Reklama

Byłam pewna, że jestem głosem rozsądku w tym związku. Że jestem tą siłą napędową, która trzyma nas przy powierzchni, podczas gdy on był kotwicą ciągnącą nas w dół. Kiedy zamykałam za sobą drzwi naszego wynajmowanego mieszkania, czułam triumf zmieszany z litością. Byłam przekonana, że za pół roku Kamil wróci do matki albo utonie w długach i brudnych naczyniach. Rzeczywistość jednak postanowiła zadrwić z mojego perfekcjonizmu w najbardziej okrutny sposób.

Czara goryczy się przelała

Pamiętam ten dzień, jakby to było wczoraj. Wróciłam z pracy po dziesięciu godzinach walki z klientami, którzy myśleli, że świat kręci się wokół ich tabelek. Byłam wykończona, marzyłam tylko o kieliszku wina i czystej kanapie. Kiedy weszłam do mieszkania, potknęłam się o karton po pizzy. Nie był dzisiejszy. Był z przedwczoraj. Obok leżał pad do konsoli, a na stole w salonie królowała bateria pustych puszek po napojach energetycznych. Kamil siedział na środku tego bałaganu, w dresie, który pamiętał lepsze czasy, i ze słuchawkami na uszach. Nawet nie zauważył, że weszłam.

– Czy ty zamierzasz cokolwiek zrobić ze swoim życiem? – krzyknęłam, zrywając mu słuchawki z głowy.

Spojrzał na mnie tymi swoimi łagodnymi, brązowymi oczami, które kiedyś mnie urzekły, a teraz doprowadzały do szału. Był taki spokojny. Zbyt spokojny jak na kogoś, kto ma trzydziestkę na karku i zerowe perspektywy na awans.

– Cześć, kochanie. Jak minął dzień? – zapytał, ignorując moją furię.

– Jak minął? Kamil, spójrz na to mieszkanie! Spójrz na siebie! – machałam rękami, wskazując na chaos wokół. – Od dwóch lat obiecujesz, że skończysz ten kurs programowania, że poszukasz lepszej pracy niż dorywcze zlecenia graficzne za grosze. A co robisz? Grasz. Jesz śmieciowe jedzenie. I czekasz, aż ja wszystko posprzątam i zapłacę rachunki.

To nie do końca była prawda. Kamil dorzucał się do czynszu, ale jego nieregularne dochody sprawiały, że nigdy nie czułam się bezpiecznie. Byłam menedżerką w dużej korporacji, miałam plan na pięć lat do przodu. On miał plan na przetrwanie do kolejnego poziomu w grze.

– Przecież wiesz, że pracuję nad czymś swoim – mruknął, sięgając po kawałek zimnej pizzy.

To przelało czarę goryczy. Słyszałam to tysiąc razy. Jego projekty, rysunki, te dziwne aplikacje, które nikogo nie obchodziły. Dla mnie to była definicja braku ambicji. Fleja życiowa, która liczy na cud.

– Mam dość – powiedziałam cicho, ale stanowczo. – Wyprowadzam się. Nie będę matkować dorosłemu facetowi. Chcę kogoś, kto ma cel w życiu, a nie tylko high score w grze wideo.

Wtedy myślałam, że robię mu przysługę. Że ten wstrząs go obudzi. A jeśli nie – to przynajmniej ja uwolnię się od tego ciężaru.

Brakowało mi śmiechu i luzu

Dwa miesiące później byłam już w nowym, sterylnym apartamencie na Wilanowie. I nie byłam sama. Poznałam Pawła na konferencji branżowej. Był moim lustrzanym odbiciem, tylko w męskim wydaniu. Zawsze w wyprasowanej koszuli, pachnący drogimi perfumami, z jasno sprecyzowaną ścieżką kariery. Nasz związek był jak dobrze naoliwiona maszyna. Sobotnie poranki spędzaliśmy na bieganiu (dla zdrowia), potem szybkie, zbilansowane śniadanie i planowanie tygodnia. Żadnych brudnych skarpet. Żadnych okruchów w łóżku. Paweł miał obsesję na punkcie porządku równą mojej.

– Malwina, czy mogłabyś odkładać pastę do zębów dokładnie w to samo miejsce? – zapytał pewnego wieczora, gdy oglądaliśmy wiadomości gospodarcze.

– Jasne, przepraszam – odpowiedziałam automatycznie, poprawiając tubkę.

Powinnam być szczęśliwa. Miałam to, czego chciałam. Stabilizację, ambicję, czystość. Ale wieczorami, gdy Paweł zasypiał punktualnie o 23:00, żeby być wypoczętym przed spotkaniem z zarządem, ja leżałam w ciemności i gapiłam się w sufit. Brakowało mi śmiechu. Z Kamilem, mimo całego tego syfu, dużo się śmialiśmy. Potrafił mnie rozbawić do łez głupim żartem, kiedy wracałam wściekła z pracy. Z Pawłem rozmowy dotyczyły stóp procentowych, leasingu samochodu i planów wakacyjnych, które musieliśmy rezerwować z półrocznym wyprzedzeniem.

Wmawiałam sobie, że to po prostu dorosłość. Że tak wygląda dojrzałe życie, a to, co miałam z Kamilem, to była przedłużona studencka impreza, z której na szczęście uciekłam. Byłam przekonana, że Kamil pewnie przymiera głodem albo wrócił do rodziców na wieś. Nie miałam z nim kontaktu, zablokowałam go w mediach społecznościowych, żeby nie rozdrapywać ran. Tak naprawdę bałam się zobaczyć, jak bardzo się stoczył. Nie chciałam mieć wyrzutów sumienia.

Szczęka opadła mi na podłogę

Minął rok. Paweł dostał awans i zaproponował, żebyśmy kupili wspólne mieszkanie. To był ten moment – ostateczne przypieczętowanie mojego idealnego życia. Zgodziłam się, choć bez entuzjazmu, którego bym się po sobie spodziewała. W ramach szukania inspiracji do urządzenia nowego lokum, moja przyjaciółka, Anka, wyciągnęła mnie na wernisaż do nowo otwartej, hipsterskiej galerii w centrum.

– Musisz to zobaczyć, Malwina. Ten gość robi niesamowite rzeczy, łączy sztukę cyfrową z jakimiś instalacjami świetlnymi. Cała Warszawa o tym mówi – ekscytowała się Anka.

Nie miałam ochoty iść, ale Paweł miał delegację, a ja nie chciałam siedzieć sama w naszym idealnie czystym mieszkaniu. Weszłyśmy do środka. Tłum ludzi. Szampan, drogie przekąski, błysk aparatów. Wszyscy wyglądali na takich, co wiedzą, co jest modne, zanim stanie się modne. Na ścianach wisiały wielkoformatowe grafiki – chaotyczne, kolorowe, pełne energii. Coś w nich było dziwnie znajomego.

– Chodź, przedstawią artystę – pociągnęła mnie Anka.

Podeszłyśmy do małego podestu. I wtedy go zobaczyłam. Stał tam. Wciąż w trampkach, choć te wyglądały na limitowaną edycję za tysiące złotych. Miał na sobie luźną marynarkę narzuconą na t-shirt z nadrukiem z gry retro. Włosy wciąż w lekkim nieładzie, ale teraz wyglądało to na artystyczną stylizację, a nie efekt braku grzebienia. To był Kamil. Mój Kamil. Ta fleja bez ambicji. Ściskał dłoń jakiegoś ważnego krytyka sztuki, śmiejąc się swobodnie. Wyglądał na… promiennego. Nie był zapuszczony, nie był smutny. Wyglądał jak człowiek, który wygrał życie.

– To niemożliwe – szepnęłam.

W tym momencie nasze spojrzenia się spotkały. Jego uśmiech na ułamek sekundy zgasł, ale zaraz wrócił, szerszy i bardziej pewny siebie. Przeprosił rozmówców i ruszył w moją stronę. Serce waliło mi jak młotem. Czekałam na satysfakcję w jego oczach, na to, że powie z satysfakcją, jak bardzo się pomyliłam.

– Cześć, Malwina – powiedział ciepło. – Kopę lat.

– Cześć… – wydukałam. – To wszystko… to twoje?

Rozejrzał się po sali, jakby sam w to nie wierzył.

– Tak jakoś wyszło. Pamiętasz te głupie rysunki, nad którymi siedziałem po nocach? Okazało się, że pewna duża firma z USA szukała dokładnie takiego stylu do swojej nowej kampanii w metawersum. Jeden kontrakt pociągnął drugi. Teraz mam własne studio.

Zamurowało mnie. Kampania w metawersum? Własne studio?

– Ale… jak ty to ogarniasz? – wyrwało mi się zanim zdążyłam ugryźć się w język. – Papiery, terminy, porządek?

Kamil zaśmiał się głośno. Ten sam, zaraźliwy śmiech.

– Nie ogarniam! – wyznał z rozbrajającą szczerością. – Zatrudniłem asystentkę i menedżera. Oni pilnują terminów i faktur. A w domu? Mam panią do sprzątania, która przychodzi co dwa dni. Okazało się, że kiedy nie muszę się martwić o zmywanie naczyń i słuchanie kazań o tym, jaki jestem beznadziejny, moja kreatywność eksploduje. To był cios prosto w serce.

Prawda bolała bardziej niż zdrada

Staliśmy tak chwilę, a ja czułam, jak mój światopogląd kruszy się kawałek po kawałku. Przez lata wierzyłam, że jedyną drogą do sukcesu jest zaciskanie zębów, dyscyplina i pedantyzm. Że bałagan w pokoju oznacza bałagan w głowie i w życiu. Tymczasem Kamil udowodnił, że można inaczej. Że jego niby lenistwo było po prostu innym trybem funkcjonowania, którego ja nie potrafiłam – i nie chciałam – zrozumieć.

Wyglądasz na szczęśliwą – powiedział, patrząc na moją elegancką sukienkę i idealnie ułożone włosy. – Znalazłaś tego księcia z bajki, o którym marzyłaś? Tego z planem na pięciolatkę?

Nie było w tym złośliwości. Tylko chyba ciekawość.

– Tak… Jestem z kimś – odpowiedziałam, ale słowa uwięzły mi w gardle. Nagle obraz Pawła, prasującego skarpetki w kant, wydał mi się absurdalny i przygnębiający.

– To dobrze. Naprawdę. – Kamil uśmiechnął się, a potem dodał coś, co zostanie ze mną na zawsze. – Wiesz, byłem na ciebie wściekły, jak odeszłaś. Ale teraz jestem ci wdzięczny. Gdybyś wtedy została i dalej sprzątała po mnie te nieszczęsne pudełka po pizzy, pewnie nigdy nie ruszyłbym tyłka, żeby znaleźć kogoś, kto zrobi to za mnie profesjonalnie, żebym ja mógł robić to, w czym jestem dobry. Twoje odejście dało mi kopa, więc dzięki.

Ktoś go zawołał. Mrugnął do mnie i wrócił do swojego świata – świata kolorów, chaosu i sukcesu, który sama odrzuciłam, bo nie pasował do moich tabelek.

Złota klatka własnych oczekiwań

Wróciłam do domu przed północą. Mieszkanie lśniło czystością. Na blacie w kuchni leżała karteczka od Pawła (wrócił wcześniej): „Kochanie, kupiłem te pojemniki na makaron, o których rozmawialiśmy. Są w drugiej szufladzie. Dobranoc”. Usiadłam na zimnej, designerskiej podłodze i rozpłakałam się. Nie dlatego, że chciałam wrócić do Kamila – wiedziałam, że to niemożliwe. Płakałam, bo zrozumiałam, jak bardzo byłam ograniczona. Skreśliłam człowieka, bo nie pasował do mojego szablonu. Uznałam go za bezwartościowego, podczas gdy on był po prostu nieoszlifowanym diamentem, który potrzebował innej oprawy niż ta, którą ja mogłam mu dać.

Myślałam, że odeszłam od nieudacznika, który skończy na dnie. A on żył teraz jak pączek w maśle, robiąc to, co kocha, bez udawania kogoś, kim nie jest. To ja skończyłam w pułapce. W złotej klatce pełnej idealnie poukładanych pojemników na makaron, w której powoli brakowało mi powietrza. Wyciągnęłam telefon i weszłam na profil Kamila, który właśnie odblokowałam. Ostatnie zdjęcie: on na tarasie jakiegoś loftu, z padem w ręku i wielką pizzą na stole. Podpis: „Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że musicie dorosnąć, żeby wygrać”.

Spojrzałam na sterylną kuchnię. Po raz pierwszy w życiu miałam ochotę rzucić czymś o ścianę i nie posprzątać. Ale nie zrobiłam tego. Wstałam, wytarłam oczy i poszłam do łóżka, kładąc się obok mężczyzny, który kochał porządek bardziej niż życie. Czasami najtrudniejszą lekcją nie jest to, że ktoś inny odniósł sukces. Ale to, że my sami zrezygnowaliśmy z szansy na bycie częścią tego sukcesu, bo byliśmy zbyt zajęci ocenianiem pozorów. Kamil był bałaganiarzem, to fakt, ale ja byłam emocjonalnie ślepa. I chyba to drugie jest znacznie gorszą wadą.

Malwina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama