Reklama

Zawsze byłam tą „elastyczną” babcią. Taką, która „zawsze może”, „zawsze pomoże” i „na pewno nie odmówi”. Przez lata przyzwyczaiłam rodzinę do tego, że w razie potrzeby po prostu jestem – choćbym miała właśnie leżeć z termometrem pod pachą albo mieć swoje plany. Tym razem też uznałam, że tak trzeba. Że skoro młodzi chcą pojechać na sylwestra w góry, to ja się zaopiekuję wnusią. W końcu trzy dni to nie wieczność. Lubię spędzać czas z wnuczką. Świetnie się dogadujemy, mamy swoje rytuały, nawet własne powiedzonka. Tyle że w tym roku coś we mnie pomału zaczęło pękać.

To, co miało być spokojnym, miłym sylwestrem, zamieniło się w mały poligon, a kiedy syn z synową wrócili, nie usłyszałam nawet zwykłego „dziękujemy, mamo, że nas wyręczyłaś”. Za to miałam okazję posłuchać uwag. Również o tym, że „dziecko nie je rzeczy z mikrofalówki”, że „znowu wszystko za bardzo rozpieszczam”, a na deser – że „za mało wychowawczo podeszłam do kwestii tabletu”. No przecież jakbym miała w kieszeni podręcznik pedagogiki!

Zgodziłam się

– No mamo, to jak? Dasz radę z Zosią przez te trzy dni? – zapytała synowa.

Stałam w progu kuchni, przecierając ścierką blat. Nie od razu odpowiedziałam. Zerknęłam na wnuczkę, która siedziała na podłodze i budowała wieżę z klocków. Trzy dni. Co to niby są trzy dni? Całe dzieciństwo swoich dzieci sama ogarniałam.

Dam radę – powiedziałam w końcu, z lekkim westchnieniem.

– Super! – ucieszyła się, jakby właśnie wygrała los na loterii. – Bo my z Tomkiem już zarezerwowaliśmy pobyt. Sylwester z kuligiem, sauną i śniadaniami w formie bufetu. Bajka!

No jasne. Bufet. Ja sobie zjem parówkę z patelni i też będzie bajka.

– A Zosia to wiadomo, je tylko bezglutenowe. W lodówce masz gotowe naleśniki i te ciasteczka z chia. I nie dawaj jej nic z mikrofalówki.

Pokiwałam głową. Już miałam w głowie listę: żadnych bajek powyżej dziesięciu minut, tablet tylko do edukacyjnych aplikacji, zero cukru, woda filtrowana. Wnuczka ma pięć lat, a dietę bardziej skomplikowaną niż niejeden piłkarz.

– Zosia, chodź się pożegnać z mamą i tatą – zawołałam.

Mała podeszła, przytuliła rodziców, a potem spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami.

– Babciu, a ty masz TikToka?

– Mam TikToka w kręgosłupie, dziecko – mruknęłam pod nosem.

Zaczęło się.

Skłamałam bez wyrzutów sumienia

Pierwsza noc minęła zaskakująco spokojnie. Zosia zasnęła po bajce i rytualnym smarowaniu stóp kremem z lawendą. Spała jak aniołek, a ja nawet obejrzałam pół filmu bez przerywania co pięć minut. Prawdziwe wyzwanie zaczęło się rano.

– Babciu, a gdzie jest moje mleko owsiane z cynamonem?

– W lodówce chyba nie mam mleka z cynamonem, skarbie. Mogę ci zrobić kakao albo kakao z... odrobiną mleka zwykłego?

– Ale mama mówiła, że zwykłe jest dla cielaczków – oburzyła się Zosia i skrzyżowała ręce.

No cudownie. Westchnęłam i wyciągnęłam telefon.

– A może zjesz owsiankę z jabłkiem?

– Ale bez pestek! Mama mówiła, że pestki są trujące. I bez skórki, bo się nie trawi. I jabłko musi być różowe.

Różowe jabłko. W styczniu. W końcu zrobiłam naleśniki. Zwykłe, z białej mąki, z dżemem truskawkowym. Zosia wciągnęła cztery, a po ostatnim oblizała palce.

– To były te z lodówki, co mama zrobiła? – zapytała.

– Oczywiście – skłamałam bez cienia wyrzutów sumienia.

To mama ma talent! – uśmiechnęła się szeroko.

– Ma, ma... i ty też jesteś bardzo mądra dziewczynka.

Resztę dnia spędziłyśmy na zabawie w sklep. Byłam klientką, ona ekspedientką. Wyceniła papier toaletowy na 150 zł, więc zapytałam, czy to promocyjna inflacja. Zaśmiała się, jakby rozumiała. O 18:00 padłam na kanapie jak nieprzytomna. A przecież to był dopiero pierwszy dzień.

Zamarzłam na kość

Drugi dzień był dniem testów. Testów mojej cierpliwości, siły nóg i ograniczeń w zakresie kreatywnego gotowania.

– Babciu, a możemy iść na plac zabaw?

– Kochanie, jest minus osiem na zewnątrz. Możemy iść na balkon i potrzymać się za uszy, żeby nam nie odpadły.

Mama mówi, że zimno hartuje.

– Mama mówi różne rzeczy.

Zosia zachichotała i zaczęła się ubierać. Wkładała rękawiczki odwrotnie, kurtkę miała na lewą stronę, a czapkę naciągnęła tak, że widziałam tylko jej nos.

Babciu, jestem gotowa!

– Wyglądasz jak ninja-pingwin, ale niech będzie – uśmiechnęłam się mimo zmęczenia.

Na placu zabaw nie było nikogo oprócz jednego taty z bliźniaczkami. Po pięciu minutach na ślizgawce miałam wrażenie, że moje palce u nóg przestały istnieć. Po dziesięciu byłam pewna, że nie mam też kolan. Zosia biegała, a ja odliczałam minuty do powrotu.

– Jeszcze pięć minut – rzuciłam.

– Mama mówi, że nie wolno nagle przerywać zabawy, bo to stresuje dzieci.

– A stres u babci? Kto to mierzy?

Gdy wreszcie wróciłyśmy, zamarznięta na kość, mała oznajmiła:

– Babciu, mama zawsze po powrocie z placu zabaw robi mi ciepłą kąpiel z pianką i masaż stópek.

Wieczorem dostałam SMS od synowej:

„Wszystko w porządku? Nie dajesz znaku życia”.

Odpisałam:

„Jeszcze żyję. Zosia też. Więcej szczegółów po reanimacji”.

Uśmiechnęłam się słodko

Trzeciego dnia obudziła mnie cisza. Zaniepokojona, wstałam. Zosi nie było w pokoju. Weszłam do kuchni i zobaczyłam ją siedzącą na taborecie, z paczką dmuchanego ryżu w ręce.

– Babciu, robię ci śniadanie! Ryż z kakao!

– Ojej... Dziękuję, kochanie.

Po piętnastu minutach siedziałyśmy przy stole, jedząc ryż – nieco twardawy, ale za to z ogromną ilością kakao.

– Babciu, a możemy dzisiaj ponagrywać filmiki?

– Zosiu, już zrobiłyśmy jeden. Występowałam jako lew przebrany za wróżkę, pamiętasz?

– Tak, ale teraz chciałam cię przebrać za lodówkę.

– Za co?!

– No bo mama mówi, że babcia wszystko pamięta, wszystko wie i wszystko w sobie trzyma. To jak lodówka, nie?

Nie odpowiedziałam. Wzięłam głęboki oddech, a potem się zaśmiałam. Trzeba przyznać, że młoda miała celne spostrzeżenia. Po południu wrócili jej rodzice. Weszli roześmiani, z torbami pełnymi prezentów.

– No i jak było? – zapytała synowa, całując Zosię w czoło.

– Super! Babcia pozwoliła mi robić ryż z kakao, nagrywać filmik i jeść naleśniki z dżemem!

– Zwykłe naleśniki? – spytała, nagle marszcząc brwi. – Bezglutenowe się skończyły?

– No... tak. Poza tym wszystko według zasad – rzuciłam od niechcenia.

– Tylko następnym razem, mamo, postaraj się trzymać tych dietetycznych ustaleń, dobrze?

Uśmiechnęłam się słodko.

– Następnym razem... O, już się nie mogę doczekać.

Powiedziałam jej do słuchu

Następnego dnia rano wciąż słyszałam w głowie słowa synowej. Jakbym to ja taplała się w jacuzzi, a nie ogarniała pięciolatkę z wymaganiami jak prezes korporacji. Telefon zadzwonił po dziesiątej. Na ekranie: „synowa”.

– Cześć, mamo. Zosia mówiła, że świetnie się bawiłyście. Chciałam jeszcze raz podziękować, chociaż… – zawiesiła głos – dobrze wiesz, że nie wszystko było tak, jak ustaliliśmy.

– Tak, wiem. Zjadła naleśnika. Prawdziwego. Z glutenem. I żyje. Ma się dobrze.

– Mamo, tu chodzi o zasady. Długo pracowałam nad tym, żeby Zosia jadła zdrowo. Ty ją trochę rozpuściłaś.

– Wiesz co? Jak będziesz chciała, żebym była nianią – to zapłać. Jak babcią – to pozwól mi być babcią. A jeśli chcesz mieć dietetyczkę, terapeutkę i animatora w jednym – to poszukaj gdzie indziej. Mmam 62 lata i jedno życie. I zgadnij co? Za rok w sylwestra mnie nie będzie.

Mamo, nie przesadzaj…

– Nie. Za rok wyjeżdżam. Może do spa, może w góry. Może zamknę się w domku z winem i książką. I nie będę gotować ryżu o szóstej rano i tłumaczyć się z każdego grama mąki.

Po drugiej stronie zapadła cisza.

– No dobrze. To może... pogadamy jeszcze. W końcu mamy czas.

– Mamy. I ja zamierzam go lepiej wykorzystać.

Rozłączyłam się i uśmiechnęłam do siebie. Zosia była cudowna, ale mnie też ktoś musi czasem przytulić. Nawet jeśli to tylko koc i serial.

Miałam plan

Minęły dwa tygodnie. Zosia dzwoniła codziennie – pokazywała mi swoje rysunki, opowiadała, że jej nową ulubioną potrawą są... naleśniki z dżemem. Za to synowa przestała się do mnie odzywać. I dobrze. Ja miałam spokój, a ona czas, by przemyśleć, że może jednak babcia to nie robot z instrukcją obsługi. Któregoś dnia zadzwonił mój syn.

– Mamo, co ty tak naprawdę powiedziałaś mojej żonie? Bo chodzi nadąsana jak po burzy.

– Prawdę. Że za rok sylwestra spędzam z dala od was. I od mikrofalówki też.

– Aha… – mruknął. – Szczerze? To chyba dobrze jej zrobi. Tobie też.

– No widzisz. Mamy progres w rodzinie.

Zarezerwowałam sobie chatkę w Bieszczadach. Długo się zastanawiałam, czy nie zabrać przyjaciółki, ale uznałam, że tym razem naprawdę chcę odpocząć. Nie gadać, nie tłumaczyć się, nie uśmiechać, kiedy mi nie do śmiechu. Gdy Zosia usłyszała o moich planach, zapytała z błyskiem w oku:

– A mogę jechać z tobą?

– Kochanie, to będzie babciowy wyjazd regeneracyjny. Tylko dla dorosłych, którzy nie jedzą naleśników z chia.

– Aha. To jak wrócisz, nagramy nowy filmik?

– Nawet dwa – obiecałam.

Bo ja nie jestem z tych babć, które tylko narzekają. Tylko z tych, które czasem muszą po prostu powiedzieć: „dość”.

Krystyna, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama