiedziała, że słyszałem. Ale nie powiedziała nic. Położyła się do łóżka i odwróciła plecami. A ja tylko siedziałem.

– Nie wiem, Aneta... czy to wszystko ma jeszcze sens – powiedziałem w końcu.

Ale nie odpowiedziała. Udawała, że śpi. Albo naprawdę już nie miała mi nic do powiedzenia.

Potrzebowałem oddechu

Spakowałem się rano. Cisza w domu była duszna, jakby coś umarło. Dzieci jeszcze spały. Aneta nie wyszła z sypialni. Nie zostawiłem liściku, nie tłumaczyłem się. Po prostu wyszedłem. Zadzwoniłem do Tomka dopiero po południu.

– Mogę się u ciebie zatrzymać na kilka dni?

– Wsiadaj w auto i przyjeżdżaj – odpowiedział bez pytań.

Wieczorem siedzieliśmy na jego balkonie z piwem w ręku. Patrzyłem w ciemne niebo i czułem, jak z każdym łykiem coś ze mnie schodzi. Zmęczenie. Wściekłość. Rozczarowanie. Samotność.

– No dobra, opowiadaj – mruknął Tomek.

Wylałem wszystko. O telefonach, kłótni, tej rozmowie, którą usłyszałem. O tym, że czuję się jak sponsor – maszynka do zarabiania kasy. Tomek pokiwał głową.

– Stary, ty już dawno nie jesteś partnerem. Jesteś bankomatem. Przepraszam, że tak wprost, ale... nie da się inaczej.

Milczałem.

– I wiesz co najgorsze? – dodał. – Ty nawet nie wiesz, czego chcesz. Miłości? Spokoju? Szacunku? Wszystkiego? A może po prostu, żeby ktoś wreszcie zapytał: „Michał, co z tobą?” i naprawdę chciał usłyszeć odpowiedź.

Zamknąłem oczy. Poczułem, że coś we mnie pękło. Może właśnie o to chodziło.

– Nie wiem, Tomek – wyszeptałem. – Ale wiem, że już nie dam rady tak dalej.

W końcu byliśmy szczerzy

Wróciłem po trzech dniach. Dom wyglądał tak samo, a jednak był inny. Dzieci rzuciły mi się na szyję, jakby bały się, że znowu zniknę. Aneta stała w progu kuchni, spięta, z rękami skrzyżowanymi na piersi.

– Musimy pogadać – powiedziałem.

Nie była to prośba. Usiedliśmy przy stole. Bez kawy, bez herbaty.

– Nie dam rady tak dalej – zacząłem. – Nie będę dłużej finansował wszystkiego w pojedynkę, jeśli nie działamy razem. Nie jestem bankomatem. Jestem twoim mężem. Albo przynajmniej chcę nim jeszcze być.

Parsknęła nerwowo.

A myślisz, że mi jest łatwo? – głos jej zadrżał. – Myślisz, że nie boję się o dzieci? O to, że kiedyś zabraknie? Ja dorastałam w biedzie, Michał. W wiecznym liczeniu, wstydu i strachu. Ja nie chcę tego dla nich.

– A ja nie chcę utonąć w długach, żebyście wy mogli oddychać – odpowiedziałem cicho. – Myślisz, że tylko ty się boisz?

Zamilkła. Po raz pierwszy nie miała gotowej riposty. Z oczu popłynęły jej łzy.

– Ja po prostu… nie chcę znowu być tą biedną dziewczyną – wyszeptała.

Siedzieliśmy tak długo w ciszy. Bez zwycięzców. Bez przegranych. Ustaliliśmy terapię. Budżet. Zasady. Ale gdzieś głęboko wiedziałem, że to dopiero początek. I że nic nie jest pewne.

Michał, 37 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama