„W Dzień Babci z utęsknieniem czekałam na kochaną wnusię. Przyszła, ale cały czas siedziała z nosem w telefonie”
„Po tej rozmowie usiadłam na krześle i popatrzyłam w okno. Pomyślałam, że chyba pierwszy raz w życiu naprawdę się na nią obraziłam. Nie na wnusię. Na córkę”.

- Redakcja
Nie wiem, czy bardziej mnie boli kręgosłup, czy duma. Może to i jedno, i drugie – człowiek się narobi, nagimnastykuje przy kuchni, a potem zostaje z pustym talerzem i pustym sercem. Oczywiście, wnuczka nawet nie spojrzała w moją stronę z tym swoim smartfonem przy twarzy. Może i jestem staroświecka i nie znam tych wszystkich youtuberów, ale chyba na odrobinę wdzięczności zasłużyłam. W końcu to nie dla siebie robiłam te placuszki. Pachniały wanilią, były leciutkie, puszyste, takie jak moja babcia robiła dla mnie, gdy byłam w wieku tej smarkuli. Tylko że ja wtedy doceniałam. Nawet jak brzuch bolał od zjedzenia trzeciego, to jeszcze czwartego wpychałam, żeby babci było miło.
Dziś dzieci są inne. A może to myśmy się zmienili? Może za bardzo się staramy i przez to stajemy się niewidzialni? Mówią, że miłość się okazuje czynami. Ja moje okazuję właśnie tak – ciepłym obiadem, pachnącym ciastem, dłońmi poparzonymi od gorącego tłuszczu. I co? Zostałam z patelnią w ręku, patrząc, jak moja wnusia robi minę, jakby jej ktoś zaserwował kocie jedzenie, a nie domowe placuszki. No trudno, pomyślałam. Choć nie – nie było mi trudno. Było mi przykro. Strasznie przykro.
Stałam jak głupia
Wstałam z samego rana. Jeszcze ciemno było za oknem, ale już wiedziałam, że nie zasnę. Nosiło mnie, bo wnusia miała dziś przyjść. Córka zapowiedziała, że zawiezie ją później do koleżanki, więc miałam parę godzin, żeby ją porozpieszczać jak za dawnych lat. A że była sobota, to pomyślałam: zrobię placuszki. Takie, co się w ustach rozpływają. W kuchni pachniało tak, że sama prawie zjadłam jeden prosto z patelni. Przyszły o dziesiątej. Mała oczywiście z nosem w telefonie, a córka z miną, jakby właśnie dostała mandat.
– Powiedz jej coś – rzuciła do mnie, zrzucając kurtkę na krzesło. – Od rana tylko fochy.
– A może głodna jest? – zaproponowałam. – Zrobiłam ci placuszki, twoje ulubione.
Wnusia nawet nie podniosła wzroku.
– Nie jem glutenu – mruknęła.
– Czego?
– Glutenu, babciu. To zboża. Szkodzi. Tak mówiła Wiki z klasy.
– Aha… – zająknęłam się, trzymając talerz gorących placuszków. – To może jeden, chociaż spróbuj?
– Nie, dziękuję. I tak zaraz idziemy.
Stałam jak głupia. Patrzyłam na nią, jak nalewa sobie herbatę i znowu wlepia się w ekran. Jakby mnie w ogóle nie było.
– Tyle dla niej robię… – mruknęłam pod nosem. – A ona nawet nie szanuje mojej pracy.
– Mamo, daj spokój – westchnęła córka. – Taka moda. Dzieci teraz wszystko wiedzą najlepiej.
Tylko że ja pamiętam, jak kiedyś zjadała po osiem. I oblizywała palce.
Obraziłam się
Nie dawało mi to spokoju. Jakie to czasy nastały, że dziecko odmawia jedzenia od babci i jeszcze się czuje z tego dumne? Całe popołudnie chodziłam po kuchni, spoglądając na talerz pełen placuszków. Wystygły. Straciły swój urok. Zupełnie jak ja.
– A może to rzeczywiście ze mną jest coś nie tak? – powiedziałam pod nosem.
Wieczorem zadzwoniłam do córki.
– Słuchaj, ja nic nie mówię, ale może następnym razem to ty mi powiedz wcześniej, że ona nie je glutenu. Napiekłam się jak głupia, a tu proszę – foch.
– Mamo… – zaczęła, a ja już słyszałam ten ton. – To nie twoja wina. Daj jej trochę luzu.
– Luzu? Ja jej całe życie daję luzu. Tylko mi się wydaje, że jej jest wszystko jedno.
– Nie jest wszystko jedno. Po prostu teraz rówieśnicy są dla niej ważniejsi. Taka faza.
– A ja niby kto?
– Mamo… przestań. Zrobiłaś placuszki z serca, to się liczy.
– Nie! Nie liczy się! Bo serce można komuś oddać na talerzu, a i tak ci splunie do zupy.
– Oj, dramatyzujesz…
– Dramatyzuję?! To przyjedź i zabierz te placuszki, bo ja już patrzeć na nie nie mogę! Albo nie, wrzucę do śmietnika. Może chociaż wrony docenią!
Po tej rozmowie usiadłam na krześle i popatrzyłam w okno. Pomyślałam, że chyba pierwszy raz w życiu naprawdę się na nią obraziłam. Nie na wnusię. Na córkę.
Zaskoczyła mnie
Następnego dnia rano zadzwoniła sąsiadka.
– Co się stało, że ty wczoraj w nocy o drugiej światła paliłaś?
– A co, nie mogę? – burknęłam. – Może miałam ochotę na romans z książką.
– Tylko pytam, bo wiesz… martwię się.
– Martwić się trzeba o młodych, nie o mnie.
– Coś się wydarzyło?
– E tam. Zrobiłam placuszki, wnusia nie zjadła. Nawet jednego. Tyle roboty i nawet nie spojrzała.
– Oj… To przyślij mi! Ja zjem! – zaśmiała się, próbując rozładować atmosferę.
– Już są w śmietniku. Nie będę się prosić.
– Przesadzasz.
– Nie przesadzam. Ona była dla mnie jak mała księżniczka. A teraz... jakbym się zderzyła z obcą osobą. Taką, co mówi mądrze, ale nie czuje nic.
– Taki wiek. One wszystkie tak mają. Moja wnuczka to samo.
– Czyli co? Mam się cieszyć, że nie tylko mnie olewają?
– Nie olewają. One po prostu żyją już w innym świecie. Trzeba się nauczyć tam wchodzić małymi krokami. A nie z patelnią.
Westchnęłam. Może miała rację. Tylko że ja całe życie wszystko robiłam po domowemu. Bez tych nowoczesnych sztuczek. Po południu zadzwonił domofon. Otworzyłam drzwi, a tam – wnusia.
– Babciu… przyszłam. Masz jeszcze te placuszki?
Zaniemówiłam. Patrzyła na mnie z tym swoim niepewnym uśmieszkiem.
– Nie mam. Wyrzuciłam.
– A mogę ci pomóc zrobić nowe?
No i jak tu się nie rozkleić?
Zrobiło mi się lżej na sercu
Stałyśmy obie w kuchni. Wzięłam miskę i podałam jej jajka.
– Potrafisz oddzielić żółtko od białka? – spytałam ostrożnie.
– Widziałam na filmiku, że można z użyciem butelki odessać żółtko – zaśmiała się.
– A może po prostu ręką jak człowiek?
– Spróbuję. Tylko nie krzycz, jak mi się rozwali.
– Nie krzyczę. Ja tylko głośno oddycham, jak ktoś psuje ciasto.
Wnusia zachichotała.
– Babciu… przepraszam, że wczoraj tak… no wiesz.
– Wiem. I nie przepraszaj. Po prostu mnie zabolało, że się tyle starałam, a ty…
– Wiem. Mama mi powiedziała, że się wkurzyłaś.
– Nie wkurzyłam się. Zrobiło mi się zwyczajnie przykro. Jak człowiek robi coś z serca, a potem patrzy, jak to serce ląduje w koszu, to się odechciewa wszystkiego.
– Ale wiesz, trochę się wstydziłam, że przy mamie powiem, że chcę twoje placuszki. Bo ona zaraz by: „a nie mówiłam?!”
– I co, teraz możesz?
– Dziś mam dzień wolny od zasad.
Popatrzyłam na nią z czułością.
– To teraz dobrze ubij białko. Jak źle zrobisz, to placuszki wyjdą twarde jak podeszwy. A ja ich nie wyrzucę, tylko każę zjeść wszystkie.
– Obiecuję, że będą idealne – powiedziała z uśmiechem.
A mi w jednej chwili zrobiło lżej.
Miałam łzy w oczach
Placuszki wyszły pyszne. Nie chwaląc się – może nawet lepsze niż wczoraj. Może to przez to, że robiłyśmy je razem. Albo przez to, że były przyprawione czymś, czego nie znajdziesz w żadnym przepisie – uśmiechem. I miłością. Siedziałyśmy przy stole, a wnusia wsuwała jednego za drugim.
– Babciu, serio… jak ty to robisz, że one są takie puszyste?
– Mówiłam. Białko trzeba ubić na sztywno. A potem delikatnie mieszać, a nie łopatą jak przy kopaniu kartofli.
– Czyli... już nie jesteś zła?
– Nie jestem zła. Ja w ogóle nie byłam zła. Byłam zawiedziona. To gorsze.
Wbiła we mnie wzrok.
– Wiem. Czasem zapominam, że ty też masz uczucia. Wydajesz się taka twarda.
– Twarde to ja mam pięty. Reszta to miękka bułka. Tylko nauczyłam się nie okazywać.
– Babciu, ty jesteś... fajna.
– Wiem. Tylko nikt mi tego nie mówi na co dzień.
– To może trzeba ci to częściej mówić?
– Może trzeba.
Uśmiechnęłam się do niej. I wtedy zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Odłożyła widelec i mnie przytuliła. Tak zwyczajnie. Bez zapowiedzi. Pachniała szamponem i trochę wanilią z ciasta.
– Dziękuję – szepnęła.
– Za co?
– Za placuszki. I za to, że jesteś.
A ja, jak ta głupia, miałam łzy w oczach. Od placuszków. Tak sobie tłumaczyłam.
Odzyskałam wnusię
Minęło kilka dni. Placuszki stały się naszym rytuałem. Co sobotę rano wnusia dzwoniła:
– Babciu, robimy? – pytała.
– A jakże – odpowiadałam, już stojąc w fartuchu.
I nawet nie chodziło o jedzenie. To był nasz czas. Mieszałyśmy, smażyłyśmy, śmiałyśmy się z tego, jak znowu coś wylała, albo że przypaliłam jednego, bo zagapiłam się przez okno. W pewną sobotę przyniosła zeszyt.
– Co to? – zapytałam.
– Praca domowa z polskiego. Mamy opisać wspomnienie. A ja chcę opisać nasze placuszki.
– No, to chyba nie będzie dramatyczne opowiadanie.
– Właśnie że będzie! Babcia, co się obraziła i wyrzuciła placuszki, bo wnuczka była głupia.
– A dziękuję bardzo.
– No wiesz, na końcu się pogodzą. Będzie morał i wzruszenie.
– Jak w telewizji.
– Jak w życiu, babciu.
Uśmiechnęłam się do niej i nalałam herbaty.
– Tylko nie pisz, że się popłakałam.
– Nie napiszę, ale że coś ci wpadło do oka – to mogę?
– Jak musisz...
W tamtym momencie wiedziałam jedno – nie chodziło o ciasto, gluten czy wanilię. Chodziło o to, żeby ktoś chciał być blisko. Żeby przyszedł, mimo że wczoraj odmówił. Żeby usiadł i zapytał: „robimy?” – i naprawdę chciał robić coś razem. A że zaczęło się od placuszków? Tym lepiej. Bo miłość, jak się okazuje, czasem pachnie masłem i smażonym ciastem.
– Babciu, a dziś z jabłkami? – zapytała.
– Z jabłkami. I z sercem.
Zofia, 67 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Wierzyłam, że mąż jedzie z kumplami na męski wypad w góry. Moje złudzenia okazały się kruche niczym lód”
- „Moja córka zmienia chłopaków jak rękawiczki. Boję się, że zmarnuje sobie życie i przyniesie tylko wstyd rodzinie”
- „Na Dzień Babci upiekłam sernik baskijski i czekałam na wnuki. Ale młodzi pamiętają o mnie tylko wtedy, gdy chcą kasy”