Reklama

Wszyscy myślą, że nasze małżeństwo to ruina, albo że jestem mistrzem kamuflażu, który od lat gra na dwa fronty. Prawda jest o wiele bardziej brutalna i cyniczna: kupiłem sobie spokój. Moja żona widzi szminkę na kołnierzyku i pyta tylko, czy przelew na jej konto inwestycyjne już wyszedł.

Żyliśmy w układzie

Nigdy nie zapomnę tego konkretnego wtorku, bo to właśnie wtedy uderzyło mnie, jak bardzo nasze życie przypomina transakcję handlową. Siedzieliśmy w kuchni naszego domu w Konstancinie. To nie jest zwykła kuchnia – to sterylne laboratorium ze szkła i marmuru, w którym rzadko się gotuje, a częściej negocjuje.

Małgorzata siedziała naprzeciwko mnie. Miała na sobie ten jedwabny szlafrok w kolorze starego złota, który kupiłem jej w Mediolanie dwa lata temu, w ramach przeprosin za wyjazd służbowy, który spędziłem z Eweliną na Mazurach. Wyglądała perfekcyjnie, jak zawsze. Nawet o siódmej rano jej cera była nieskazitelna, a włosy ułożone w nonszalancki, ale precyzyjny kok. Mieszała kawę srebrną łyżeczką, a ten dźwięk był jedynym, co przerywało ciszę.

– Wrócisz dziś późno? – zapytała, nie podnosząc wzroku znad tabletu. Przeglądała ofertę luksusowych wakacji na Malediwach.

– Mam spotkanie z zarządem. Potem kolacja z inwestorami – skłamałem gładko.

Kłamstwo w moim wykonaniu nie jest już nawet grzechem. To odruch, jak oddychanie. Kolacja była, owszem, ale z Eweliną. Mieliśmy świętować jej urodziny w tej nowej, pretensjonalnej restauracji na 40. piętrze, gdzie stek kosztuje tyle co średnia krajowa pensja.

Pasowało nam to

Małgorzata uniosła brew i wreszcie na mnie spojrzała. Jej oczy były chłodne, błękitne, przypominające taflę zamarzniętego jeziora. Nie było w nich bólu, zazdrości czy gniewu. Była tam tylko kalkulacja.

– Rozumiem – powiedziała powoli, upijając łyk espresso. – W takim razie nie zapomnij, że dzisiaj mija termin opłaty za renowację ogrodu zimowego. I… widziałam tę nową kolekcję torebek u Hermèsa. Myślę, że model Birkin w kolorze szałwii idealnie pasowałby do mojego nastroju, gdy będziesz… negocjował z inwestorami.

Uśmiechnęła się. To nie był uśmiech żony. To był uśmiech wspólnika w zbrodni. Wiedziała. Oczywiście, że wiedziała. Zawsze wiedziała. Ale wiedziała też, że dopóki na jej koncie pojawiają się odpowiednie sumy, a jej status społeczny pozostaje nienaruszony, Ewelina jest tylko nieszkodliwym dodatkiem do mojego życia. Kosztem operacyjnym. Wyciągnąłem telefon i wykonałem szybki przelew. Pięćdziesiąt tysięcy złotych. Tytuł przelewu: „Na drobne wydatki”.

– Przelew poszedł – rzuciłem, dopijając kawę.

– Baw się dobrze, Kochanie – odparła, wracając do tabletu.

Była zupełnie inna

Kiedy dotarłem do biura, czekała już na mnie Ewelina. Moja asystentka, moja kochanka, mój chaos w uporządkowanym świecie. Jest o piętnaście lat młodsza od Małgorzaty i o piętnaście lat bardziej żywa. Jeśli moja żona jest chłodnym marmurem, Ewelina jest płynną lawą.

Weszła do mojego gabinetu, zamykając drzwi biodrem. Miała na sobie ołówkową spódnicę i białą koszulę, rozpiętą o jeden guzik za głęboko jak na standardy korporacyjne, ale idealnie jak na moje standardy. Położyła teczkę z dokumentami na moim biurku, a potem nachyliła się, opierając dłonie o blat. Zapach jej perfum – ciężki, piżmowy, drażniący zmysły – wypełnił przestrzeń między nami.

– Dzień dobry, panie prezesie – szepnęła, a w jej głosie brzmiała ta specyficzna nuta, która zawsze sprawiała, że zapominałem o fuzjach i przejęciach. – Dzisiejszy harmonogram jest napięty. Ale znalazłam lukę między trzynastą a piętnastą.

To właśnie w niej kochałem. Ewelina nie grała w gierki Małgorzaty. Była bezpośrednia. Była głodna życia, seksu, emocji. Przy niej czułem, że wciąż jestem tym drapieżnikiem, który budował firmę od zera, a nie tylko bankomatem w drogim garniturze.

– Zamknij żaluzje – powiedziałem, luzując krawat.

Nie mam wyrzutów sumienia

Wiem, że moralizatorzy by mnie ukrzyżowali. Powiedzieliby o świętości przysięgi, o lojalności. Ale spójrzmy prawdzie w oczy: Małgorzata i ja jesteśmy firmą. Jesteśmy marką. Nasze małżeństwo to fuzja dwóch majątków i wizerunków. Miłość wygasła dekadę temu, gdzieś między moim pierwszym milionem a jej trzecią operacją plastyczną. Został szacunek, przyzwyczajenie i wspólne interesy.

A Ewelina? Ona dawała mi to, czego nie można kupić, choć paradoksalnie też ją opłacałem – awansami, premiami, drogą biżuterią. Ale emocje, które mi dawała – ten dreszcz, gdy całowałem ją w windzie, to ryzyko, gdy dotykała mnie pod stołem na spotkaniu – to było prawdziwe.

Tamtego dnia jednak coś w niej było innego. Po wszystkim, gdy leżeliśmy na skórzanej kanapie w moim gabinecie, a za oknem tętniła Warszawa, nie ubrała się od razu. Patrzyła na mnie badawczo, bawiąc się moim krawatem.

– Karol… – zaczęła, a jej ton sprawił, że zapaliła mi się w głowie czerwona lampka. – Ile to jeszcze potrwa?

– Co? – udałem, że nie rozumiem, zapinając koszulę.

– My. To ukrywanie się. Wiem, że dzisiaj masz kolację z „inwestorami”. Czyli ze mną. Ale chciałabym kiedyś pójść z tobą na prawdziwą kolację. Gdzieś, gdzie nie musimy wybierać stolika w najciemniejszym rogu. Gdzieś, gdzie mógłbyś mnie przedstawić jako swoją partnerkę, a nie asystentkę.

Chciała czegoś więcej

Zamarłem. To był pierwszy raz, kiedy przekroczyła granicę. Dotychczas układ był jasny: biuro i hotele to nasz świat. Dom i oficjalne gale to świat Małgorzaty. Ewelina wiedziała o tym od początku. Zgodziła się na to.

– Rozmawialiśmy o tym – powiedziałem twardo, wracając do roli szefa. – Wiesz, jaka jest moja sytuacja. Rozwód zniszczyłby firmę. Podział majątku, akcje, udziały… Małgorzata puściłaby mnie w skarpetkach.

– A może po prostu wygodnie ci mieć dwie kobiety? – jej oczy zwęziły się. – Jedną do reprezentacji, drugą do łóżka?

Wstała gwałtownie. W tym momencie zrozumiałem, że mój idealny ekosystem został naruszony. Małgorzata była przewidywalna w swojej chciwości. Ewelina stawała się niebezpieczna w swoich emocjach.

Wieczorna kolacja była katastrofą. Zabrałem Ewelinę do tej drogiej restauracji, jak obiecałem, ale napięcie wisiało nad nami jak gęsta mgła. Ewelina piła za dużo wina, głośno się śmiała, przyciągając wzrok innych gości. Czułem się nieswojo. Bałem się nie tego, że ktoś nas zobaczy – w mojej branży romanse są na porządku dziennym. Bałem się, że ona zrobi scenę.

Robiło się niebezpiecznie

W pewnym momencie, gdy poszedłem do toalety, spotkałem mojego konkurenta biznesowego Michała. Facet, który oddałby nerkę, żeby przejąć moich kluczowych klientów.

– Karol! – zawołał, myjąc ręce. – Co za niespodzianka. Widzę, że „pracujesz” po godzinach z asystentką. Piękna dziewczyna. Bardzo… ambitna.

Jego uśmiech był lepki. Wszyscy wiedzieli. To była tajemnica poliszynela.

– Rozmawiamy o strategii na kolejny kwartał – rzuciłem chłodno.

– Jasne, jasne. Uważaj tylko, bo strategia lubi się mścić, gdy nie doceniasz zmiennych. Słyszałem, że Małgorzata była ostatnio bardzo aktywna na aukcjach charytatywnych. Wspaniała kobieta. Taka… stabilna. Szkoda by było, gdyby coś zakłóciło jej spokój.

To była groźba. Sugerował, że może wykorzystać moją sytuację. Wróciłem do stolika, czując, jak pętla się zaciska. Ewelina siedziała nad niedokończonym deserem, pisząc coś w telefonie. Gdy mnie zobaczyła, schowała go gwałtownie.

– Z kim pisałaś? – zapytałem.

– Z nikim. Z przyjaciółką – odparła, ale jej oczy uciekły w bok.

Robiło się gorąco

Wtedy zrozumiałem, że tracę kontrolę. Ewelina nie była już tylko moją uległą kochanką. Była bombą zegarową. A Małgorzata? Ona była saperem, który doskonale wiedział, jak tę bombę rozbroić, ale czekała na odpowiedni moment, by zażądać najwyższej ceny za swoje usługi.

Dwa tygodnie później odbywała się gala. To jedno z tych wydarzeń, na których po prostu trzeba być. Smokingi, suknie od projektantów, sztuczne uśmiechy i szampan, który smakuje jak zdrada. Musiałem iść z Małgorzatą. To było oczywiste. Ona jest ozdobą mojego imperium. Ale Ewelina też tam była. Jako pracownik firmy, w ramach obsługi delegacji zarządu. To ja ją tam wcisnąłem, na jej wyraźną prośbę, żeby udobruchać ją po tamtej kłótni. To był błąd. Kardynalny błąd. Gdy weszliśmy z Małgorzatą na salę balową, ścisnęła moje ramię mocniej.

– Uśmiechaj się – syknęła przez zęby, prezentując światu swój śnieżnobiały uśmiech.

Wyglądała zjawiskowo. Czerwona suknia, diamenty, które kupiłem jej po poprzednim kryzysie. Była jak królowa. Zimna, nietykalna królowa. Przez pierwszą godzinę wszystko szło zgodnie z planem. Rozmowy, uściski dłoni, kurtuazyjne wymiany zdań. Aż do momentu, gdy zobaczyłem Ewelinę. Stała przy barze w czarnej sukni z głębokim wycięciem na plecach. Wyglądała olśniewająco, ale i wyzywająco. Rozmawiała z… moim konkurentem Michałem.

Przejęła kontrolę

Serce podeszło mi do gardła. Michał nachylał się do niej, szepcząc coś do ucha, a ona śmiała się, odrzucając włosy do tyłu. Widziałem, jak kładzie dłoń na jej ramieniu. To była gra. Próbowali mnie sprowokować. Chciałem tam podejść, odciągnąć ją, zrobić cokolwiek. Ale Małgorzata mnie zatrzymała. Jej dłoń na moim przedramieniu zacisnęła się jak imadło.

– Nie rób tego – powiedziała spokojnie, nie patrząc nawet w tamtą stronę. – Nie rób z siebie idioty na oczach połowy Warszawy.

– O czym ty mówisz? – próbowałem grać głupiego.

– Karol, proszę cię. – Spojrzała na mnie z politowaniem. – Myślisz, że nie widzę, co się dzieje? Ta mała jest zdesperowana. Chce, żebyś był zazdrosny. A Michał chce cię wyprowadzić z równowagi. Jeśli tam podejdziesz, przegrasz. My przegramy.

Stałem jak wryty. Moja żona analizowała sytuację emocjonalną mojej kochanki i mojego wroga biznesowego z taką samą precyzją, z jaką analizowała raporty giełdowe.

– Co mam zrobić? – zapytałem bezradnie. Po raz pierwszy od lat poczułem, że to ona tu rządzi.

– Nic. Zatańcz ze mną. Pokaż im, że jesteśmy monolitem. Że nic, co ta dziewczynka zrobi, nie jest w stanie naruszyć naszej pozycji. A jutro… zajmiemy się korektą budżetu domowego.

Byłem w potrzasku

Wyszliśmy na parkiet. Gdy orkiestra zaczęła grać walca, przytuliłem żonę. Czułem jej chłód, ale paradoksalnie ten chłód dawał mi teraz oparcie. Patrzyłem ponad jej ramieniem na Ewelinę, która obserwowała nas z wściekłością w oczach. Michał odszedł, widząc, że nie zareagowałem.

Wróciłem do domu wykończony. Małgorzata poszła prosto do sypialni, rzucając tylko krótkie „dobranoc”. Zostałem sam w wielkim, ciemnym salonie, nalewając sobie whisky. Myślałem o Ewelinie. O tym, jak bardzo jej pragnąłem i jak bardzo zaczynała mi ciążyć. Była jak sportowy samochód – piękna, szybka, ekscytująca, ale kompletnie niepraktyczna na długą trasę i wymagająca ciągłego serwisu. Małgorzata była jak pancerny SUV. Nie daje emocji, ale przetrwa każdy wypadek.

Mój telefon zawibrował. Wiadomość od Eweliny: „Wybrałeś ją. Znowu. Widziałam, jak na nią patrzyłeś. Michał zaproponował mi pracę. U siebie. Lepsze stanowisko. Zastanawiam się”. To był szantaż. Czysty, emocjonalny szantaż połączony z groźbą biznesową. Ewelina wiedziała za dużo o mojej firmie. Jeśli przeszłaby do Michała, byłbym skończony. Nie tylko prywatnie, ale i zawodowo.

Wszystko przemyślała

Upiłem łyk whisky, czując palący ogień w gardle. Byłem w potrzasku. Z jednej strony żona, która traktuje mnie jak dojną krowę, z drugiej kochanka, która właśnie przyłożyła mi pistolet do głowy. Następnego ranka przy śniadaniu panowała cisza. Małgorzata jadła tosta z awokado, przeglądając dokumenty.

– Ewelina szantażuje mnie przejściem do Michała – powiedziałem wprost. Nie miałem siły na gierki.

Małgorzata nawet nie drgnęła.

– Wiem – powiedziała spokojnie. – Michał dzwonił do mnie tydzień temu. Pytał, czy nie zechciałabym zostać honorową patronką jego nowej fundacji. Wyczuwał grunt.

– I co zrobiłaś?

– Odmówiłam. Powiedziałam, że lojalność wobec rodziny jest dla mnie najważniejsza. – Spojrzała na mnie znacząco. – Ale lojalność kosztuje.

Odłożyła widelec i splotła dłonie.

– Ta dziewczyna musi zniknąć z firmy. Natychmiast. Ale nie możesz jej zwolnić, bo cię zniszczy. Musisz ją przekupić albo dać jej coś, czego pragnie bardziej niż ciebie.

– Czego?

– Kariery z dala stąd. Mam znajomości w Londynie, w firmie headhunterskiej. Mogą jej złożyć propozycję nie do odrzucenia. Stanowisko dyrektorskie, podwójna pensja, prestiż. Ewelina jest ambitna. Jej miłość do ciebie jest silna, ale jej miłość do samej siebie jest silniejsza. Znam ten typ kobiet. Kiedyś taka byłam.

Nie mogłem uwierzyć

Patrzyłem na nią z niedowierzaniem. Moja żona właśnie planowała, jak pozbyć się mojej kochanki, oferując jej awans na drugim końcu Europy.

– A co z tobą? – zapytałem cicho. – Co ty z tego będziesz miała?

Małgorzata uśmiechnęła się. Tym razem uśmiech był niemal ciepły, choć wciąż przerażający.

– Chcę ten dom w Toskanii, który oglądaliśmy w zeszłym roku. I chcę, żebyś przepisał na mnie dziesięć procent udziałów w firmie jako zabezpieczenie. Na wypadek, gdybyś kiedyś znowu poczuł się… samotny.

Ewelina przyjęła propozycję z Londynu. Kiedy położyłem przed nią ofertę – wykreowaną przez kontakty mojej żony – zobaczyłem ten błysk w jej oku. Błysk chciwości, który tak dobrze znałem z lustra. Płakała, mówiła, że będzie tęsknić, że to dla nas szansa, by przemyśleć wszystko na odległość.

Pakowała się z prędkością światła. Kilka dni później odwiozłem ją na lotnisko. Nasze pożegnanie było filmowe, ale czułem, że oboje odczuwamy ulgę. Ona – bo uciekała z układu bez przyszłości z workiem pieniędzy i karierą. Ja – bo odzyskałem kontrolę.

Wszystko się ułożyło

Wróciłem do domu. Małgorzata czekała w salonie z notariuszem. Dokumenty przekazania udziałów leżały na stole obok karafki z wodą. Podpisałem. Nie drgnęła mi ręka. Wieczorem siedzieliśmy na tarasie. Małgorzata piła wino, patrząc na zachód słońca.

– Kupiłeś dom w Toskanii? – zapytała.

– Agenci finalizują umowę – odpowiedziałem.

– Dobrze – wyciągnęła rękę i położyła ją na mojej dłoni. To był pierwszy gest fizycznej bliskości z jej strony od miesięcy. – Jesteśmy dobrym zespołem. Pamiętaj o tym. Namiętność mija. Kochanki odchodzą. A wspólny majątek i rozumienie swoich potrzeb… to trwa wiecznie.

Siedziałem tam, patrząc na moją żonę, kobietę, która sprzedała swoją godność za udziały, i na siebie, mężczyznę, który kupił sobie wolność, płacąc za nią kolejną częścią swojej duszy. Czy żałuję? Czasami, gdy budzę się w nocy i brakuje mi zapachu Eweliny, albo gdy patrzę na zimny profil Małgorzaty.

Ale potem sprawdzam stan konta, patrzę na mój idealnie przystrzyżony trawnik i myślę, że każdy z nas jest w jakimś więzieniu. Moje przynajmniej ma złote kraty i widok na ogród, a klucz do celi trzyma kobieta, która nigdy mnie nie zdradzi – bo za bardzo jej się to nie opłaca.

Karol, 53 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama