„Żona wracała późno z biura, a ja naiwny myślałem, że ma dużo pracy. W walentynki odkryłem, z kim zostaje po godzinach”
„Chciałem, żeby ten wieczór przypomniał nam, dlaczego siedem lat temu powiedzieliśmy sobie sakramentalne: tak. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, jak naiwny byłem, wierząc, że wykwintne danie i bukiet czerwonych róż mogą naprawić fundamenty, które pękały po cichu od miesięcy”.

- Redakcja
To miał być zwykły wtorek, a jednak zaplanowałem go z precyzją. Chciałem, żeby ten wieczór przypomniał nam, dlaczego siedem lat temu powiedzieliśmy sobie „tak”. Kiedy patrzę na to z perspektywy czasu, widzę, jak naiwny byłem, wierząc, że wykwintne danie i bukiet czerwonych róż mogą naprawić fundamenty, które pękały po cichu od miesięcy. Tamtego wieczoru nie straciłem tylko złudzeń. Straciłem pewność, że znam kobietę, z którą dzielę poduszkę.
Walentynki miały być przełomem
Zacząłem gotować już o piętnastej. Wziąłem urlop na żądanie, co w mojej branży logistycznej graniczyło z cudem, ale chciałem, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Anna od tygodni chodziła poddenerwowana, jej agencja reklamowa walczyła o jakiegoś gigantycznego klienta, a ja czułem, że oddalamy się od siebie z prędkością światła. Nasze rozmowy ograniczały się do logistyki dnia codziennego: „kupiłeś mleko?”, „zapłacisz za prąd?”, „będę późno”. Walentynki miały być przełomem. Momentem stop, w którym znów spojrzymy sobie w oczy, a nie w ekrany telefonów.
W kuchni unosił się zapach karmelizowanych jabłek i cynamonu. Na stole w jadalni położyłem ten obrus, który dostaliśmy od jej matki – lniany, elegancki, wyciągany tylko na święta. Dwie świece, wysokie i smukłe, czekały na odpalenie. Zerknąłem na zegarek. Dziewiętnasta trzydzieści. Miała być o dziewiętnastej.
– Spokojnie, korki – powiedziałem na głos do pustego salonu, poprawiając po raz setny serwetkę.
Siadłem na kanapie, włączając cicho jazz. Czułem to specyficzne mrowienie w żołądku, mieszankę ekscytacji i niepokoju. Od kilku miesięcy miałem wrażenie, że walczę o uwagę własnej żony z niewidzialnym wrogiem. Z jej pracą, z jej telefonem, z jej wiecznym zmęczeniem. Kiedyś, gdy wracała do domu, rzucała teczkę w kąt i opowiadała mi o każdej głupocie, która ją spotkała. Teraz? Teraz zamykała się w łazience na godzinę, a potem zasypiała przed telewizorem.
Mój telefon zawibrował na stoliku kawowym, przesuwając się o centymetr z głuchym warknięciem. Wyświetlacz pokazał: „Moja Żona”. Odetchnąłem z ulgą, ale tylko na ułamek sekundy. Treść wiadomości sprawiła, że krew odpłynęła mi z twarzy. „Piotruś, przepraszam. Katastrofa w biurze. Klient odrzucił wstępny projekt, musimy wszystko przerobić na rano. Nie czekaj z kolacją. Kocham Cię”. Zastygłem. „Nie czekaj z kolacją”. Kilka dni planowania. I to suche „Kocham Cię” na końcu, które brzmiało jak automatyczna stopka w mailu służbowym.
Praca stała się dla niej ucieczką ode mnie
Siedziałem tak przez dobre dziesięć minut, wpatrując się w wygaszony ekran. Wtedy, nieproszone, wróciły do mnie słowa mojej matki. Nigdy nie przepadała za Anną, uważała ją za zbyt „wielkomiejską” i ambitną, ale zawsze zbywałem jej uwagi machnięciem ręki.
– Piotrek, kobieta, która bardziej kocha swój sukces niż dom, zawsze będzie gościem we własnym życiu – powiedziała mi kiedyś przy niedzielnym obiedzie, gdy Anna po raz kolejny nie mogła przyjechać, bo miała „ważny event”.
Wtedy się wściekłem. Broniłem Anny jak lew. Tłumaczyłem, że czasy się zmieniły, że ona się realizuje, że jest dyrektorem kreatywnym, a nie kurą domową. Przypomniałem sobie też rozmowę z Tomkiem, moim przyjacielem ze studiów, sprzed dwóch tygodni. Spotkaliśmy się na piwie. Tomek był dziwny, unikał mojego wzroku, mieszał nerwowo słomką w drinku.
– Słuchaj, stary... – zaczął wtedy niepewnie. – Widziałem Ankę w zeszły czwartek.
– No, pracuje w centrum, nic dziwnego – zaśmiałem się.
– Tak, ale... była w tej nowej knajpie sushi przy Rynku. Z jakimś gościem. Wyglądali na... zadowolonych.
– Tomek, ona ciągle ma spotkania z klientami. Taka branża – uciąłem temat, czując jednak ukłucie irytacji. Nie zazdrości, a właśnie irytacji, że ktoś sugeruje coś niestosownego.
Teraz te dwa wspomnienia złączyły się w jedną, bolesną całość. Czy ja byłem ślepy? A może po prostu wygodny? Łatwiej było wierzyć, że żona ciężko pracuje na nasz wspólny kredyt, niż dopuścić do siebie myśl, że praca stała się dla niej ucieczką ode mnie. Wstałem gwałtownie. Kaczka w piekarniku była już pewnie przesuszona, ale to nie miało znaczenia. Gniew zaczął wypierać smutek. To były walentynki. Jeden dzień w roku, kiedy mogła rzucić wszystko.
– Nie, tak nie będzie – mruknąłem do siebie.
Skoro ona nie może przyjść do walentynek, walentynki przyjdą do niej. To miał być gest ostateczny. Romantyczny zryw, a jednocześnie sprawdzian. Chciałem zobaczyć jej minę. Czy się ucieszy? Czy może zobaczę w jej oczach ten cień zniecierpliwienia, który pojawiał się ostatnio coraz częściej, gdy próbowałem ją przytulić? Zapakowałem jedzenie do pojemników, zabrałem też ze stołu świece. Wrzuciłem wszystko do wiklinowego kosza piknikowego i ruszyłem do garażu.
Postanowiłem zrobić niespodziankę
Droga do centrum była dziwnie pusta. Witryny sklepowe krzyczały czerwienią serc, a w mijanych restauracjach widziałem pary pochylone nad stolikami. Czułem się jak intruz w świecie szczęścia. Moja frustracja rosła z każdym kilometrem. Podjechałem pod jej biuro. Zaparkowałem na miejscu dla gości. Ochroniarz na dole, starszy pan o imieniu Henryk, znał mnie dobrze. Czasem przywoziłem Annie zapasowe klucze albo różne dokumenty.
– Dobry wieczór, panie Piotrze – zdziwił się, widząc mnie z koszem. – Małżonka jeszcze w pracy?
– Niestety, panie Heniu. Siła wyższa. Postanowiłem zrobić niespodziankę.
– Piękny gest.
Pokiwałem głową, starając się uśmiechnąć naturalnie, choć mięśnie twarzy miałem napięte. Winda pędziła na siódme piętro niemal bezszelestnie. Wpatrywałem się w swoje odbicie w lustrzanych drzwiach. Wyglądałem na zmęczonego. Koszula lekko wygnieciona, włosy w nieładzie. Czy wciąż byłem atrakcyjny dla Anny? Czy po siedmiu latach stałem się tylko elementem wystroju wnętrza, jak ten stary fotel, który jest wygodny, ale nikt na niego nie zwraca uwagi?
Drzwi rozsunęły się z cichym syknięciem. Biuro agencji o tej porze zazwyczaj tętniło życiem, ale dziś było niemal pusto. Większość pracowników wolała spędzić ten wieczór z bliskimi. Paliły się tylko światła w głównej sali konferencyjnej i w kilku boksach. Szedłem po miękkiej wykładzinie, tłumiącej kroki. Słyszałem szum klimatyzacji i gdzieś w oddali ciche brzęczenie kserokopiarki. Serce biło mi coraz mocniej, jakbym zaraz miał wejść na egzamin, do którego się nie przygotowałem.
Wolała spędzić ten wieczór z nim
Biuro Anny znajdowało się na końcu korytarza, ale wcześniej mijało się dużą, przeszkloną salę spotkań. Szyby były dźwiękoszczelne, ale idealnie przejrzyste. I wtedy ich zobaczyłem. Zatrzymałem się gwałtownie, cofając o krok w cień dużej monstery stojącej przy filarze. Kosz w mojej ręce nagle stał się nieznośnie ciężki. Anna nie siedziała przy swoim biurku zasypana stertą papierów. Siedziała na brzegu stołu konferencyjnego. Widziałem jej twarz wyraźniej, niż bym chciał. Śmiała się. To nie był ten grzeczny, zawodowy uśmiech, który serwowała mi na bankietach firmowych. To był ten prawdziwy, gardłowy śmiech, przy którym mrużyła oczy i odchylała głowę do tyłu. Śmiech, którego nie słyszałem w naszym domu od miesięcy.
Naprzeciwko niej, na obrotowym krześle, siedział on. Rozpoznałem go od razu. To był Rafał, nowy copywriter, o którym wspominała kilka razy. Młodszy ode mnie, może o pięć lat. Modna fryzura, koszula z podwiniętymi rękawami odsłaniająca tatuaże na przedramionach. Typ artysty, który ma w nosie konwenanse. Na stole między nimi nie leżały projekty. Leżały pudełka z pizzą. Poczułem, jak żołądek podchodzi mi do gardła. To nie była zdrada w sensie fizycznym. Ale to, co widziałem, bolało tysiąc razy bardziej. Widziałem intymność.
Rafał coś opowiadał, gestykulując żywo pałeczkami, a Anna patrzyła na niego z fascynacją. W pewnym momencie on sięgnął ręką i delikatnie starł jej coś z kącika ust – może sos, może okruch. Anna nie odsunęła się. Złapała go za rękę. Zamarła na chwilę, patrząc mu prosto w oczy, a potem uśmiechnęła się w sposób tak czuły i miękki, że zrobiło mi się słabo. Ten gest trwał ułamki sekund, ale dla mnie rozciągnął się w nieskończoność. To było spojrzenie, które kiedyś należało do mnie. Spojrzenie pełne obietnic, porozumienia i tej specyficznej chemii, której nie da się udawać.
Zrozumiałem wtedy, że kłamstwo Anny o „katastrofie w biurze” nie dotyczyło pracy. Ona po prostu wolała spędzić ten wieczór z nim. Wolała jego towarzystwo od naszej wspólnej historii. Wybrała jego energię, jego nowość, jego atencję.
Nie chciałem słuchać tłumaczeń
Stałem tam, ściskając rączkę kosza tak mocno, że zbielały mi kłykcie. Pierwszy odruch był pierwotny: wejść tam, zrobić awanturę. krzyczeć, że jestem jej mężem. Ale potem spojrzałem na nią jeszcze raz. Wyglądała na szczęśliwą. I to mnie dobiło. Gdybym tam wpadł, zrobiłbym z siebie furiata, zazdrosnego męża, a ich zbliżyłbym do siebie jeszcze bardziej. Zamiast tego, zrobiłem coś, co mnie samego zaskoczyło. Podszedłem do recepcji, która stała pusta naprzeciwko.
Wyjąłem z kieszeni marker, który zawsze nosiłem i na jednej z firmowych karteczek samoprzylepnych napisałem krótko: „Udanych walentynek. P.” Przykleiłem kartkę do wiklinowego kosza. Następnie, biorąc głęboki oddech, podszedłem do szklanych drzwi sali konferencyjnej. Nie otworzyłem ich. Postawiłem kosz na ziemi, tuż przy szybie, tak by był doskonale widoczny, gdy tylko odwrócą głowy. Zapukałem w szybę. Tylko raz. Głośno i zdecydowanie.
Efekt był natychmiastowy. Oboje podskoczyli. Anna odwróciła się gwałtownie, a uśmiech zniknął z jej twarzy szybciej niż płomień zdmuchniętej świecy. Jej oczy rozszerzyły się w wyrazie absolutnego przerażenia. Rafał zastygł, patrząc na mnie z mieszaniną zaskoczenia i wstydu. Nie czekałem na jej reakcję. Nie czekałem, aż wybiegnie. Nie chciałem słuchać tłumaczeń, że „to nie tak jak myślisz”, że „tylko rozmawialiśmy”. Widziałem to, co widziałem. Widziałem energię między nimi, której nie da się wyprzeć.
Odwróciłem się na pięcie i ruszyłem w stronę wind. Szedłem wolno, nie uciekałem. Chciałem, żeby ten obraz – moje plecy oddalające się od jej świata – utkwił jej w pamięci. Słyszałem za sobą dźwięk otwieranych drzwi i stukot jej obcasów na wykładzinie.
– Piotr! Piotrek, czekaj! – jej głos był piskliwy, nienaturalny.
Nie zatrzymałem się. Wcisnąłem guzik przywołania windy. Na szczęście jedna stała na piętrze. Drzwi otworzyły się natychmiast. Wszedłem do środka i wcisnąłem parter. Anna dobiegła do windy w momencie, gdy drzwi zaczęły się zsuwać. Widziałem jej twarz w wąskiej szczelinie. Była blada, roztrzęsiona.
– Piotrek, proszę, porozmawiajmy! To tylko kolega, my pracujemy... – krzyczała, próbując włożyć rękę między drzwi, ale system bezpieczeństwa nie zadziałał tak, jak w filmach. Drzwi zamknęły się bezlitośnie, odcinając mnie od jej kłamstw.
Nic nie jest w porządku
Jazda w dół trwała wieki. Oparłem czoło o zimne lustro windy. Adrenalina zaczęła opadać, ustępując miejsca tępej pustce. Czułem się, jakby ktoś wyrwał mi z piersi ważny element, bez którego mechanizm nie może działać. Pan Henryk na dole uśmiechnął się do mnie, ale widząc moją twarz, uśmiech zamarł mu na ustach.
– Wszystko w porządku? – zapytał ostrożnie.
– Nie, panie Heniu. Nic nie jest w porządku – rzuciłem, wychodząc w zimną noc.
W samochodzie telefon zaczął dzwonić. Raz, drugi, trzeci. Anna. Odrzuciłem połączenie. Potem przyszły SMS-y. „Błagam, odbierz”. „To nie tak, jak wygląda”. „Kocham Cię, wracam do domu”. Rzuciłem telefon na siedzenie pasażera. Wraca do domu? Teraz? Kiedy bańka pękła? Prowadząc auto przez nocną Warszawę, zrozumiałem jedną rzecz. To nie ten chłopak, Rafał, był problemem. Problemem było to, że stworzyliśmy małżeństwo, w którym łatwiej było jej szukać ekscytacji przy pizzy z kolegą, niż romantycznej kolacji z mężem.
Zaniedbaliśmy się. Oboje. Ja uciekłem w rolę „dobrego męża”, który dba o dom, a ona uciekła w karierę, która dawała jej poczucie bycia ważną. Przestaliśmy być dla siebie partnerami, a staliśmy się współlokatorami z obrączkami. Ale tamto spojrzenie... To spojrzenie bolało najbardziej. Bo uświadomiło mi, że ona wciąż potrafi tak patrzeć. Tylko już nie na mnie.
Wróciłem do domu. Usiadłem w fotelu w ciemnym salonie i czekałem. Wiedziałem, że za chwilę w drzwiach stanie Anna, pełna wymówek, łez i zapewnień. Wiedziałem, że ta noc będzie długa i bolesna. Czy to koniec? Nie wiem. Wiem tylko, że tamten Walentynkowy wieczór zdarł zasłonę milczenia, którą tkaliśmy przez lata. Zobaczyłem prawdę. A prawda, choć uwalniająca, ma to do siebie, że potrafi złamać serce na tysiąc kawałków, których nie da się posklejać bukietem róż. Tamtej nocy, w ciszy biurowca, coś się skończyło bezpowrotnie. Moja naiwność.
Piotr, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Walentynki miały być świętem miłości, a stały się moim koszmarem. Najgorsze jest to, że sama sobie jestem winna”
- „Myślałam, że w walentynki mi się oświadczy, a on miał dla mnie inną niespodziankę. Niestety to nie był okazały diament”
- „Myślałam, że dla mojego chłopaka jestem całym światem. W walentynki zrozumiałam, że traktuje mnie jak koło zapasowe”