Reklama

Tego dnia lukier lśnił na wystawach cukierni jak drogocenne klejnoty, a zapach smażonego ciasta wdzierał się w nozdrza, obiecując błogostan każdemu, kto tylko weźmie głęboki oddech. Wszyscy wokół się uśmiechali, niosąc kartonowe pudełka pełne słodkości. Ja też kupiłam pączki. Cztery. Z różą, toffi i czekoladą. Jednak kiedy usiadłam przy pustym kuchennym stole, a zegar na ścianie głośno wybijał sekundy, zrozumiałam, że kalorie nie wypełnią pustki w sercu, a samotność w tłusty czwartek smakuje gorzej niż czerstwe pieczywo.

Byłam zawiedziona

Przez lata wyglądało to tak samo: wstawałam pierwsza, wyciągałam z szafki wielką, emaliowaną miskę po babci i robiłam rozczyn. Kuchnia wypełniała się ciepłem, parą i zapachem drożdży, który kojarzył się z bezpieczeństwem. Potem wstawali oni. Krzysztof wchodził zaspany, we flanelowej piżamie, szukając kawy. Nasza córka, Ewelina, dołączała z nosem umazanym mąką. To była nasza tradycja. Śmialiśmy się, kłóciliśmy o temperaturę oleju, a na koniec siedzieliśmy przy stole ubrudzeni cukrem pudrem, objedzeni i szczęśliwi. Tym razem obudziła mnie cisza. Nie było tupotu stóp ani szumu czajnika. Krzysztof wyprowadził się dwa lata temu – stwierdził, że się dusi i musi poszukać siebie. Znalazł siebie w ramionach młodszej księgowej. Ewelina studiowała w Krakowie i rzadko przyjeżdżała, a już na pewno nie w środku tygodnia na pączki.

Leżałam, patrząc na sufit, z żołądkiem ściśniętym z nerwów. Wiedziałam, że powinnam potraktować ten dzień normalnie, ale kalendarz i media społecznościowe krzyczały, że to święto radości. Mieszkanie wydawało się za duże, a echo moich kroków brzmiało jak wyrzut sumienia. Postanowiłam nie piec. Wizja stania nad garnkiem z wrzącym tłuszczem tylko dla siebie wydawała mi się żałosna. Ubrałam się starannie, nałożyłam róż na policzki i wyszłam do najlepszej cukierni w mieście. To był mój plan ratunkowy – wyjść do ludzi i kupić gotowe szczęście.

Doskwierała mi samotność

Kolejka wiła się aż na chodnik. Ludzie, mimo zimna, byli w świetnych humorach. Przede mną stała młoda para; on trzymał ją za rękę w kieszeni swojego płaszcza, szeptali i chichotali. Patrzyłam na nich z rozczuleniem, ale i z zazdrością. Pamiętam, jak ja i Krzysztof tak staliśmy po pączki, by zjeść je w samochodzie, brudząc tapicerkę lukrem. Wtedy wydawało się to romantyczną przygodą, teraz wspomnienie kłuło jak zadra.

– Dla pani cztery? – Głos ekspedientki wyrwał mnie z zamyślenia.

– Tak, poproszę cztery. Różne smaki – odpowiedziałam, starając się brzmieć pewnie.

– Duże pudełko czy torebka?

– Pudełko. Żeby się nie zgniotły – powiedziałam, choć wiedziałam, że nikt poza mną nie będzie oceniał ich kształtu.

Zapłaciłam i wyszłam, tuląc kartonik jak skarb. Mijałam ludzi z naręczami słodkości. Wszyscy szli do kogoś. A ja szłam do pustego mieszkania na trzecim piętrze, gdzie czekała na mnie tylko przelana paprotka. Wróciłam, nastawiłam wodę i wyłożyłam pączki na talerz. Wyglądały pięknie – złocista skórka, lśniący lukier. Usiadłam i czekałam. Sama nie wiem na co. Zadzwonił telefon. Serce zabiło mocniej. Wyświetlacz: „Córcia”. Uśmiechnęłam się.

– Cześć, kochanie! – rzuciłam radośnie do słuchawki.

– Cześć, mamo. Słuchaj, nie mam dużo czasu, bo zaraz mam seminarium, ale chciałam zapytać, czy wysłałaś mi ten przelew na czynsz? Właścicielka znowu marudzi.

Mój uśmiech przygasł.

– Tak, wysłałam wczoraj wieczorem. Powinien już być.

– Okej, super. Dzięki. A co tam u ciebie?

– A wiesz, tłusty czwartek. Właśnie kupiłam pączki i...

– Ojej, mamo, nie mów mi o pączkach – przerwała zniecierpliwiona. – Ja jestem na detoksie cukrowym, wszyscy tutaj w akademiku oszaleli z tymi pączkami, a ja patrzeć na to nie mogę. Dobra, muszę lecieć, bo spóźnię się na zajęcia. Pa!

Rozłączyła się, zanim zdążyłam zapytać, jak się czuje. Zostałam z telefonem w ręku. Ewelina nie zrobiła nic złego, miała swoje życie. To ja oczekiwałam zbyt wiele. Poczułam się niewidzialna.

Zrobiło mi się zimno

Sięgnęłam po pączka z różą. Pierwszy kęs był idealny, ale stanął mi w gardle. Drugi kęs był trudniejszy, trzeci smakował jak tektura nasączona olejem. Odłożyłam go. Cukier, który miał pocieszać, stał się oskarżeniem. Nie mogłam jeść, ale nie mogłam też pozwolić, by jedzenie się zmarnowało. Wyszłam na klatkę schodową z myślą o zsypie, choć czułam, że to barbarzyństwo. Wtedy usłyszałam szuranie. Piętro wyżej stała pani Jadwiga, moja sąsiadka od dwudziestu lat. Nasza relacja ograniczała się do „dzień dobry” i jej narzekań. Teraz jednak stała przy oknie, opierając się ciężko o parapet i płakała. Nigdy nie widziałam jej w takim stanie. Zawsze wydawała mi się skałą.

– Pani Jadwigo? – zapytałam cicho. – Czy coś się stało?

Drgnęła i otarła oczy, próbując przybrać maskę wyniosłości.

– Nic, nic. Pyłek mi wpadł – mruknęła. – Co pani tu tak stoi?

– Ja... – spojrzałam na pudełko w ręce. To był impuls. – Kupiłam za dużo pączków. A moja córka nie przyjechała. I pomyślałam... że może pani by chciała jednego?

Pani Jadwiga spojrzała na pudełko, a jej twarz zmiękła. Bruzdy wokół ust wygładziły się, odsłaniając głęboki smutek.

– Mój mąż... Stefan – zaczęła cicho, patrząc w przestrzeń. – On uwielbiał pączki z różą. Dziś mija piąta rocznica jego śmierci. Zawsze umierał w tłusty czwartek, tak żartował za życia, że kiedyś pęknie od jedzenia. I tak się stało, odszedł po obiedzie.

Zrobiło mi się zimno. Przez pięć lat mijałam ją, nie wiedząc, że ten dzień radości jest dla niej rocznicą tragedii. Moja samotność po rozwodzie wydała mi się nagle mniej ostateczna. Krzysztof i Ewelina żyli. Pani Jadwiga miała tylko wspomnienia i pusty parapet.

Odzyskałam spokój ducha

– Mam herbatę – powiedziałam stanowczo. – Dobrą, sypaną. I te pączki mają dużo róży. Stefan by pewnie pochwalił. Zapraszam do siebie.

Sąsiadka wahała się, duma walczyła w niej z potrzebą bliskości. W końcu kiwnęła głową.

– Ale ja wezmę swój sok z pigwy. Sama robiłam jesienią – w jej głosie pojawiła się nuta dawnej energii.

Siedziałyśmy w mojej kuchni trzy godziny. Okazało się, że ta „stara jędza” ma niesamowite poczucie humoru. Opowiedziała, jak Stefan oświadczył się jej w błocie na budowie i jak przemycali mięso w stanie wojennym. Ja opowiedziałam o Krzysztofie i o tęsknocie za córką.

Dzieci wyfruwają z gniazda, moja droga – powiedziała, krojąc pączka nożem i widelcem. – To ich zadanie. Naszym jest nie zapomnieć, jak się lata samemu. Albo z kimś innym, kto akurat też spadł z gniazda.

Jadłyśmy pączki i nagle smakowały inaczej. Słodycz była kojąca. Nie naprawiłyśmy swojego życia w jedno popołudnie, ale przytłaczająca cisza zniknęła. Wypełniły ją słowa i brzęk porcelany. Kiedy pani Jadwiga wychodziła, było ciemno. Na klatce pachniało czyimś smażonym ciastem, ale zapach już mnie nie drażnił.

– Dziękuję – powiedziała w drzwiach z pustą butelką po nalewce. – W przyszłym roku zrobię faworki. Mam przepis po prababci, są kruche jak mgła.

Zamknęłam drzwi. Spojrzałam na stół pełen okruchów i brudnych filiżanek. Nie sprzątnęłam ich od razu, chcąc nacieszyć się dowodem obecności drugiego człowieka. Tłusty czwartek miał być dniem mojej porażki. Rano samotność była szara jak popiół, wieczorem stała się spokojną przestrzenią, w której jest miejsce na nowych ludzi – nawet tych mijanych bez słowa przez dekady. Zrozumiałam, że pączki nie mają magicznej mocy. To my nadajemy im znaczenie. Mogą być symbolem utraconego szczęścia albo pretekstem do otwarcia drzwi sąsiadce. Gorzki smak poranka został przełamany – nie cukrem, ale prostą, ludzką życzliwością. To wystarczyło, by przetrwać ten dzień i zacząć czekać na obiecane faworki.

Alicja, 54 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama