„Zostawiłam bratankowi klucze do domu i pojechałam do Zakopanego. Sąsiedzi wydzwaniali już 1. dnia wyjazdu”
„Kiedy poprosiłam bratanka, by na tydzień przypilnował mojego domu, byłam spokojna. Arek zawsze był odpowiedzialny, a sądziłam, że cisza i samotność dobrze mu zrobią. Nie przewidziałam jednego: że jego obecność rozpęta burzę plotek i uprzedzeń. Po powrocie zastałam nie zniszczenia, a coś znacznie bardziej niepokojącego – sąsiedzką historię, która dała mi do myślenia”.

- Redakcja
Kiedy poprosiłam mojego bratanka, Arka, żeby podczas mojego tygodniowego wyjazdu do Zakopanego przypilnował domu, nie miałam żadnych obaw. Zawsze był odpowiedzialny, spokojny, a do tego właśnie kończył studia, więc chwilowy pobyt w ciszy i spokoju miał być dla niego odskocznią.
Klucze zostawiłam na komodzie, napisałam dokładną listę obowiązków i wyruszyłam na zasłużony wypoczynek. Nie przyszło mi do głowy, że zwyczajna prośba może uruchomić lawinę nieporozumień. Kiedy wróciłam, zastałam sytuację, która całkowicie mnie zaskoczyła. I nie dotyczyła ona wcale Arka, ale… moich sąsiadów.
Ostatnie instrukcje przed wyjazdem
– Tu masz klucze, a tu kartkę z numerami do hydraulika i elektryka, jakby coś – mówiłam, podając Arkowi plik papierów. – Z lodówki możesz korzystać, tylko nie jedz sera z niebieską etykietą, bo to dla mojej koleżanki. I podlej kwiaty, dobrze?
– Jasne, ciociu, dam sobie radę. Nie jestem już dzieckiem – zaśmiał się i przewrócił oczami.
Arek był synem mojej młodszej siostry, cichy chłopak, bez skłonności do imprezowania. Studiował architekturę i choć od dzieciaka był raczej zamknięty w sobie, zawsze wiedziałam, że można na niego liczyć. Mieszkał w akademiku, ale teraz trwała przerwa między semestrami, więc propozycja zajęcia się domem bardzo mu odpowiadała. Dla mnie to też było wygodne – nie lubię zostawiać pustego domu, nawet na kilka dni.
– W razie czego dzwoń. Jadę do Zakopanego tylko na tydzień. Wracam w niedzielę po południu.
– Jasne, ciociu. Życzę ci, żebyś nie musiała myśleć o niczym poza oscypkami – powiedział, a ja uśmiechnęłam się, zamykając za sobą drzwi.
Nie spodziewałam się, że te siedem dni wywoła tyle zamieszania. Nie przez Arka. Przez sąsiadów.
Nieproszone spojrzenia zza firanek
Pierwszy niepokojący sygnał przyszedł już po dwóch dniach. Zadzwoniła do mnie Basia, moja sąsiadka z naprzeciwka, znana z tego, że wie o wszystkich wszystko.
– A kto to ci się do domu wprowadził? – zapytała tonem, który miał udawać żart.
– Mój bratanek. Mówiłam przecież, że ma się zająć domem, kiedy mnie nie będzie – odparłam spokojnie, ale już czułam, że coś jest nie tak.
– No niby tak, ale… on tam sam? Bo wiesz, coś się dzieje. Młodzież przychodzi, dziewczyna jakaś była, w krótkich spodenkach, papierosa trzymała tak, jakby całe życie paliła…
– Basia, daj spokój. Arek jest dorosły, może mieć gościa, to nie więzienie.
– Ja tylko mówię, co widziałam. Ludzie gadają – rzuciła jeszcze i się rozłączyła.
„Ludzie gadają”… Aż się zagotowałam. Nie minęły trzy dni, a już plotki się sypały. Zadzwoniłam do Arka.
– Wszystko okej?
– Tak. Czemu pytasz?
– A bo wiesz… sąsiedzi trochę się interesują. Nie przejmuj się, ale wiesz, oni mają swoje zdanie o wszystkim.
Jeszcze nie wiedziałam, że to dopiero początek tej mało zabawnej historii.
Plotki roznoszą się szybciej niż wiatr
Kiedy w środę rano zadzwoniła do mnie pani Renata z końca ulicy, byłam pewna, że coś się stało. Rzadko dzwoniła, a jeśli już, to tylko w naprawdę ważnych sprawach. Odebrałam z sercem na ramieniu.
– Przepraszam, że zawracam głowę, ale może warto, żeby pani wiedziała… Ten młody człowiek, co u pani teraz mieszka… on chyba prowadzi jakąś działalność. Ruch tam jak na dworcu. I nie chciał mi otworzyć furtki, kiedy chciałam mu zostawić jajka od kurek.
– Pani Renato… On nie organizuje przecież jarmarku. Może ktoś przyszedł w odwiedziny.
– Ja nie osądzam. Ale niektórym się to nie podoba. Pan Zbyszek z numeru 8 zagroził, że zadzwoni po straż miejską, bo mu ktoś rzekomo auto zarysował.
Zamurowało mnie. Co jeszcze wymyślą?
– Dziękuję za informację – powiedziałam z trudem i się rozłączyłam.
Po chwili znów zadzwoniłam do Arka.
– Czy możesz mi powiedzieć, co tam się dzieje?
– Ciociu, przysięgam, nic złego. Ludzie tu mają za dużo wolnego czasu.
Nie wiedziałam jeszcze, że sąsiedzi mają też coś znacznie groźniejszego – uprzedzenia.
Przypięli mu łatkę
W piątek zadzwonił Arek. Słychać było w jego głosie nerwy.
– Ciociu, mogę zapytać, o co chodzi tym ludziom? Bo dziś wyszedłem z koszem i pani Ewelina mnie obrzuciła takim wzrokiem. A chwilę później ten brodaty spod numeru 6 powiedział mi, że „tacy jak ja to powinni siedzieć tam, skąd przyszli”.
Zamarłam.
– Co takiego?
– No właśnie. I to nie był żart. Potem jeszcze rzucił, że „dom porządnej kobiety nie powinien być schroniskiem dla lumpów”.
– Arek, przepraszam cię. To niedopuszczalne.
Wiedziałam, że muszę zareagować. Zadzwoniłam do pani Eweliny. Odebrała z lodowatym tonem.
– Słucham?
– Chciałam zapytać, co się dzieje. Mój bratanek pomaga mi z domem, a wy robicie z niego przestępcę.
– My tylko mówimy, co widzimy. On nie wygląda na porządnego chłopaka. Z kolczykiem w uchu i bluzą z czaszką. Co to za moda?
– A może po prostu widzi pani to, co chce zobaczyć?
Rozłączyłam się i poczułam bezsilność. Jak łatwo ludziom przypiąć komuś łatkę. Tylko dlatego, że ktoś wygląda inaczej.
Nie wszystko jest takie, jak się wydaje
W sobotę wieczorem, dzień przed moim powrotem, dostałam od Arka zdjęcie. Stał z dwiema dziewczynkami przed furtką. Jedna z nich trzymała w ręku książkę, druga uśmiechała się szeroko.
– To córki sąsiadki z naprzeciwka. Codziennie przychodziły, bo im opowiadałem bajki i pomogłem z plastyką – napisał.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. W tej samej chwili dostałam wiadomość od pani Renaty: „Pani bratankowi trzeba podziękować. Ma dar do dzieci. Moja wnuczka mówi, że nikt tak fajnie nie tłumaczył jej rysunku przestrzennego”. Zatkało mnie. Wieczorem Arek zadzwonił.
– Wiesz, na początku to było nie do zniesienia. Patrzyli na mnie jak na intruza. Ale potem chyba się oswoili. Trochę pomogłem dzieciom z lekcjami. Z panem Zbyszkiem gadałem o starych samochodach. I jakoś tak... przestali warczeć.
Uśmiechnęłam się do telefonu.
– Dziękuję, że to wytrzymałeś.
– Ciociu, ja tu niczego nie wytrzymywałem. Po prostu byłem sobą. Może to sąsiedzi musieli się czegoś nauczyć.
Rano ruszyłam w drogę powrotną z poczuciem, że ta lekcja nie była tylko dla Arka. Dla mnie i dla całej naszej ulicy też.
Coś więcej niż opieka nad domem
Kiedy wróciłam do domu, Arek już czekał. W kuchni pachniało, a na stole leżał świeżo upieczony sernik – jego własnoręczne dzieło. Uściskałam go mocno.
– Wszystko w porządku, nic nie zginęło – zażartował.
– Oprócz kilku złudzeń, że mieszkam w otwartym, tolerancyjnym sąsiedztwie – mruknęłam i od razu pożałowałam. Bo przecież nie wszyscy sąsiedzi okazali się tacy sami.
Wieczorem poszłam wyrzucić śmieci i spotkałam pana Zbyszka. Zatrzymał się przy furtce.
– Pani bratankowi dziękuję. Pomógł mi przy rowerze wnuka. Chłopak zna się na rzeczy.
Chwilę później pani Renata przyniosła słoik dżemu dla „tego miłego chłopca od cioci”. Pani Ewelina? Milczała, ale zauważyłam, że gdy Arek odjeżdżał, stała w oknie. Patrzyła.
Długo myślałam o tym, co się wydarzyło. Jedna obecność, jeden tydzień wystarczył, by wyciągnąć z ludzi to, co w nich najgorsze... i to, co najlepsze. Czasem wystarczy tylko chwila, żeby pokazać, że pozory to nie wszystko. A Arek? Pokazał więcej dojrzałości, niż niektórzy moi sąsiedzi przez całe życie.
Teresa, 56 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na naukę jazdy na nartach nie jest za późno nawet na emeryturze. Najważniejsze to mieć kogoś, kto poda pomocną dłoń”
- „W Dzień Babci czuję tylko gorycz. Dla babci byłam pomyłką, przez którą mama zmarnowała sobie życie”
- „Pojechałam na ferie sama, by wypocząć. Przypadkowe spotkanie zimą rozgrzało mnie bardziej niż niejeden letni romans”