Reklama

Od kilku miesięcy byłam w związku, który istniał głównie w mojej głowie. Adrian był obok fizycznie, ale coraz rzadziej naprawdę ze mną. Kiedy próbowałam o tym rozmawiać, słyszałam, że przesadzam. Walentynki zaplanowałam jak ostatnią próbę. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze jest między nami coś do uratowania.

Wmawiałam sobie, że to logiczne

Przez ostatnie miesiące miałam wrażenie, że nasz związek przypomina stół z brakującą nogą. Stał tylko dlatego, że ja go podtrzymywałam. Adrian wracał późno, odpowiadał półsłówkami, a kiedy pytałam o plany, wzruszał ramionami, jakby przyszłość była czymś abstrakcyjnym.

Jesteś jakiś nieobecny – powiedziałam kiedyś, gdy siedzieliśmy naprzeciwko siebie w kuchni.

– Przesadzasz – odparł spokojnie. – Po prostu mam dużo na głowie.

Chwytałam się takich odpowiedzi jak koła ratunkowego. Dużo na głowie. Zmęczony. Taki okres. Wmawiałam sobie, że to logiczne, że każdy ma prawo do gorszych dni. Tylko że te dni ciągnęły się tygodniami.

Monika, przyjaciółka, nie miała dla moich tłumaczeń tyle cierpliwości.

– Karolina, on już tam nie jest – powiedziała pewnego wieczoru, gdy siedziałyśmy na kanapie u mnie.

– Jest. Po prostu… cichy – odpowiedziałam zbyt szybko.

– Związek to nie biblioteka. Cisza rzadko oznacza spokój.

Złościłam się na nią w duchu. Bo łatwo jest oceniać z boku. Ja widziałam w nim tego samego Adriana, który kiedyś śmiał się głośno i planował spontaniczne wyjazdy. Wierzyłam, że wystarczy mu o tym przypomnieć.

Pomysł walentynek przyszedł nagle, jak olśnienie. Skoro codzienność nas przygniata, trzeba ją przerwać. Zrobić coś wyjątkowego. Pokazać mu, że jeszcze warto. To nie był zwykły wieczór w kalendarzu. To był test. I ratunek w jednym.

– W walentynki mam dla ciebie niespodziankę – powiedziałam, starając się brzmieć lekko.

– Okej – odpowiedział. Bez uśmiechu, bez pytania.

Zignorowałam ukłucie w żołądku. Skupiłam się na jednym: jeśli ten związek miał jeszcze oddychać, to ja musiałam mu zrobić sztuczne oddychanie.

Przygotowania pełne nadziei

Przygotowania zaczęłam na długo przed samymi walentynkami, jakbym uważała, że im więcej czasu w to włożę, tym większa będzie szansa, że coś się jeszcze sklei. Każdy detal miał znaczenie. Chciałam odtworzyć nas sprzed lat, zanim wszystko zaczęło się rozmywać.

Wybrałam miejsce, w którym byliśmy na jednej z pierwszych randek. Pamiętałam, jak wtedy Adrian opowiadał historie z takim zaangażowaniem, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. Teraz chciałam, żeby to miejsce przypomniało mu, kim był przy mnie. A może kim byliśmy razem.

W domu rozkładałam drobiazgi, które przez lata zbierały się same: bilety, zdjęcia, krótkie notatki zapisane jego charakterem pisma. Każda z nich była dowodem, że to nie był wymysł mojej wyobraźni. To wszystko wydarzyło się naprawdę.

– Trochę przesadzasz – powiedziała Monika przez telefon, gdy opisywałam jej plan wieczoru.

– To tylko kolacja – skłamałam.

– Karolina, ty chcesz nim potrząsnąć, a nie z nim zjeść.

– Chcę mu przypomnieć – poprawiłam ją cicho.

Adrian o przygotowaniach wiedział niewiele. Gdy wspominałam o godzinie czy miejscu, reagował krótkim „dobrze” albo „zobaczymy”. Za każdym razem coś we mnie drgało, ale natychmiast to uciszałam. Wmawiałam sobie, że niespodzianka ma sens tylko wtedy, gdy on niczego się nie domyśla.

Wieczorami wyobrażałam sobie jego reakcję. Że się zatrzyma, rozejrzy, rozjaśni się tym dawnym uśmiechem. Że powie: „Brakowało mi tego”. Te myśli były jak plaster na pęknięcie, które wciąż próbowało się otworzyć.

Dzień przed walentynkami zapytałam ostrożnie:

Na pewno jutro dasz radę?

– Tak – odpowiedział po chwili. – Będę.

To jedno słowo wystarczyło, żebym znów poczuła przypływ energii. Uznałam je za obietnicę. Zignorowałam fakt, że nie zapytał o nic więcej. Ważne miało być to, co poczuje na miejscu. Tak sobie powtarzałam, pakując resztki nadziei w starannie przygotowany wieczór. Bo jeśli nawet wtedy nic się nie wydarzy, to… nie dopuszczałam tej myśli do końca.

Od początku coś nie grało

Od chwili, gdy go zobaczyłam, wiedziałam, że coś się nie zgadza. Adrian stał przed wejściem, poprawiając rękaw kurtki, jakby chciał mieć zajęte ręce. Uśmiechnął się, ale był to uśmiech spóźniony, jak odpowiedź na pytanie, którego nie dosłyszał.

– Wszystkiego… no, wiesz – powiedział, nachylając się, by mnie przytulić.

Objął mnie krótko, ostrożnie. Zbyt ostrożnie. W środku wszystko wyglądało dokładnie tak, jak zaplanowałam. Światło było ciepłe, dźwięki przytłumione. Usiadłam naprzeciwko niego i przez chwilę patrzyłam, jak rozgląda się po sali. Czekałam na reakcję. Na cokolwiek.

– Fajnie tu – rzucił w końcu.

Fajnie. To słowo odbiło się we mnie pustym echem. Zaczęłam mówić więcej, szybciej, jakbym mogła wypełnić ciszę własnym głosem. Przypominałam mu anegdoty, wspominałam sytuacje, które kiedyś nas śmieszyły. Uśmiechał się grzecznie, czasem kiwał głową. Jakby słuchał opowieści o kimś innym.

– Pamiętasz, jak wtedy zgubiliśmy drogę? – zapytałam z nadzieją.

– Co? A, tak… – odpowiedział po chwili. – Dawno to było.

Dawno... Zauważyłam, że zerka na telefon, że siedzi lekko odchylony, jakby był gotowy wstać w każdej chwili. Moje ciało było napięte, dłonie wilgotne. W środku mówiłam sobie, że przesadzam, że to stres, że on po prostu ma gorszy dzień. Ale coś we mnie zaczęło liczyć sekundy między naszymi spojrzeniami. Zauważyłam, że nie zadaje pytań. Że nie dotyka nawet przypadkiem mojej dłoni leżącej na stole. Każdy gest, który miał nas zbliżyć, trafiał w niewidzialną ścianę.

– Wszystko w porządku? – zapytałam w końcu, zbyt cicho.

– Tak. Po prostu jestem zmęczony – odpowiedział, patrząc gdzieś obok mnie.

To było to samo zdanie, które słyszałam od miesięcy. Tylko że tym razem zabrzmiało jak zamknięte drzwi. Poczułam, że cały ten wieczór to przedstawienie, w którym gramy różne role. Ja jeszcze walczyłam o scenę. On już myślał o wyjściu. I wtedy zrozumiałam, że nie chodzi o miejsce, ani o gesty. Adrian był myślami gdzie indziej. A ja, siedząc naprzeciwko niego, zaczęłam przeczuwać, że ten wieczór zmierza w stronę, na którą nie jestem gotowa.

„Nie chcę udawać”

Nie pamiętam dokładnie, kto pierwszy przestał mówić. Cisza usiadła między nami ciężko, jakby czekała na sygnał. Adrian w końcu westchnął i spojrzał na mnie inaczej niż wcześniej. Bez uciekania wzrokiem. Bez tej grzecznej zasłony.

– Karolina, ja… – zaczął, po czym przerwał. – Nie chcę udawać.

Serce zaczęło mi bić tak głośno, że prawie nie słyszałam reszty.

– Udawać czego? – zapytałam, choć już wiedziałam.

Przesunął dłonie po blacie stołu, jakby porządkował myśli.

– Tego, że wszystko jest w porządku. Nie jest. I chyba od dawna nie było.

Poczułam, jak robi mi się gorąco.

– To dlatego tu jesteśmy? Żebyś mi to powiedział? – głos zadrżał mi w sposób, którego nie potrafiłam opanować.

– Właśnie dlatego – odpowiedział cicho. – Uznałem, że muszę być uczciwy.

Uczciwy. W ten wieczór. Wśród wszystkich moich starań, gestów, wspomnień.

– Uczciwy byłbyś, gdybyś powiedział mi to wcześniej – wyrwało mi się. – Albo wczoraj. Albo tydzień temu. A nie teraz.

Milczał. To milczenie było gorsze niż każde słowo.

Ja już nie czuję tego, co kiedyś – powiedział w końcu. – Próbowałem. Naprawdę.

Patrzyłam na niego, jakby mówił w obcym języku. Przecież ja wciąż próbowałam. Każdego dnia.

– A ja? – zapytałam. – Ja się nie liczę?

– Właśnie dlatego to mówię – odpowiedział. – Nie chcę cię dalej oszukiwać.

Ścisnęłam serwetkę w dłoni, żeby się nie rozpłakać.

– Więc przyszedłeś tu, żebym mogła siedzieć w tych wszystkich dekoracjach i słuchać, że to koniec?

Nie zaprzeczył. To było jak ostateczny cios. Wstał po chwili, niezdarnie, jak ktoś, kto chce już być gdzie indziej.

– Przepraszam – powiedział. – Naprawdę.

Patrzyłam, jak odchodzi, a we mnie pękało coś, co i tak było już kruche. Zrozumiałam, że ten wieczór nie był dla niego ostatnią szansą. Był tylko momentem, w którym postanowił zamknąć drzwi. A ja stałam po drugiej stronie, wciąż trzymając klamkę.

Nie byłam na to gotowa

Zostałam przy stole jeszcze długo po tym, jak zniknął. Patrzyłam na krzesło naprzeciwko, jakby miało mi coś wyjaśnić. Wszystko wokół wyglądało tak samo jak chwilę wcześniej, tylko ja byłam inna. Jakby ktoś nagle zgasił światło w środku. Gdy w końcu wyszłam, powietrze było chłodne i a mnie wszystko obojętne. Szłam powoli, z myślą, że przecież dokładnie tego się bałam. A jednak nie byłam na to gotowa.

W domu zdjęłam płaszcz i zobaczyłam przygotowane drobiazgi, które miały czekać na później. Teraz wyglądały jak rekwizyty po nieudanym przedstawieniu. Usiadłam na podłodze i pozwoliłam sobie na ciszę. Przypominałam sobie wszystkie momenty, które ignorowałam. Jego brak pytań. Odsuwanie się. Te rozmowy, które kończyły się zanim się zaczęły. Walentynki nie były końcem związku. Były chwilą, w której przestałam udawać, że jeszcze go trzymam.

Monika zadzwoniła później. Nie musiałam opowiadać wszystkiego. Wystarczyło kilka zdań, żeby wiedziała. Nie pocieszała mnie na siłę. Powiedziała tylko:

– Teraz już wiesz.

I miała rację. Zostałam sama, ale pierwszy raz od dawna nie walczyłam z rzeczywistością. Dekoracje straciły znaczenie. Została prawda, ciężka i niewygodna, ale moja. I świadomość, że nie da się uratować czegoś, co ktoś inny zdążył już opuścić.

Karolina, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama