„Żona wracała z siłowni z rumieńcami na twarzy. Wkrótce jednak odkryłem, że nie miała ich od treningu na bieżni”
„Nie podejrzewałem niczego złego. Przecież z zewnątrz wszystko wyglądało jak należy – sportowa torba, butelka z wodą, relacje z zajęć. Wierzyłem, że naprawdę chodzi tam tylko po to, by poprawić kondycję. Nigdy nie przypuszczałem, że siłownia okaże się jedynie przykrywką”.

- Redakcja
Gdy Małgorzata oznajmiła, że od stycznia zamierza regularnie chodzić na siłownię, pomyślałem, że to świetny pomysł. Trochę ruchu jeszcze nikomu nie zaszkodziło, a jej przyda się aktywność fizyczna po świętach i długim okresie siedzenia w domu. Wspierałem ją, kibicowałem, nawet trochę zazdrościłem samozaparcia. Codziennie wracała zmęczona, czasem opowiadała, ile przebiegła na bieżni czy jakie ciężary podniosła. Wydawała się szczęśliwa, pełna energii, zadowolona. Nie podejrzewałem niczego złego. Przecież z zewnątrz wszystko wyglądało jak należy – sportowa torba, butelka z wodą, relacje z zajęć. Wierzyłem, że naprawdę chodzi tam tylko po to, by poprawić kondycję. Nigdy nie przypuszczałem, że siłownia okaże się jedynie przykrywką.
Patrzyłem na nią z podziwem
Małgorzata rzuciła się w wir treningów z niespotykanym wcześniej entuzjazmem. Codziennie wieczorem znikała na dwie, czasem trzy godziny, wracała spocona, z wypiekami na twarzy, zadowolona z siebie. Opowiadała, jakie nowe ćwiczenia robiła, ile kilometrów przebiegła, ile kalorii spaliła. Z zapałem relacjonowała, jak instruktor pokazywał jej, jak poprawnie wykonać martwy ciąg albo jak zwiększyć wydolność na orbitreku.
– Wiesz, czuję się lepiej, mam więcej energii, nawet lepiej sypiam – mówiła, jednocześnie przeglądając aplikację z treningami na telefonie. – Nie miałam pojęcia, że to może tak wciągnąć!
Cieszyłem się, że coś ją tak porwało. Może to był sposób na rozładowanie stresu, oderwanie się od rutyny? Patrzyłem na nią z podziwem. Nigdy wcześniej nie widziałem jej aż tak zaangażowanej w cokolwiek.
– Super, że to ci daje tyle satysfakcji – mówiłem, gdy wieczorami padała na kanapę, wykończona, ale szczęśliwa.
Kiedy wracała z siłowni, śmierdziała potem, miała rozwiane włosy, często jeszcze słuchawki w uszach. Byłem przekonany, że naprawdę ciężko pracuje nad sobą. Nie przyszło mi do głowy, że mogłaby mnie okłamywać. Wierzyłem jej. Wierzyłem, że chodzi tam tylko po zdrowie i kondycję.
W głowie niepokój już się rozgościł
Zaczęło się niewinnie – zapomniała butelki z wodą, więc zawiozłem jej ją pod siłownię. Wysiadłem z auta, zbliżyłem się do wejścia. Zatrzymałem się, bo zobaczyłem, jak moja żona... właśnie wychodzi. Nie była spocona, nie wyglądała na zmęczoną. Jej makijaż był nienaganny, włosy rozpuszczone, a ubranie, choć sportowe, leżało jak dopiero co założone. W dłoni trzymała kawę z automatu, śmiała się do telefonu. Z boku podszedł do niej jakiś mężczyzna, zagadnęli się, potem razem ruszyli w kierunku parkingu. Zamarłem. Nie podszedłem. Odczekałem, aż odjechali, i wróciłem do auta. Nie powiedziałem jej wtedy, że ją widziałem. Wieczorem zachowywała się jak zwykle. Opowiadała o treningu, jakby faktycznie tam była. Siedziałem i słuchałem, próbując nie pokazać, jak bardzo coś mi nie pasuje.
– Dzisiaj padłam po interwałach – powiedziała, zrzucając buty. – Ale było warto.
Kiwnąłem głową i udawałem, że wierzę. Że wszystko gra. Może to był przypadek. Może coś się zmieniło w planie, może po prostu wyszła wcześniej. Zacząłem się uspokajać. Próbowałem wierzyć, że nie ma powodu do niepokoju. Choć w głowie niepokój już się rozgościł.
Czułem, że coś w niej się zmieniło
Od tamtego dnia zacząłem bardziej zwracać uwagę. Małgorzata coraz częściej wracała później niż zwykle. Mówiła, że była na zajęciach rozciągających, że rozmawiała z koleżanką z siłowni, że była w sklepie po białko i batony. Niby wszystko się zgadzało, ale kiedyś znałem ją lepiej. Czułem, że coś w niej się zmieniło. Zaczęła bardziej dbać o wygląd, nawet przed wyjściem na trening. Delikatny makijaż, perfumy – nie jakieś sportowe mgiełki, tylko te, które zwykle trzymała na wyjątkowe okazje. Kiedy raz zapytałem żartem:
– A może ty tam randki masz, a nie trening?
Roześmiała się, ale nie tak szczerze. Raczej nerwowo, jakby ją coś ukłuło. Odpowiedziała:
– Głupi jesteś. Przecież to siłownia, nie klub.
Zbyła mnie szybko, wracając do pakowania torby. A ja znowu to zignorowałem. Chciałem wierzyć, że to tylko moje paranoje. Że może przesadzam. Kiedyś w żartach mówiła, że za bardzo analizuję, że potrafię z igły zrobić widły. Więc i tym razem zrzuciłem wszystko na kark swojej wyobraźni. Bo przecież nic nie wiedziałem na pewno. Miałem tylko przeczucia. I jedno zdjęcie zbyt idealnie ułożonej wersji mojej żony.
Już wtedy nie miałem złudzeń
Zebrałem się w sobie. Uznałem, że muszę wiedzieć. Powiedziała, że wychodzi na siłownię na 18:30. Wyszedłem z domu dziesięć minut po niej, pojechałem tą samą trasą, zostawiłem samochód dwie ulice dalej. Podszedłem w okolice siłowni i czekałem. Nie weszła. Stała pod drzwiami, jakby czekała na kogoś. Nagle z budynku wyszedł ten sam mężczyzna, co wtedy. Przywitała go długim pocałunkiem. On ją objął i razem poszli do auta. Już wtedy nie miałem złudzeń.
Stałem pod siłownią, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Nie wiem, ile tak stałem. Kiedy się ocknąłem. Gdy wracałem do domu w głowie miałem tylko jedno pytanie: dlaczego? Wieczorem, kiedy wróciła, usiadłem naprzeciw niej i powiedziałem prosto z mostu:
– Kogo całowałaś dzisiaj pod siłownią?
Zamarła. Nie próbowała zaprzeczać. Spojrzała na mnie długo, a potem odwróciła wzrok.
– Przepraszam – wyszeptała.
Wtedy wiedziałem, że to koniec.
Nie zadawałem pytań
Po tamtej rozmowie było już tylko cicho. Nie kłóciliśmy się. Nie rozrywały nas dramaty, nie padły wielkie słowa. Nie roztrząsała powodów, nie próbowała mnie przekonywać, że to nic nie znaczy. I może właśnie to bolało najbardziej – ta jej rezygnacja. Spakowała kilka rzeczy, zamówiła taksówkę i wyszła. Jeszcze tego samego wieczoru. Nie zadawałem pytań, a ona nie oferowała żadnych wyjaśnień. Nie prosiła o drugą szansę.
Przez pierwsze dni w mieszkaniu panowała cisza. Jakby wszystko stanęło. Próbowała się odezwać po tygodniu. Wysłała wiadomość, że chciałaby porozmawiać. Odpisałem tylko: „Nie mam już o czym”. Bo nie miałem. Zdrada to nie tylko akt. To odebranie komuś pewności, że zna drugą osobę. Że można komuś ufać. A ja, mimo wszystkich znaków, ufałem jej do końca. Może za bardzo. Znajomym powiedziała, że się rozstaliśmy. Nie dodała, dlaczego. A ja milczałem. Bo jedyne, co mi zostało, to odcięcie się. Od niej. Od tej wersji życia, którą naiwnie uważałem za prawdziwą.
Życie toczy się dalej
Minęły trzy miesiące. Mieszkanie wciąż wyglądało, jakby ktoś się dopiero co wyprowadził. Zostawiła kilka książek, jedną bluzę w komodzie, której chyba nie zauważyła, i słoik dżemu, który zawsze sama kupowała. Wyrzuciłem go dopiero wczoraj - bardziej z potrzeby odcięcia się od tego, co było.
Ludzie pytają, jak się trzymam. Odpowiadam, że dobrze. Że „leci”, że „życie toczy się dalej”. Czasem żartuję, że mam więcej miejsca w łóżku. Ale w środku wiem, że coś się we mnie wypaliło. Nie chodzi o to, że odeszła. Tylko o to, że przez miesiące patrzyła mi w oczy i kłamała. Że była obok, ale już nie dla mnie.
Z tamtego dnia pamiętam jeden szczegół: jej spojrzenie. Bez złości, bez winy. Jakby wszystko, co nas łączyło, było tylko etapem. Może tak właśnie to widziała. Dla mnie to była przyszłość. Dla niej – przystanek. Nie chcę już wiedzieć, z kim jest. Nie szukam jej w mediach społecznościowych. Wystarczy, że raz znalazłem ją tam, gdzie nie powinna być. Od tamtej pory trzymam się z daleka od ludzi, którzy pachną potem... i cudzymi perfumami.
Adam, 42 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mój mąż przyznał się do zdrady i myśli, że ujdzie mu to płazem. Nie zwlekałam i szybko wyrównałam rachunki
- „Zrobiłem żonie niespodziankę i wróciłem z Norwegii szybciej. W drzwiach powitał mnie obcy facet w moim szlafroku”
- „Mąż zdradził mnie na dzień przed powrotem z ferii. Przepłakałam całą noc, ale rano zapragnęłam zemsty”