Reklama

Zawsze uważałem się za faceta, który słucha. Nie przerywa, nie narzuca się, nie zgaduje za drugą osobę. Przed walentynkami zapytałem Ninę wprost, czego chce, i usłyszałem odpowiedź, którą uznałem za jasną. Byłem nawet trochę dumny z tego, że nie dałem się wciągnąć w rytuały, które wydawały mi się puste. A jednak gdzieś z tyłu głowy miałem déjà vu — to samo napięcie, które wracało po innych, niby drobnych sytuacjach.

Najpierw ulga, potem dyskomfort

Zapytałem ją kilka dni wcześniej, zupełnie zwyczajnie. Siedzieliśmy w kuchni, ona opierała się biodrem o blat, ja nalewałem wodę do czajnika. Lubiłem takie momenty — bez napięcia, bez wielkich deklaracji.

– Nina, powiedz mi tylko jedno – zacząłem, nawet na nią nie patrząc. – Co chcesz na walentynki?

Uniósł się lekki uśmiech, taki bardziej kącikiem ust niż naprawdę. Wzruszyła ramionami.

– Nic – odpowiedziała po chwili.

Spojrzałem na nią uważniej. Nie była rozkojarzona, nie brzmiała jakby coś ukrywała. Raczej spokojna, może trochę zdystansowana, ale Nina często taka byłą. Czekałem jeszcze sekundę, dwie, dając jej przestrzeń na doprecyzowanie. Milczała.

– Na pewno? – dopytałem, bo zawsze wolałem mieć jasność.

– Naprawdę. Niczego nie potrzebuję – dodała, sięgając po kubek.

W głowie odhaczyłem temat. Pomyślałem, że właśnie tak powinno to wyglądać w dorosłym związku. Po co zresztą tracić kasę na ten beznadziejny chiński badziew? Bez domysłów, bez obrażania się za niespełnione oczekiwania, których nikt nie wypowiedział. Czułem nawet ulgę. Nie musiałem zgadywać, czy trafię z prezentem, ani zastanawiać się, czy gest będzie wystarczający.

A jednak coś było nie tak. Zauważyłem, że nie spojrzała mi wtedy w oczy. Że jej odpowiedź przyszła odrobinę za szybko. Jakby była przygotowana. Przez moment przyszła mi do głowy myśl, że może to jeden z tych testów, o których czasem czytałem albo słyszałem od znajomych, ale zaraz ją odrzuciłem. Nie chciałem wchodzić w takie schematy. Przecież wielokrotnie powtarzałem Ninie, że nie umiem czytać aluzji. Że wolę prostotę. Skoro była ze mną, musiała to akceptować.

– Dobra – powiedziałem w końcu. – To mamy z głowy.

Uśmiechnęła się wtedy, ale ten uśmiech nie został ze mną na długo. Już wtedy, choć nie chciałem tego przyznać, poczułem lekki dyskomfort. Jakbyśmy właśnie podpisali umowę, której każde z nas rozumiało warunki inaczej.

Żadnej kartki, żadnego symbolu

W dniu walentynek obudziłem się bez tego charakterystycznego napięcia, które podobno towarzyszy takim okazjom. Zrobiłem swoje poranne rzeczy, wyszedłem do pracy, nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że coś pomijam. Skoro ustaliliśmy, że „nic”, to „nic” było planem prostym i uczciwym. Kiedy wróciłem do mieszkania, Nina była już w domu. Siedziała na kanapie z podkurczonymi nogami, telefon leżał obok niej, ekran wygaszony. Spojrzała na mnie krótko i to już był znak. Pocałowałem ją w policzek, jak zawsze, ale nie odpowiedziała ruchem. Zastygła.

– Hej – rzuciłem lekko. – Jak dzień?

– Normalnie – odpowiedziała.

To słowo zawisło między nami. Normalnie u niej często oznaczało coś więcej, ale nie chciałem się tego domyślać. Zdjąłem kurtkę, buty, poszedłem do kuchni. Zauważyłem, że przygotowała kolację. Nie było świec ani niczego, co można by uznać za szczególne, ale pomyślałem, że to kolejny dowód na to, że oboje traktujemy ten dzień zwyczajnie. Usiedliśmy naprzeciwko siebie. Jedliśmy w ciszy dłuższej niż zwykle. Nina co chwilę odkładała widelec, jakby traciła apetyt. Próbowałem zagadać, opowiedzieć coś z pracy, ale jej odpowiedzi były krótkie, urywane.

– Wszystko okej? – zapytałem w końcu.

– Tak – powiedziała szybko. – A czemu pytasz?

Wzruszyłem ramionami. Przecież nie miałem konkretnego powodu. A jednak czułem narastającą irytację. Zrobiłem dokładnie to, o co zostałem poproszony. Nie zignorowałem jej słów, nie narzuciłem się z gestami, których nie chciała. Dlaczego więc atmosfera była tak ciężka? Po kolacji usiadła znowu na kanapie, tym razem odwrócona lekko w bok.

Między nami pojawiła się fizyczna przestrzeń, której wcześniej nie było. Spojrzałem na stolik — pusty. Żadnej kartki, żadnego symbolu. I nagle zrozumiałem, że ona właśnie na to patrzyła cały wieczór.Wtedy poczułem coś, czego się nie spodziewałem. Nie poczucie winy, ale niesprawiedliwość. Jakby ktoś miał pretensje o reguły gry, które sam zaakceptował. A jednocześnie, pod tą myślą, czaił się niepokój, że znowu uczestniczę w rozmowie, której sens dociera tylko do jednej strony.

Znów poczuła się nieważna

Nie pamiętam dokładnie momentu, w którym cisza pękła. To nie było jedno zdanie ani gwałtowny ruch. Raczej suma drobiazgów typu: jej westchnienie, zbyt głośne odłożenie telefonu, moje nerwowe poprawianie poduszki. W końcu napięcie zrobiło się tak gęste, że nie dało się go już ignorować. Nina wstała z kanapy i zaczęła chodzić po pokoju. Jej kroki były szybkie, niespokojne. Ręce miała splecione, ramiona uniesione, jakby broniła się przed czymś niewidzialnym. Wiedziałem, że zaraz padnie lista. Nie faktów, tylko odczuć. Tego, czego jej zabrakło, co poczuła, co ją zabolało.

Z jej strony pojawił się żal, że nic nie wyszło ode mnie. Że nawet drobny gest byłby sygnałem, że o niej myślałem. Że nie chodziło o sam dzień, tylko o to, że znów poczuła się nieważna. Każde kolejne zdanie było bardziej emocją niż argumentem, a ja łapałem się na tym, że w myślach układam odpowiedzi, zanim jeszcze skończy. W środku broniłem się konsekwentnie.

Przecież zapytałem. Przecież odpowiedziała. Przecież uszanowałem jej słowa. Trzymałem się tego jak poręczy, bo dawało mi poczucie porządku. Jeśli zacznę przyznawać, że powinienem był zrobić coś wbrew temu, co usłyszałem, to cały mój sposób rozumienia relacji zacznie się chwiać.

Im bardziej ona mówiła o uczuciach, tym bardziej ja uciekałem w fakty. Każde jej rozczarowanie odbierałem jak zarzut, choć nie mówiła tego wprost. Widziałem łzy, które zatrzymała w ostatniej chwili, i to tylko pogarszało sprawę. Czułem się oskarżony o brak serca, choć byłem przekonany, że właśnie sercem się kierowałem, dając jej to, o co poprosiła.

W pewnym momencie dotarło do mnie, że nie kłócimy się o walentynki. Ona mówiła o potrzebie bycia zauważoną, ja o potrzebie jasności. Mówiliśmy o miłości, ale każde innym alfabetem. I żadne z nas nie potrafiło zrobić kroku w stronę drugiego, bo oboje byliśmy zajęci obroną własnego sensu.

Nina rzadko mówiła wprost

Tamtej nocy długo nie mogłem zasnąć. Nina położyła się odwrócona do ściany, a ja patrzyłem w sufit, licząc pęknięcia w tynku, jakbym w nich mógł znaleźć odpowiedź. Emocje już opadły, zostało coś gorszego — ciężkie, lepkie myśli, które wracały w kółko. Zacząłem cofać się pamięcią do wcześniejszych sytuacji. Do momentów, kiedy mówiła, że „wszystko jest okej”, a ja czułem, że nie jest. Do dni, w których robiłem dokładnie to, co ustaliliśmy, a ona i tak była zawiedziona. Wtedy zawsze myślałem, że problem leży w braku konsekwencji. Teraz po raz pierwszy dopuściłem myśl, że może chodziło o coś innego.

Zobaczyłem pewien schemat. Nina rzadko mówiła wprost. Jej potrzeby pojawiały się między zdaniami, w tonie głosu, w pauzach. Ja te sygnały widziałem, ale konsekwentnie je ignorowałem. Tłumaczyłem sobie, że nie mogę brać odpowiedzialności za coś, czego nikt nie powiedział na głos. Że to byłoby nieuczciwe wobec mnie. A jednak, im dłużej o tym myślałem, tym trudniej było mi uciec od jednego faktu, że ona czuła się niewysłuchana. Nie dlatego, że nie słuchałem, tylko dlatego, że słuchałem wyłącznie słów. Resztę traktowałem jak zbędny szum.

Nie oznaczało to jednak, że nagle poczułem się winny. W środku wciąż miałem opór. Dlaczego to ja miałem się uczyć czytać między wierszami? Dlaczego jasna komunikacja miała ustępować domysłom? Czułem, że jeśli zrobię ten krok, stracę coś ze swojej tożsamości, z tego, kim byłem w relacji. Leżąc obok niej, zrozumiałem, że oboje ciągniemy linę w swoją stronę. Ona chciała, żebym widział więcej. Ja chciałem, żeby mówiła jaśniej. I żadne z nas nie było gotowe naprawdę odpuścić. Próba zrozumienia nie przyniosła ulgi — tylko świadomość, jak głęboko jesteśmy zakopani w swoich racjach.

Mówiliśmy innymi językami

Rozmowa wróciła do nas kilka dni później, zupełnie nieplanowana. Staliśmy w przedpokoju, zbierając się do wyjścia, ale żadne z nas nie sięgało po kurtkę. Powietrze było napięte, jakbyśmy oboje czuli, że coś wisi między nami od walentynek i nie chce zniknąć. Nina odezwała się pierwsza. Spokojniej niż wtedy, bez wyrzutów, ale właśnie to było najtrudniejsze.

– Wiesz, ja naprawdę nie chciałam prezentu – powiedziała cicho. – Chciałam poczuć, że czasem robisz coś, bo chcesz, a nie dlatego, że zostało ustalone.

Te słowa trafiły we mnie mocniej niż wcześniejsza kłótnia. Bo nagle zrozumiałem, że dla niej moje pytanie było zabezpieczeniem się, a nie troską. Że pytając, zdejmowałem z siebie odpowiedzialność za inicjatywę.

– A ja naprawdę nie wiedziałem – odpowiedziałem po chwili. – Dla mnie „nic” znaczy „nic”. Nie widzę w tym drugiego dna.

Spojrzeliśmy na siebie jak dwoje ludzi, którzy nagle odkryli, że używają tych samych słów do opisywania zupełnie innych rzeczy. Ona mówiła o potrzebie bycia dostrzeżoną bez instrukcji. Ja o potrzebie jasnych zasad, dzięki którym czuję się bezpiecznie. Wtedy padło zdanie, które wszystko zatrzymało.

– Może my się po prostu nie słyszymy – powiedziała Nina.

Nie było w tym oskarżenia. Raczej strach. Uświadomiłem sobie, że to nie jest moment, który przyniesie ulgę. To była diagnoza. Zrozumienie, że problemem nie są walentynki, kolacja ani pusty stolik, tylko to, że każde z nas odbiera miłość inaczej i zakłada, że to oczywiste. Zamiast poczuć bliskość, poczułem lęk. Bo jeśli naprawdę mówimy różnymi językami, to czy da się je pogodzić bez poczucia, że jedno z nas rezygnuje z siebie?

Wciąż jesteśmy razem, ale inaczej

Po tej rozmowie nic się nie skończyło, ale też nic się naprawdę nie naprawiło. Nadal byliśmy razem, planowaliśmy wspólne sprawy, rozmawialiśmy o codzienności, jednak między nami pojawiła się ostrożność. Jakby każde z nas bało się kolejnego nieporozumienia, kolejnego dowodu na to, że coś znów zostanie odebrane inaczej, niż było zamierzone. Zacząłem częściej zastanawiać się, zanim coś powiedziałem albo zrobiłem. Nie po to, by być milszym, tylko by przewidzieć, jak ona to poczuje. Jednocześnie czułem opór. Miałem wrażenie, że uczę się obcego języka, w którym każde słowo ma kilka znaczeń, a pomyłka kosztuje zbyt wiele. Zastanawiałem się, czy to jeszcze kompromis, czy już powolne oddalanie się od samego siebie.

Nina też się zmieniła. Mniej mówiła półsłówkami, ale w jej prostszych komunikatach było więcej napięcia niż wcześniej. Jakby każde zdanie było wysiłkiem, a nie naturalnym odruchem. Widziałem, że próbuje się dostosować i właśnie to budziło we mnie niepokój. Bo jeśli oboje uczymy się mówić inaczej niż czujemy, to gdzie w tym wszystkim jest miejsce na swobodę? Czasem myślę, że miłość nie zawsze polega na tym, żeby się zrozumieć, tylko na tym, żeby zaakceptować, że do końca się nie da. Wciąż jesteśmy razem, ale cień tamtych walentynek wisi nad nami jak przypomnienie, że bliskość nie gwarantuje porozumienia. I że czasem największym problemem nie jest brak gestów, lecz to, że każde z nas wierzy, że mówi wystarczająco jasno.

Michał, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama