„Zrobiłam mały remoncik, bo teściowa zapowiedziała wizytę. Nie sądziłam, że po jej wyjściu będę czuła niesmak”
„Teściowa stanęła w progu. Jej wzrok powoli przesuwał się po ścianach, nowych meblach, dodatkach. Cisza trwała wieki. Piotrek stał za nią. W pewnej chwili puścił do mnie oko, co miało mnie uspokoić, ale tylko potęgowało napięcie”.

- Redakcja
Nigdy nie sądziłam, że kolor ścian może zdefiniować moją wartość jako żony, matki i gospodyni. A jednak, gdy usłyszałam w słuchawce ten charakterystyczny, chłodny ton zapowiadający niezapowiedzianą inspekcję, wpadłam w panikę, która pchnęła mnie do irracjonalnych działań. Chciałam, żeby mój dom krzyczał perfekcją, żeby zamknął usta wszelkiej krytyce. Poświęciłam tydzień życia, oszczędności i spokój ducha, by stworzyć iluzję idealnego gniazdka. Kiedy drzwi zamknęły się za moją teściową, nie czułam ulgi. Czułam się mała, szara i zupełnie przezroczysta, siedząc na kanapie, która nawet nie była wygodna, ale za to świetnie wyglądała.
Miałam plan
Wszystko zaczęło się w duszne, poniedziałkowe popołudnie. Siedziałam w salonie, popijając letnią kawę i przeglądając rachunki, kiedy na ekranie mojego telefonu wyświetliło się zdjęcie teściowej. Kobiety, która potrafiła jednym spojrzeniem sprawić, że czułam się, jakbym znów miała pięć lat i właśnie wylała sok na biały obrus.
– Kochanie – jej głos był słodki jak lukier, pod którym kryje się gorzka pigułka. – Będę w okolicy w przyszły weekend. Pomyślałam, że wpadnę zobaczyć, jak sobie radzicie. Dawno nie widziałam wnuka, a i z Piotrusiem muszę porozmawiać o sprawach spadkowych po ciotce Janinie.
„Wpadnę”. To słowo brzmiało niewinnie, ale w słowniku teściowa oznaczało „przyjadę na inspekcję, sprawdzę stan czystości listew przypodłogowych i ocenię jakość serwowanego obiadu”.
– Oczywiście, mamo – odpowiedziałam, czując, jak żołądek zawiązuje mi się w supeł. – Bardzo się cieszymy.
Gdy tylko się rozłączyłam, rozejrzałam się po naszym salonie. Do tej pory wydawał mi się przytulny. Teraz, patrząc na niego oczami teściowej, widziałam ruinę. Ściany w kolorze ciepłego beżu, które malowaliśmy z Piotrem pięć lat temu, teraz wydawały się brudne i staromodne. Na dywanie dostrzegłam plamę po soku, której nie udało się do końca wywabić, a zasłony... Boże, te zasłony pamiętały jeszcze czasy studenckie. W mojej głowie zaczęła kiełkować myśl. Niebezpieczna i kosztowna. Remont. Nie taki generalny, na to nie było czasu, ale „odświeżenie”. Musiałam zmienić ten salon w coś, co teściowa uznałaby za godne jej syna. Chciałam, żeby weszła i oniemiała.
Wydałam wszystkie oszczędności
Kiedy Piotrek wrócił z pracy, zastał mnie z rozłożonymi na stole wzornikami farb i stosem magazynów wnętrzarskich.
– Kochanie, co się dzieje? – zapytał, luzując krawat. – Masz zamiar przemalować mieszkanie?
– Twoja matka przyjeżdża – rzuciłam, jakby to wyjaśniało wszystko.
I w sumie dla niego też było to wystarczające wytłumaczenie. Wiedział, jak bardzo zależy mi na jej akceptacji, choć sam uważał to za stratę energii.
– Mieszkanie jest czyste. Nie musimy robić rewolucji – próbował protestować, ale w jego głosie brakowało przekonania.
– Ty nie rozumiesz – przerwałam mu, wskazując na modny odcień szarego. – Ostatnim razem zapytała, czy te plamy na ścianie to celowy efekt artystyczny, czy po prostu brud. Nie przeżyję tego drugi raz. Zrobimy to szybko. Pomalujemy ściany na modną szarość, wymienię zasłony, kupię nowe poduszki i dywan. Będzie wyglądać nowocześnie i schludnie.
Mąż westchnął, ale wiedział, że dyskusja jest bezcelowa. Zgodził się pomóc w przesuwaniu mebli. Następnego dnia ruszyła machina. Wydałam oszczędności, które odkładałam na nowy rower. Kupiłam farby z najwyższej półki, wałki, taśmy i folię. Potem pojechałam do sklepu z wyposażeniem wnętrz. Wpadłam w szał zakupów. Nowa lampa stojąca – bo stara miała niemodny abażur. Nowy stolik kawowy – bo stary miał rysę na blacie. Wazon, świeczniki, narzuta. Wszystko musiało być spójne, zimne, eleganckie. Takie, jak lubiła teściowa.
Działałam jak w amoku
Środa i czwartek minęły nam pod znakiem totalnego chaosu. Piotrek klął pod nosem, przesuwając ciężką komodę, a ja biegałam z wałkiem, próbując pokryć stary beż nową, szlachetną szarością. Oczywiście, nic nie szło zgodnie z planem. Farba schła wolniej, niż zapewnia producent, a taśma malarska, zamiast chronić sufit, odrywała się razem ze starym tynkiem. W pewnym momencie, stojąc na drabinie o drugiej w nocy, z farbą we włosach i bólem w plecach, zastanowiłam się, co ja właściwie robię. Dlaczego tak bardzo zależy mi na zdaniu kobiety, która nigdy nie powiedziała mi komplementu bez ukrytej szpili?
– Może zostawmy to tak? – zapytał Piotr, patrząc na niedomalowany róg za szafą. – I tak nikt tam nie zajrzy.
– Ona zajrzy – warknęłam. – Ona ma radar na niedoróbki. Maluj.
To było szaleństwo. Zaniedbałam pracę, jadłam byle co, krzyczałam na dzieci, żeby nie wchodziły do salonu, bo „wszystko zniszczą”. Dom, który miał być azylem, stał się poligonem. Moja siedmioletnia córka, Zosia, przyszła do mnie w czwartek wieczorem z rysunkiem.
– Mamo, zobacz, narysowałam nasz nowy salon! – powiedziała z dumą.
Na kartce widniały szare plamy i my – smutne ludziki stojące pośrodku.
– Bardzo ładnie, kochanie, ale teraz nie mam czasu – zbyłam ją, wycierając plamę farby z paneli.
Zosia odeszła ze spuszczoną głową, a mnie ukłuło w sercu. Jednak cel uświęcał środki. Musiało być idealnie.
Czekałam na ten moment
Nadeszła sobota. Salon lśnił. Ściany miały kolor chłodnego poranka, nowe grafitowe zasłony ciężko opadały na podłogę, a na nowym dywanie nie było ani pyłku. Zniknęły nasze rodzinne zdjęcia w ramkach, które teściowa uważała za „zagracanie przestrzeni”. Zniknęły kolorowe poduszki, które tak lubiła Zosia. Wszystko było sterylne, katalogowe i... obce. Stałam na środku pokoju, ubrana w nową sukienkę i czułam się jak gość we własnym domu. A jednocześnie byłam dumna. Dopięłam swego. Nie było się do czego przyczepić. Dzwonek do drzwi zabrzmiał jak wyrok. Piotrek poszedł otworzyć, a ja wzięłam głęboki oddech, przykleiłam uśmiech do twarzy. Teściowa weszła do przedpokoju, roztaczając wokół siebie woń drogich perfum. Podała mi policzek do pocałowania, nie dotykając mnie nawet ręką.
– Wyglądasz na zmęczoną. Czyżby praca cię przytłaczała? – zapytała na dzień dobry.
– Skądże, mamo. Dużo się działo, ale wszystko pod kontrolą. Zapraszam do środka.
Prowadziłam ją do salonu jak królową do sali tronowej. Serce biło mi jak szalone. Czekałam na ten moment. Na to jedno zdanie: „O, jak tu pięknie”, albo chociaż: „No, w końcu to jakoś wygląda”. Teściowa stanęła w progu. Jej wzrok powoli przesuwał się po ścianach, nowych meblach, dodatkach. Cisza trwała wieki. Piotrek stał za nią. W pewnej chwili puścił do mnie oko, co miało mnie uspokoić, ale tylko potęgowało napięcie.
Krew odpłynęła mi z twarzy
Teściowa podeszła do nowej komody. Przesunęła palcem po blacie, a potem spojrzała na szare ściany.
– Zrobiliście remont – stwierdziła sucho. To nie było pytanie.
– Tak, pomyśleliśmy, że przyda się mała zmiana – odpowiedziałam, starając się, by mój głos brzmiał swobodnie. – Chcieliśmy rozjaśnić wnętrze, nadać mu nowoczesny charakter.
Teściowa usiadła na nowej sofie. Była twarda i designerska, zupełnie inna niż nasza stara, miękka kanapa, w którą można było się zapaść. Teściowa wyprostowała się, poprawiając spódnicę.
– Rozumiem – powiedziała powoli. – Cóż, moda teraz dyktuje takie surowe warunki. Wszędzie ten beton i szarość.
Zamilkła na chwilę, po czym dodała z uśmiechem, który nie obejmował oczu:
– Pamiętam, jak kiedyś mieliście tu tak przytulnie. Te beże, te kolorowe poduszki... To miało taki domowy klimat. Teraz czuję się trochę jak w poczekalni u mojego dentysty. Bardzo sterylnie, ale z pewnością łatwo utrzymać tu czystość, a przy dzieciach to ważne, prawda? Choć trochę brakuje tu... duszy.
Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy. „Poczekalnia u dentysty”. „Brak duszy”.
– Ale mamo... – wtrącił Piotr – Justynka bardzo się napracowała. Wybieraliśmy ten kolor dwa dni. To najmodniejszy w tym sezonie.
Teściowa machnęła ręką lekceważąco.
– Ależ Piotrusiu, ja nie mówię, że jest brzydko. Jest bardzo... poprawnie. Po prostu wiesz, ja zawsze ceniłam indywidualizm. A teraz wszystkie mieszkania wyglądają tak samo. Jak z taśmy produkcyjnej. Najważniejsze, że wam się podoba.
Następnie, jakby temat był zamknięty, zaczęła mówić o problemach żołądkowych swojego psa i o tym, że ciotka Janina zostawiła w spadku kolekcję porcelany, której nikt nie chce. Siedziałam naprzeciwko niej, trzymając filiżankę tak mocno, że zbielały mi knykcie. Nie usłyszałam już ani słowa z dalszej rozmowy. W głowie huczało mi tylko jedno: „Zrobiłaś to wszystko na marne”.
Łzy napłynęły mi do oczu
Wizyta trwała jeszcze dwie godziny. Teściowa zdążyła skrytykować ciasto, fryzurę Zosi oraz plany wakacyjne Piotra. Jednak to salon był gwoździem do trumny mojego samopoczucia. Gdy w końcu wyszła, odprowadzona przez Piotrka do taksówki, zostałam sama w moim „idealnym” salonie. Rozejrzałam się. I nagle zobaczyłam to, o czym mówiła. Widziałam zimne ściany, które nie dawały ciepła. Widziałam niewygodne meble, na których baliśmy się usiąść z kubkiem kakao. Widziałam brak nas w tym wszystkim. Usunęłam każdą niedoskonałość, każdy ślad naszego życia, żeby zadowolić kogoś, kto i tak wolałby wytknąć błąd niż pochwalić wysiłek. Wrócił Piotr. Był zadowolony.
– No, przeżyliśmy! – zawołał, zdejmując marynarkę. – Nawet nie było tak źle. A z tym remontem to chyba jej się podobało, tylko wiesz, ona nigdy tego nie przyzna wprost.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
– Twoja matka powiedziała, że mieszkamy w poczekalni dentystycznej – szepnęłam, czując, jak łzy napływają mi do oczu. Nie ze złości na nią. Ze złości na siebie.
– Daj spokój, to tylko jej gadanie. Ważne, że jest czysto i świeżo.
Usiadłam na podłodze, na tym drogim dywanie, którego bałam się podeptać. Poczucie upokorzenia paliło mnie od środka. Bo dałam się zmanipulować własnym lękom. Że wydałam pieniądze, których potrzebowaliśmy i straciłam czas, który mogłam spędzić z córką, tylko po to, by zyskać aprobatę kobiety, która i tak miała to gdzieś Poczułam się fatalnie. Jak ktoś, kto sprzedał swoją tożsamość za fałszywą walutę. Teściowa wyjechała, a ja zostałam z długiem na karcie kredytowej i wnętrzem, w którym czułam się obco.
Nauczyłam się pokory
Wieczorem, gdy córka poszła spać, wzięłam stary, wełniany koc, który schowałam głęboko w szafie przed wizytą. Był w kratę, miejscami zmechacony, ale pachniał domem. Przykryłam nim tę designerską sofę. Potem wyjęłam rysunek Zosi, ten z szarymi plamami, i przykleiłam go taśmą na środku idealnie gładkiej ściany. To był mały gest buntu. Przeciwko teściowej, przeciwko modzie, ale przede wszystkim przeciwko mojej własnej niepewności. Patrząc na ten dziecięcy rysunek i zrozumiałam coś ważnego. Dom nie jest po to, by go podziwiać. Dom jest po to, by w nim żyć. I żaden remont, nawet najdroższy, nie przykryje braku pewności siebie. Obiecałam sobie, że następnym razem, gdy teściowa zadzwoni z zapowiedzią wizyty, nie zrobię nic. Może nawet zostawię na stole kubek z niedopitą kawą i rozrzucone zabawki. Bo jeśli nie potrafi zaakceptować nas w naszym naturalnym chaosie, to nie zasługuje też na naszą sztuczną perfekcję. Siedziałam tak w ciszy, patrząc na szare ściany, które powoli zaczynały nabierać cieni w świetle ulicznych latarni. Czułam gorycz, ale też dziwny rodzaj spokoju płynący z lekcji, którą odebrałam. To był najdroższy, a zarazem najbardziej bezwartościowy remont w moim życiu. Tylko że teraz wiedziałam, że to nie kolor ścian wymagał zmiany, tylko moje nastawienie.
Justyna, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Marzyłam o ciszy w Bieszczadach, ale znajomi woleli robić content w modnych ciuchach. Dawno nie najadałam się tyle wstydu”
- „Paragon grozy za pączki na tłusty czwartek pogrążył mojego męża. Odkryłam, że za nasze pieniądze udawał bogacza przed rodziną”
- „W tłusty czwartek stałam 2 godziny w kolejce do cukierni. Opłaciło się, bo wróciłam z tuzinem pączków i gorącym sercem”