Reklama

Pierwsze lata małżeństwa z Pawłem były dla mnie nieustanną próbą dopasowania się. Przy rodzinnych spotkaniach czułam się jak gość, który zawsze stoi o krok za blisko drzwi. Halina, moja teściowa, wypełniała dom zapachem swoich pączków. Była pewna siebie. A ja siedziałam cicho przy stole, uśmiechałam się i myślałam, że może któregoś dnia ktoś spojrzy na mnie z uznaniem godnym najlepszej synowej.

Wszyscy zajadali się pączkami teściowej

Teściowa weszła do kuchni jak zawsze pierwsza. Zdjęła płaszcz, przewiesiła go przez krzesło i od razu zajęła miejsce przy blacie, jakby nikt nigdy nie miał wątpliwości, kto tu rządzi. Na stole stała duża patera, a na niej pączki – równe, jasne, z delikatną obwódką. Rodzina zbierała się wokół nich niemal odruchowo.

– W tym roku wyszły wyjątkowo pysznie – powiedziała teściowa, niby mimochodem, ale z dumą, której nawet nie próbowała ukryć. – Drożdże były inne niż zwykle, jakieś lepsze.

Paweł sięgnął po jednego bez zastanowienia. Ugryzł i zamknął oczy.

– Mamo, jak ty to robisz? – zaśmiał się. – One zawsze smakują tak samo. Idealnie.

Poczułam, jak coś we mnie się kurczy. Siedziałam obok niego, z filiżanką w dłoniach, i patrzyłam, jak wszyscy po kolei potwierdzają to, co było oczywiste od lat.

– Pamiętacie, jak babcia Haliny robiła je jeszcze na tej starej kuchni? – wtrąciła Iwona. – To chyba od niej wszystko się zaczęło.

– Receptura jest ta sama – odpowiedziała teściowa. – Tylko ręce muszą ją pamiętać.

Spojrzała na mnie przelotnie. Uśmiechnęłam się, choć miałam wrażenie, że jestem przezroczysta. Nikt nie zapytał, co u mnie, jak mi idzie praca, czy w ogóle lubię gotować. Tematem były pączki. Zawsze były.

– Natalia, weź jeszcze jednego – Paweł przesunął paterę w moją stronę. – Szkoda, żeby się zmarnowały.

Wzięłam, choć wcale nie miałam ochoty. Smakowały dobrze. Zbyt dobrze, żebym mogła powiedzieć cokolwiek, co nie brzmiałoby jak fałsz.

– Pyszne – powiedziałam cicho.

Halina skinęła głową, jakby przyjmowała oczywisty komplement. Wtedy zrozumiałam, że w tej historii nie chodzi o słodkości. Chodziło o coś więcej. O miejsce przy stole, o uznanie, o bycie kimś innym niż „żona Pawła”. Patrzyłam, jak się śmieją, jak wspominają, jak legenda żyje własnym życiem. I po raz pierwszy pomyślałam, że może jeśli zrobię swoje pączki, to ktoś wreszcie zobaczy mnie naprawdę.

To tylko pączki

Decyzja przyszła nagle, choć kiełkowała we mnie od dawna. Stałam w kuchni naszego mieszkania, zerkając na pusty blat, i pomyślałam, że przecież to tylko pączki. Nic wielkiego. Chciałam je zrobić dla całej rodziny, tak po prostu, bez porównań. Przynajmniej tak sobie to tłumaczyłam. Wieczorami przeglądałam przepisy. Zeszyty, wydruki, notatki zapisane drobnym pismem. Każdy szczegół wydawał się nagle ważny. Czas, proporcje, kolejność. W głowie słyszałam głos Haliny.

– Tu nie wolno się spieszyć – mówiła kiedyś do Iwony, nawet na mnie nie patrząc. – Ciasto musi swoje odczekać.

Iwona zresztą też potrafiła dorzucić coś od siebie.

– Mama zawsze powtarza, że tego nie da się nauczyć z przepisu – rzuciła kiedyś z uśmiechem. – To się czuje.

Zaciskałam wtedy usta, a teraz te słowa wracały jak echo. Czułam, jak napięcie rośnie z każdym kolejnym dniem. Zamiast radości pojawił się lęk. Co, jeśli nie wyjdą? Co, jeśli wyjdą inne? Paweł obserwował mnie z kanapy.

– Kochanie, po co ty się tak spinasz? – zapytał. – Przecież nikt nie oczekuje, że będziesz rywalizować z mamą.

– Właśnie o to chodzi – odpowiedziałam, choć sama nie byłam pewna, co mam na myśli. – Ja nie chcę rywalizować.

Pokiwał głową, ale widziałam, że nie rozumie. Siedział sobie bezpiecznie na swojej kanapie. Im bliżej było spotkania rodzinnego, tym bardziej traciłam poczucie, że robię to dla siebie. Liczyłam w myślach reakcje i spojrzenia. To miała być niewinna decyzja, a stała się próbą, o którą nikt mnie nie prosił. A jednak nie potrafiłam się już wycofać.

Tylko „dobre”?

Włożyłam pudełko ze słodkimi oponkami do torby tak ostrożnie, jakby były ze szkła. Przez całą drogę do domu teściów miałam ściśnięty żołądek. Paweł prowadził i opowiadał coś o pracy, ale odpowiadałam półsłówkami. W głowie układałam scenariusze, żaden nie kończył się spokojem. Kiedy weszliśmy do środka, zapach był już znajomy. Teściowa krzątała się po kuchni, a Iwona siedziała przy stole z filiżanką.

– O, jesteście – powiedziała mama Pawła, spoglądając na torbę. – Coś przynieśliście?

– Tak – odezwałam się szybciej, niż planowałam. – Zrobiłam pączki.

Na chwilę zapadła cisza. Krótka, ale wystarczająca, żebym poczuła, jak serce bije mi za mocno.

– Jak miło – uśmiechnęła się. – Postaw obok.

Ustawiłam swoje pączki na stole, tuż przy jej paterze. Niby nic, a jednak wszystko. Iwona pochyliła się pierwsza.

– Wyglądają naprawdę ładnie – powiedziała. – Spróbujemy?

Halina skinęła głową. Paweł też sięgnął po jednego, zerknął na mnie zachęcająco. Patrzyłam, jak gryzie, jak przeżuwa, jak próbuje zachować neutralną minę.

– Są dobre – stwierdził w końcu.

Dobre. To słowo zawisło w powietrzu cięższe, niż powinno. Iwona porównała oba pączki, raz jeden, raz drugi.

– Są inne – zauważyła. – Te mamy są takie… klasyczne. A te Natalii bardziej delikatne.

Halina uśmiechnęła się uprzejmie.

– Każdy robi po swojemu – powiedziała. – Ważne, żeby rodzina była razem.

Siedziałam i analizowałam każdy gest. Czy ten uśmiech był szczery? Czy spojrzenie Pawła mówiło więcej, niż słowa? Nagle zrozumiałam, że już nie chodzi o smak. Chodziło o to, czy mam prawo być tu po swojemu, czy zawsze będę dodatkiem do czyjejś tradycji. Pączki stygły, rozmowy toczyły się dalej, a we mnie coś się gotowało.

Mąż nie stanął po mojej stronie

Zniknęłam w kuchni pod pretekstem pomocy. Potrzebowałam chwili bez spojrzeń, bez oceniania każdego mojego oddechu. Halina przyszła za mną niemal od razu. Stanęła przy zlewie.

Nie musiałaś się tak wysilać – powiedziała spokojnie. – Wiesz, że u nas od lat robi się to inaczej.

– Nie chciałam niczego zmieniać – odpowiedziałam, obracając się do niej plecami. – Chciałam tylko… dołożyć coś od siebie.

Zapadła cisza. Słyszałam tykanie zegara i własne myśli, które kłębiły się zbyt głośno.

– Tradycja to nie jest coś, co się dokłada – odparła w końcu. – To się dostaje.

Odwróciłam się gwałtownie.

– A ja? – zapytałam. – Ja też tu jestem od kilku lat. Czy to wciąż za mało?

Teściowa uniosła brwi, jakby była zaskoczona moim tonem.

Nie przesadzaj, Natalia. Nikt cię nie porównuje.

To mnie ruszyło.

– Wszyscy porównują – powiedziałam cicho. – Nawet jeśli udają, że nie.

Do kuchni zajrzał Paweł.

– Co się dzieje? – zapytał niepewnie.

– Nic – odpowiedziała Halina. – Rozmawiamy tylko.

Spojrzałam na niego, licząc, że zobaczy więcej niż słowa. Jednak on tylko wzruszył ramionami, jakby chciał zakończyć temat. Ta obojętność zabolała bardziej niż wszystko wcześniej. Zrozumiałam, że kuchnia nie jest tylko miejscem gotowania. Stała się polem bitwy, na którym byłam sama.

W tłusty czwartek nie wytrzymałam

Kolejne spotkanie odbyło się szybciej, niż się spodziewałam. Tłusty czwartek. Samo to słowo wystarczyło, żebym od rana czuła napięcie. Myślałam o pączkach teściowej i o swoim miejscu w tej rodzinie. Kiedy weszliśmy do domu teściów, pączki już stały na stole, jak zawsze w centrum, jak zawsze po królewsku.

Usiedliśmy wszyscy razem. Rozmowa toczyła się zwyczajnie, aż do momentu, gdy Iwona rzuciła niby niewinne:

– Szkoda, Natalia, że w tym roku nic nie ugotowałaś. Ostatnio było ciekawie.

Halina uśmiechnęła się lekko i odstawiła filiżankę.

– Bo widzisz – powiedziała głośno, patrząc na mnie – pewnych rzeczy po prostu nie da się nauczyć. Trzeba się z tym urodzić albo wychować od małego.

Zapadła cisza. Czułam, jak wszystkie spojrzenia kierują się na mnie. Serce waliło mi w uszach, dłonie drżały. Przez chwilę chciałam zamilknąć, jak zawsze. Ale coś we mnie wstało.

– Mam dość – powiedziałam, zanim zdążyłam się wycofać. – Mam dość bycia porównywaną. Mam dość życia w cieniu twojej legendy.

Paweł otworzył usta, ale nie powiedział nic. Halina patrzyła na mnie z niedowierzaniem.

– Ja nie chcę być tobą – ciągnęłam dalej. – I nie chcę już udowadniać, że zasługuję na miejsce przy tym stole.

Nikt się nie odezwał. Nawet Iwona spuściła wzrok. Wstałam, czując ulgę zmieszaną ze strachem. Wiedziałam, że nic już nie będzie takie samo. Relacje nie stały się nagle łatwe. Pączki Haliny nadal były najlepsze. A ja po raz pierwszy poczułam, że nie muszę już wygrywać cudzej gry. Najgorsze, co mogłam stracić, to siebie. I właśnie tego udało mi się nie oddać.

Natalia, 31 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama