„Żona zabierała mi pensję i dawała kieszonkowe. Gdy kupiła sobie nową furę za moją kasę, mogłem zrobić tylko jedno”
„Na początku byłem nią oczarowany. Energiczna, zorganizowana, pewna siebie. Zazdrościli mi jej kumple z pracy. Wszystko planowała, ogarniała zakupy, rachunki, nawet moją garderobę. Ja byłem tym spokojnym, ale z czasem zorientowałem się, że nie podejmuję żadnych decyzji. Że nie pyta mnie o zdanie”.

- Redakcja
Pracuję jako informatyk i… nie mam dostępu do własnego konta bankowego. Serio. Od sześciu lat dostaję od żony kieszonkowe. Pięćset złotych miesięcznie. Tyle prawie, co licealista od rodziców. Resztą „lepiej zarządza Magda” – tak twierdzi. I przez lata naprawdę w to wierzyłem. A może nie chciałem się przyznać, że pozwoliłem się sprowadzić do roli dziecka we własnym domu. Z Magdą jesteśmy małżeństwem od ośmiu lat. Na początku byłem nią oczarowany – energiczna, zorganizowana, pewna siebie. Zazdrościli mi jej kumple z pracy. Wszystko planowała, ogarniała zakupy, rachunki, nawet moją garderobę.
Ja byłem tym „spokojnym”, technicznym gościem, który wolał nie wchodzić w konflikty. Wydawało mi się, że skoro ktoś chce to wszystko dźwigać – niech dźwiga. Ale z czasem zorientowałem się, że już nie podejmuję żadnych decyzji. Że Magda nie pyta mnie o zdanie. Że nawet na urodziny teściowej jedziemy tam, gdzie ona zadecydowała – a ja mam tylko przytaknąć i prowadzić samochód. Czułem, że tracę grunt, ale tłumiłem to. Mówiłem sobie: „jest dobrze, nie narzekaj”. Aż pewnego dnia dowiedziałem się, że Magda kupiła sobie nowy samochód. Za moją kasę. Nawet mnie nie poinformowała.
Coś we mnie pękło
– Magda, może byśmy gdzieś pojechali? Chociaż na weekend? – zapytałem nieśmiało, zdejmując plecak po powrocie z pracy. – Mam dość tych czterech ścian i roboty zdalnej.
– Paweł, błagam cię – westchnęła, nie odrywając wzroku od laptopa. – Myślisz, że mnie też się nie przyda odpoczynek? Ale budżet trzeba trzymać.
– Jaki budżet? Ty mi nawet nie mówisz, ile mamy na koncie.
– Bo i po co? – spojrzała na mnie z politowaniem. – Przecież i tak wszystkim ja się zajmuję. Ty tylko dostajesz swoje kieszonkowe.
Zaparzyłem sobie herbatę, ale nie mogłem się uspokoić. Po raz pierwszy od dawna chyba coś we mnie pękło.
– A może byś mi w końcu pokazała te swoje magiczne tabelki? Chciałbym widzieć, ile zarabiam, ile wydajemy, gdzie idą moje pieniądze. W końcu to też moja kasa, prawda?
Magda uniosła brew.
– Paweł, nie żartuj. Kiedy ostatnio sam coś planowałeś? Ty nawet nie wiesz, ile płacimy za prąd. Chcesz nagle przejąć kontrolę? Bo co? Bo ci się zachciało pojechać do spa?
– Nie chcę spa. Chcę mieć coś do powiedzenia. Chcę być dorosłym we własnym domu, a nie chłopcem, któremu wydzielasz pieniądze na kanapkę i bilet.
Zaśmiała się krótko i beznamiętnie.
– To może zacznij się zachowywać jak dorosły, a nie marudź.
Stałem w kuchni i czułem, jak ręce mi się trzęsą. Co ja robię? Co się ze mną stało? Od kiedy zgodziłem się na to, żeby być kimś, kogo własna żona traktuje jak nieudacznika? Ale nic nie odpowiedziałem. Wyszedłem na balkon. W kieszeni miałem resztkę „kieszonkowego”. Wystarczyło na dwa piwa i paczkę czipsów. Siedziałem tam godzinę. I tylko jedno pytanie brzęczało mi w głowie: jakim cudem dałem się w to wrobić?
Czułem się okradziony
Faktura przyszła pocztą. Gdy wyjąłem ją ze skrzynki, najpierw myślałem, że to jakaś pomyłka. Gruby papier, logo dealera samochodowego, a na górze imię i nazwisko mojej żony. „Zamówienie – model: Audi Q3. Kolor: glacier white. Kwota: 189 000 zł”. Poczułem, jak kolana mi miękną. Wróciłem do mieszkania w milczeniu. Magda właśnie nakładała sobie kolację – sałatka z komosą, jak zwykle. Usiadłem przy stole, wyciągnąłem fakturę i położyłem przed nią.
– Co to jest?
Magda nawet nie spojrzała.
– Aha, przyszło już? Świetnie. To tylko formalność. Przyszły tydzień odbiór.
– Formalność? – powtórzyłem, niedowierzając. – Kupiłaś samochód. Za prawie dwieście tysięcy. Nawet nie raczyłaś mnie poinformować?
– Paweł, przestań się ekscytować. Mamy wspólne konto. To są nasze pieniądze.
– Nasze? Czyli mogę też kupić sobie coś za sto koła? – zaironizowałem. – Nie sądzisz, że skoro haruję całymi dniami, zasługuję na to, żeby wiedzieć, na co idzie moja pensja?
Magda westchnęła i w końcu spojrzała mi w oczy.
– Ty zarabiasz, ja zarządzam. Tak było od lat i dobrze nam się żyło. Przestań się teraz bawić w dramaty.
– Nie dramatyzuję – powiedziałem cicho. – Po prostu czuję się jak pracownik, który nie wie, że jego firma właśnie go okradła.
Zamilkła. Wzięła widelec i bez słowa kontynuowała jedzenie. A ja siedziałem i patrzyłem na nią, jakby była kimś zupełnie obcym. Może zawsze taka była, tylko ja tego nie chciałem widzieć? W głowie kręciło mi się jedno słowo: zdrada. Bo to już nie chodziło o pieniądze. Chodziło o szacunek, którego nie było. Nigdy.
Nie mogłem tak dłużej
Leżeliśmy w łóżku. Magda z telefonem w dłoni, ja z otwartymi oczami wpatrzony w sufit. Cisza między nami dusiła. W końcu nie wytrzymałem.
– Magda, musimy pogadać.
– Teraz? – rzuciła beznamiętnie, nie odrywając wzroku od ekranu.
– Tak. Bo jak nie teraz, to nigdy.
Zamilkła. Odłożyła telefon na szafkę. Przekręciła się w moją stronę.
– No to mów.
– Nie chcę tak żyć. Nie chcę być gościem, który pracuje na czyjś styl życia i dostaje za to pięć stówek miesięcznie. Nie chcę być dodatkiem do twojego planu dnia.
– To teraz się obudziłeś?! – podniosła głos. – Osiem lat było ci wygodnie, a teraz nagle robisz z siebie ofiarę?
– Nie. Przez osiem lat byłem ślepy. A może zbyt spokojny. Ale to się skończyło.
– Myślisz, że ja to wszystko robiłam dla siebie? – głos jej zadrżał. – Te planowania, budżety, zabezpieczenia… Myślisz, że to była przyjemność? Że miałam fan z wydzielania ci pieniędzy jak matka synkowi?
– Tak. Bo dzięki temu miałaś kontrolę. A ja... ja byłem tylko trybikiem. Jak pensja wpadła na konto, to już przestawałem być potrzebny.
Wstałem. Wyciągnąłem walizkę spod łóżka.
– Co ty robisz? – zapytała cicho, ale w jej głosie była panika.
– Odchodzę. Chcę wreszcie mieć własne życie. Chcę mieć prawo popełniać błędy. I decydować o sobie.
– Zawsze tak było, po co to zmieniać?! – rzuciła, ale już bez przekonania.
– Właśnie dlatego. Bo zawsze tak było.
Zamknąłem walizkę i ruszyłem w stronę drzwi.
– Paweł… – powiedziała cicho.
Nie obejrzałem się. Wyszedłem. I pierwszy raz od lat poczułem, że to ja o czymś zdecydowałem.
Nie wiedziałem, kim jestem
Spałem pierwszą noc w hotelu robotniczym pod Warszawą. Pokój był mały, śmierdziało starą wykładziną i cebulą z kuchni piętro niżej, ale spałem spokojnie. Rano zrobiłem sobie kawę w plastikowym kubku i po raz pierwszy od lat sprawdziłem stan własnego konta. Było tam mniej, niż sądziłem. Magda musiała przelać większość na inne rachunki albo po prostu wypłacić. Poczułem gulę w gardle, ale zamiast się załamać – założyłem nowe konto i zastrzegłem dostęp do starego. Później wynająłem kawalerkę na obrzeżach. Wzięli mnie bez problemu – dobra pensja, umowa na czas nieokreślony, zero dzieci, zero zwierząt.
Wieczory spędzałem w milczeniu. Przypomniałem sobie pierwsze lata z Magdą. Te wspólne zakupy, kiedy jeszcze pytała, czy wolę musztardę sarepską czy stołową. Kiedy się śmiała z moich żartów. Kiedy nie sprawdzała stanu konta po każdym paragonie. Później było już tylko: „daj mi kartę, bo się nie orientujesz”, „ja ci będę rozliczać, dobrze?”, „po co ci dostęp do konta, przecież i tak masz wszystko zapłacone”. Zacząłem pisać dziennik. Czułem się głupio, jakbym był nastolatkiem z rozterkami sercowymi. Ale to mi pomagało. Pisałem, że jestem zły. Że się boję. Że nie wiem, czy podjąłem dobrą decyzję. Ale pisałem też, że po raz pierwszy od lat sam kupiłem sobie chleb. I kawę, jaką lubię – nie tę w promocji, tylko tę, której zapach kojarzy mi się z latem u dziadka. I każdego wieczoru, gdy zamykałem zeszyt, wracało to samo pytanie:
– Kim ja w ogóle jestem, jeśli nie jestem mężem Magdy?
Nie chciałem już wracać
Spotkaliśmy się po trzech miesiącach. Magda napisała, że chciałaby „porozmawiać na spokojnie”. Umówiliśmy się w kawiarni, tej samej, do której kiedyś chodziliśmy na randki, zanim wszystko zaczęło się sypać. Była punktualna. Wyglądała dobrze – może nawet lepiej niż wcześniej. Ale coś w niej było sztywnego. Jakby przyszła na rozmowę o kredyt, a nie o nas.
– Może wrócisz? – zaczęła niemal od razu, mieszając herbatę. – Pomyślałam, że... że wszystko można jeszcze naprawić. Jesteśmy tylko ludźmi, prawda?
Spojrzałem na nią spokojnie. Już nie czułem złości. Ani rozczarowania. Czułem... ulgę. Bo wiedziałem, co chcę powiedzieć.
– Magda, ja już nie wrócę. Nie chcę życia, w którym nie mam głosu. Gdzie moje zdanie to tylko sugestia, którą możesz odrzucić bez mrugnięcia okiem.
Zamrugała. Jakby nie rozumiała.
– Ale przecież wszystko było pod kontrolą... Mieliśmy porządek. Stabilizację. To, o czym marzy każda para!
– Nie. To było twoje zarządzanie. Ja byłem pracownikiem w firmie o nazwie „nasze małżeństwo”. I przestałem się w niej czuć jak człowiek.
Zamilkła. Po chwili powiedziała tylko:
– Zniszczyłeś naszą rodzinę.
– Nie – odpowiedziałem spokojnie. – Ty ją zamieniłaś w system. A ja tylko wysiadłem z pociągu, zanim się wykoleił.
Wstała gwałtownie i wyszła bez słowa. Patrzyłem za nią przez chwilę. Potem odwróciłem wzrok i przez okno kawiarni patrzyłem na ludzi. Szli, śmiali się, spieszyli. A ja po raz pierwszy od dawna czułem się lekki.
Paweł, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Upiekłam sernik na Dzień Babci, ale nikt nie przyszedł. Wieczorem nadeszły jednak wieści, po których drżałam jak osika”
- „Wyjazd z mężem w góry nie wypalił z powodu tajemniczej koperty. To, co w niej odkryłam, zatrzymało mnie w drzwiach”
- „Rzuciłam korpo, by zaznać spokoju na wsi i już żałuję. Po pierwszych dniach moje łzy padały mocniej niż śnieg za oknem”