„Żona w rocznicę ślubu oświadczyła mi, że odchodzi z innym. Za pół roku dzwoniła do mnie z płaczem, żebym ją ratował”
„Kiedy weszła do domu, od razu poczułem, że coś jest nie tak. Nie przywitała mnie uśmiechem, nie skomentowała zapachu dochodzącego z kuchni. Jej ruchy były sztywne, mechaniczne. Odłożyła torebkę na komodę ze zbyt dużą siłą, a potem stanęła przy oknie, nie zdejmując nawet płaszcza. Poczułem chłód”.

- Redakcja
To miał być najpiękniejszy wieczór w roku, ukoronowanie piętnastu lat wspólnego życia, które w moich oczach było może nie idealne, ale stabilne i pełne wzajemnego szacunku. Stałem w kuchni, mieszając sos do pieczeni, a w głowie układałem słowa toastu, który chciałem wznieść za moją żonę, Ewę. Nie wiedziałem jeszcze, że za niespełna godzinę mój świat rozsypie się na tysiące drobnych kawałków, których nie będę potrafił poskładać przez kolejne miesiące. Tamtego wieczoru zrozumiałem, że rutyna, którą ja nazywałem bezpieczeństwem, dla niej była więzieniem, a klucz do tego więzienia trzymał już w ręku ktoś zupełnie inny.
Poczułem, że coś jest nie tak
Pamiętam każdy szczegół tamtego popołudnia. Słońce wpadało do salonu pod takim kątem, że drobinki kurzu tańczyły w powietrzu jak złoty pył. Na stole leżał wyprasowany, biały obrus, ten sam, który dostaliśmy od teściowej na naszą dziesiątą rocznicę. Wyciągnąłem naszą najlepszą porcelanę. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Czekałem na Ewę z bijącym sercem, trzymając w kieszeni małe pudełeczko z delikatnym łańcuszkiem. Wiedziałem, że od dawna o takim marzyła, widziałem, jak oglądała go w witrynie jubilerskiej podczas naszych niedzielnych spacerów. Kiedy weszła do domu, od razu poczułem, że coś jest nie tak. Nie przywitała mnie uśmiechem, nie skomentowała zapachu dochodzącego z kuchni. Jej ruchy były sztywne, mechaniczne. Odłożyła torebkę na komodę ze zbyt dużą siłą, a potem stanęła przy oknie, nie zdejmując nawet płaszcza.
– Wszystkiego najlepszego, kochanie – powiedziałem, podchodząc do niej, by ją pocałować.
Uchyliła się. Ten gest był jak uderzenie w twarz. Cofnąłem się o krok, czując nagły chłód, mimo że w domu było ciepło.
– Musimy porozmawiać, Artur – powiedziała cicho, nie patrząc na mnie. Jej wzrok błądził gdzieś po ogrodzie, jakby szukała tam ratunku.
– Oczywiście, ale może najpierw zjedzmy? Przygotowałem twoją ulubioną...
– Nie mogę jeść – przerwała mi gwałtownie. Odwróciła się w moją stronę i wtedy zobaczyłem jej oczy. Były czerwone, jakby płakała całą drogę z pracy, ale jednocześnie zdeterminowane. – Odchodzę.
Zaśmiałem się nerwowo. To musiało być jakieś nieporozumienie, może żart, choć Ewa nigdy nie miała tak specyficznego poczucia humoru.
– Co ty mówisz? Gdzie odchodzisz? Przecież mamy rocznicę.
– Odchodzę od ciebie, Artur. Zostawiam cię.
Słowa zawisły w powietrzu, ciężkie i ostateczne. Patrzyłem na nią, próbując znaleźć w jej twarzy ślad zawahania, ale go tam nie było. Była tylko litość, a to bolało bardziej niż nienawiść.
– Jest ktoś inny – dodała, zanim zdążyłem zapytać. – Poznałam kogoś. Przy nim czuję, że żyję. Przy tobie... przy tobie czuję się, jakbym powoli umierała. Dusze się w tej stabilizacji, w tych niedzielnych obiadach, w tym przewidywalnym życiu.
Usiadłem na krześle, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Pieczeń w piekarniku pewnie już dochodziła, ale nagle stało się to kompletnie nieistotne. Ewa mówiła dalej, wyrzucając z siebie słowa, które musiała trzymać w sobie od miesięcy. Opowiadała o Norbercie, o tym, jaki jest spontaniczny, jak rozumie jej artystyczną duszę, jak planują wyjechać w Bieszczady i otworzyć małą galerię. Słuchałem tego jak opowieści o obcych ludziach.
– Spakowałam się już wcześniej, walizki są w bagażniku – zakończyła, biorąc głęboki oddech. – Nie chciałam robić sceny, ale musiałam ci to powiedzieć dzisiaj. Żebyśmy nie zaczynali kolejnego roku w kłamstwie.
Wyszła piętnaście minut później. Zostałem sam przy nakrytym stole, z wystygłym jedzeniem i pudełeczkiem w kieszeni, które nagle zaczęło ciążyć jak kamień.
Pustka w domu, pustka w głowie
Pierwsze tygodnie były jak mgła. Funkcjonowałem na autopilocie. Praca, dom, sen, praca. Unikałem znajomych, nie odbierałem telefonów od rodziny, bo nie wiedziałem, jak mam im powiedzieć, że moje małżeństwo przestało istnieć w ciągu jednego popołudnia. Wstydziłem się. Czułem się wybrakowany, gorszy. Skoro żona wymieniła mnie na inny model, to znaczyło, że ten stary nie nadawał się już do użytku. Najgorsze były wieczory. Dom, który budowaliśmy wspólnie, nagle stał się za duży dla jednej osoby. Każdy kąt przypominał o Ewie. Jej ulubiony fotel, książki na półce, których nie zdążyła zabrać, a nawet ten nieszczęsny ogród, o który zawsze dbałem, żeby miała ładny widok z tarasu.
Zacząłem szukać informacji o tym całym Norbercie. Nie jestem z tego dumny, ale ciekawość i ból były silniejsze od rozsądku. W mediach społecznościowych Ewa rozkwitała. Zdjęcia ze spacerów po lesie, ogniska, romantyczne ujęcia przy zachodzie słońca. Norbert okazał się mężczyzną w moim wieku, ale stylizującym się na młodzieniaszka. Długie włosy, luźne ubrania, gitara. Typ wiecznego chłopca. Patrząc na ich uśmiechnięte twarze na ekranie telefonu, czułem ukłucie zazdrości, ale też dziwnego niepokoju. Coś w jego oczach mi nie pasowało. Były zbyt pewne siebie, a uśmiech wydawał się wyćwiczony do perfekcji. Moi przyjaciele, kiedy w końcu wyznałem im prawdę, starali się mnie pocieszać.
– Artur, ona jeszcze pożałuje – mówił Bartek, klepiąc mnie po plecach. – Tacy goście jak ten Norbert to fajerwerki. Szybko błyszczą, ale szybko gasną. Ty jesteś jak solidne ogrzewanie podłogowe. Może nie widać cię na pierwszy rzut oka, ale dajesz ciepło na lata.
Wtedy to porównanie mnie rozzłościło. Nie chciałem być ogrzewaniem podłogowym. Chciałem być fajerwerkiem. Ale z perspektywy czasu zrozumiałem, że Bartek miał rację. Zacząłem powoli układać sobie życie na nowo. Zapisałem się na kurs stolarski – zawsze lubiłem pracę w drewnie, ale nigdy nie miałem na to czasu. Zapach trocin i skupienie przy obróbce materiału pozwalały mi nie myśleć. Zrobiłem stół, potem szafkę nocną. Z każdym nowym meblem czułem, że odzyskuję odrobinę kontroli nad swoim życiem. Przestałem śledzić profil Ewy. Zablokowałem ją, żeby nie rozdrapywać ran. Uznałem, że skoro wybrała wolność, to niech ją ma w całości, bez mojego wirtualnego podglądania.
Jestem naiwnym idiotą
Minęło pół roku. Zima ustępowała miejsca wiośnie, a ja czułem się coraz lepiej. Poznałem nawet kogoś – Martę z księgowości. Nie było to nic poważnego, ale wspólne kawy i wyjścia do kina sprawiły, że znów poczułem się atrakcyjny. I właśnie wtedy, gdy myślałem, że najgorsze mam za sobą, przeszłość zapukała do moich drzwi. A właściwie zadzwoniła. Był późny wtorkowy wieczór. Siedziałem w warsztacie, który urządziłem w garażu, szlifując blat starego dębowego stołu, kiedy telefon zaczął wibrować na stole. Nieznany numer. Zazwyczaj nie odbieram takich połączeń o tej porze, ale coś mnie tknęło.
– Halo? – rzuciłem, wyłączając szlifierkę.
– Artur? – Głos w słuchawce był cichy, łamiący się, ale rozpoznałbym go wszędzie. To była Ewa.
Serce podskoczyło mi do gardła. Nie słyszałem jej od tamtego dnia w rocznicę. Wszelkie formalności rozwodowe załatwialiśmy przez prawników, na jej prośbę.
– Tak, to ja. Co się stało? – Mój głos był chłodny, choć w środku wszystko się we mnie gotowało.
– Ja... nie mam do kogo zadzwonić. Przepraszam, że dzwonię do ciebie, wiem, że nie powinnam, ale... Artur, ja nie mam gdzie się podziać.
Zamarłem. Przecież miała być w Bieszczadach, prowadzić galerię, żyć życiem pełnym pasji u boku bratniej duszy.
– Gdzie jest Norbert? – zapytałem wprost.
Po drugiej stronie zapadła cisza, przerywana jedynie szlochem.
– Nie ma go. Zostawił mnie. Okazało się, że... że to wszystko było kłamstwem. On nie jest żadnym artystą, ma ogromne długi. Zabrał moje oszczędności, te, które wzięłam na rozkręcenie galerii, i zniknął dwa dni temu. Właściciel domku kazał mi się wynosić, bo czynsz nie był płacony od trzech miesięcy. Stoję na stacji benzynowej, pada deszcz, a ja nie mam nawet na bilet powrotny.
Słuchałem tego i czułem mieszankę satysfakcji i przerażenia. Satysfakcji, bo miałem rację – ten jej niby idealny świat okazał się wydmuszką. Przerażenia, bo mimo wszystko Ewa była moją żoną przez piętnaście lat. Była człowiekiem, którego kiedyś kochałem nad życie. Słyszałem w jej głosie autentyczny strach i upokorzenie.
– Gdzie jesteś? – zapytałem krótko.
Podała mi nazwę miejscowości. To było prawie trzysta kilometrów stąd.
– Artur, błagam cię, pożycz mi tylko na bilet. Oddam ci, jak tylko znajdę jakąś pracę. Nie mam do kogo się zwrócić, rodzice by mnie dobili swoim gadaniem, a koleżanki... wstydzę się do nich zadzwonić.
Spojrzałem na niedokończony stół. Na moje spokojne, poukładane życie, które właśnie próbowałem odbudować. Wiedziałem, co powinienem zrobić. Powinienem się rozłączyć, przelać jej pieniądze i zapomnieć. To nie był już mój problem. Ona dokonała wyboru.
– Czekaj tam – powiedziałem, zanim zdążyłem ugryźć się w język. – Będę za trzy, może cztery godziny.
– Przyjedziesz? – W jej głosie było niedowierzanie.
– Nie ruszaj się stamtąd. Wejdź do środka, kup sobie herbatę. Zaraz będę.
Rozłączyłem się i uderzyłem pięścią w stół. Byłem wściekły na siebie. Dlaczego to robię? Czy wciąż ją kocham? Czy jestem po prostu naiwnym idiotą, który nie potrafi odmówić pomocy?
Podróż do piekła i z powrotem
Droga dłużyła się niemiłosiernie. Deszcz zacinał w szyby, wycieraczki ledwo nadążały ze zbieraniem wody. Miałem dużo czasu na myślenie. Przypominałem sobie nasze wspólne lata, te dobre i te gorsze momenty. Przypominałem sobie jej twarz w dniu ślubu i jej twarz w dniu, w którym odeszła. Te dwa obrazy walczyły ze sobą w mojej głowie. Dojechałem na miejsce grubo po północy. Stacja benzynowa była mała, obskurna, pośrodku niczego. Zobaczyłem ją od razu. Siedziała na plastikowym krześle przy stoliku, z głową opartą na rękach. Obok stała jedna walizka – ta sama, z którą wyszła z naszego domu. Wyglądała na mniejszą, kruchą. Kiedy weszłem do środka, podniosła głowę. Jej twarz była opuchnięta od płaczu, bez makijażu, włosy w nieładzie. Nie było śladu po tej promiennej kobiecie z sociali.
– Artur... – wstała niepewnie.
Nie przytuliłem jej. Nie potrafiłem. Po prostu wziąłem jej walizkę.
– Chodź do samochodu – powiedziałem. – Masz coś do jedzenia?
Pokręciła głową. Kupiłem jej kanapkę i butelkę wody. Wsiedliśmy do auta w milczeniu. Dopiero gdy ruszyliśmy, a ciepłe powietrze z nawiewu zaczęło ogrzewać wnętrze, Ewa zaczęła mówić. To był potok słów. Wyrzucała z siebie wszystko, jakby chciała się oczyścić. Opowiadała o tym, jak Norbert na początku był cudowny, jak obiecywał jej złote góry. Potem zaczęły się prośby o pożyczki, dziwne telefony, znikanie na całe noce. Mówił, że inwestuje w sztukę, że to wielkie okazje. Ona wierzyła, bo chciała wierzyć. Chciała, żeby ta bajka była prawdziwa. A potem zaczęło się piekło. Brak pieniędzy, awantury, w końcu ucieczka Norberta, gdy grunt zaczął mu się palić pod nogami. Została z niczym. Bez pieniędzy, bez godności, w obcym miejscu.
– Byłam taka głupia, Artur – szlochała. – Myślałam, że to jest miłość. Że to jest to coś, czego nam brakowało. A to była tylko iluzja. Ty... ty zawsze byłeś prawdziwy. Zawsze mogłam na ciebie liczyć, a ja to zniszczyłam.
Milczałem. Co miałem powiedzieć? A nie mówiłem? To było zbyt banalne. Czułem smutek. Ogromny smutek z powodu zmarnowanego czasu i zaufania, którego nie da się odbudować.
– Gdzie teraz pojedziemy? – zapytała cicho, gdy zbliżaliśmy się do naszego miasta.
– Do domu – odpowiedziałem. – Możesz zostać w pokoju gościnnym, dopóki nie staniesz na nogi.
– Artur, ja nie wiem, jak ci dziękować. Obiecuję, że wszystko naprawię. Będę się starać, zobaczysz. Możemy zacząć od nowa...
Zjechałem na pobocze i zgasiłem silnik. Musiałem to wyjaśnić tu i teraz, zanim przekroczymy próg domu.
– Ewa, posłuchaj mnie uważnie – odwróciłem się do niej. W świetle latarni widziałem jej nadzieję, która za chwilę miała zgasnąć. – Zabieram cię do domu, bo jesteś człowiekiem w potrzebie i moją żoną, formalnie wciąż jeszcze tak. Nie zostawiłbym psa na deszczu, a co dopiero kobiety, z którą spędziłem piętnaście lat. Ale to nie znaczy, że wracamy do siebie.
– Ale... – zaczęła, ale uciszyłem ją gestem ręki.
– Nie. Ty dokonałaś wyboru pół roku temu. Zostawiłaś mnie w rocznicę ślubu. Zdeptałaś wszystko, co budowaliśmy. Tego się nie da cofnąć, nie da się wymazać gumką. Pomogę ci znaleźć mieszkanie, pomogę ci znaleźć pracę, dam ci pieniądze na start. Ale my... nas już nie ma. Ja też się zmieniłem, Ewa. Tamtego dnia coś we mnie pękło i już się nie zrosło tak samo. Nauczyłem się żyć bez ciebie i, o dziwo, polubiłem to życie. Zaczęła płakać, tym razem cicho, bez histerii. Chyba dotarło do niej, że bajki nie zawsze mają szczęśliwe zakończenie, a czyny mają konsekwencje.
Nie była mi już potrzebna
Przez kolejne dwa tygodnie mieszkaliśmy pod jednym dachem jak obcy ludzie. Ona spała w pokoju gościnnym, ja w sypialni. Była cicha, pomocna, sprzątała, gotowała, jakby chciała odpracować swoje winy. Ale ja nie czułem już tej bliskości. Patrzyłem na nią i widziałem kobietę, która wolała iluzję od rzeczywistości. Pomogłem jej wynająć kawalerkę. Zapłaciłem kaucję i czynsz za pierwszy miesiąc. Znalazłem jej też ofertę pracy w biurze znajomego – nic wielkiego, ale na początek wystarczyło.Dzień wyprowadzki był dziwny. Stała w przedpokoju z tą samą walizką.
– Dziękuję ci, Artur – powiedziała, patrząc mi w oczy. – Jesteś najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Nie zasłużyłam na ciebie.
– Powodzenia, Ewa – odpowiedziałem szczerze. – Mam nadzieję, że znajdziesz to, czego szukasz. Ale szukaj tego w sobie, nie w innych facetach.
Kiedy drzwi się za nią zamknęły, poczułem ulgę. Tym razem cisza w domu nie była przytłaczająca. Była spokojna i moja. Wróciłem do warsztatu. Dębowy stół czekał na wykończenie. Przesunąłem dłonią po gładkim drewnie. Było solidne, prawdziwe, trwałe. Tak jak ja. Zrozumiałem, że to nie Ewa była mi potrzebna do szczęścia. Potrzebowałem szacunku do samego siebie. I w końcu go odzyskałem. Wieczorem zadzwoniłem do Marty. Umówiliśmy się na spacer w sobotę. Nie wiem, co z tego wyjdzie, i po raz pierwszy w życiu nie muszę tego wiedzieć. Ważne, że idę do przodu, własnym tempem, bez oglądania się za siebie. Pomogłem byłej żonie nie dlatego, że byłem słaby, ale dlatego, że byłem silny. I ta siła zostanie ze mną już na zawsze.
Artur, 43 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „W tłusty czwartek chciałam ciepła przy stole z rodziną. Jedna szpila teściowej sprawiła, że pączek utknął mi w gardle”
- „Gdy mój mąż kupił karton pączków z dyskontu, oniemiałam. Ja liczę grosz do grosza, a wielki pan szasta kasą”
- „Po latach ciszy stanęłyśmy z siostrą przy 1 stole. Nie sądziłam, że słodkie pączki tak szybko skleją nam pęknięte serca”