„Zrobiłem dziewczynie kawał na prima aprilis i rzuciłem, że to koniec. To, co zrobiła, odebrało mi mowę”
„Przez idiotyczny żart straciłem miłość. A może odzyskałem wolność i siebie? Byłem śmieszkiem i żartownisiem, ale potem zostałem z niczym. Już nie było mi do śmiechu. Z Olą byłem od trzech lat. Na początku było intensywnie, śmiesznie, blisko. Ale od kilku miesięcy coś wisiało w powietrzu”.

- Redakcja
Jestem studentem dziennikarstwa. Lubię ironizować, żartować z rzeczywistości i ukrywać swoje niepokoje za grubą warstwą sarkazmu. Zawsze wydawało mi się, że to dobry sposób na życie – mniej boli, gdy nie traktujesz niczego zbyt serio. A przynajmniej do czasu.
Z Olą byłem od trzech lat. Poznaliśmy się na uczelni – ona siedziała w ostatnim rzędzie, ja próbowałem być zabawny, jak zwykle. Na początku było intensywnie, śmiesznie, blisko. Ale od kilku miesięcy coś wisiało w powietrzu. Nie potrafiłem tego nazwać, ale czułem, że Ola coraz częściej milczy, że śmieje się z moich żartów z grzeczności, a nie dlatego, że ją naprawdę bawią.
I wtedy nadszedł prima aprilis. Święto ironii. Napisałem jej wiadomość – „To koniec, nie czuję już tego” – spodziewając się oburzonego „hahaha, bardzo śmieszne”. A dostałem odpowiedź, która rozwaliła mnie na kawałki: „Dobrze, w końcu ktoś to powiedział”.
Od tamtej chwili świat przestał być już taki zabawny.
Może nigdy mnie nie kochała
Siedziałem z telefonem w dłoni przez dobre dziesięć minut, zanim odważyłem się nacisnąć zieloną słuchawkę. Serce waliło mi jak oszalałe. Może to jednak był żart z jej strony? Może odbierze i roześmieje się do słuchawki, że mnie przechytrzyła?
– Halo? – usłyszałem jej głos. Spokojny. Aż za bardzo.
– Olu… to był żart. Prima aprilis, halo? – starałem się mówić lekko, ale głos mi zadrżał.
– No właśnie. Prima aprilis. Prawda w żarcie zawsze jakoś mocniej boli – odpowiedziała. Milczałem przez chwilę, próbując zrozumieć, co się dzieje.
– Ale przecież… jesteśmy razem. Kochasz mnie, prawda?
– Nie wiem, Bartek. Może przestałam. Może nigdy nie potrafiłam – powiedziała, jakby mówiła o pogodzie. Jakby to w ogóle jej nie dotyczyło.
– Ale dlaczego? Przecież nie jest między nami tak źle. Wiem, że bywało gorzej, ale…
– To nie chodzi o „gorzej” czy „lepiej”. Po prostu… już nic nie czuję. Zmęczyłam się. Twoimi żartami, tą ciągłą ucieczką przed rozmową. Próbowałam, ale chyba nie umiem być z kimś, kto się chowa za ironią, kiedy ja wręcz krwawię w środku. Słuchałem tego, czując, jak podłoga pod nogami się rozjeżdża. Wszystko, co znałem, właśnie się rozpadało.
– Ola, proszę cię…
– To nie decyzja z dzisiaj. Po prostu... dziś miałam odwagę i okazję ją wypowiedzieć.
I rozłączyła się. Tak po prostu.
Czuła się samotna będąc ze mną
Po tym telefonie nie byłem w stanie usiedzieć w miejscu. Wyszedłem z mieszkania, włóczyłem się bez celu po mieście, aż w końcu zadzwoniłem do kumpla. Spotkaliśmy się w knajpie niedaleko jego bloku. On zawsze wiedział, kiedy coś się wali. Tym razem jednak to ja sam rzuciłem kartami na stół.
– To był fatalny żart. Nie tak miało być – zacząłem, jeszcze zanim zdążył zapytać, co się dzieje.
Spojrzał na mnie uważnie, bez śladu zaskoczenia.
– Może ona po prostu czekała, aż sam się zorientujesz, że coś się psuje – powiedział spokojnie, jakby mówił o kimś zupełnie obcym.
– Ale przecież mówiła, że mnie kocha – wypaliłem. To jedno zdanie brzmiało jak dziecinne zaklęcie, w które już nawet ja nie wierzyłem.
– Może nie mówiła ci wszystkiego. Może sama się bała przyznać, że coś w niej się zmieniło – odpowiedział, sięgając po piwo. – I może ty też za bardzo w to nie chciałeś wierzyć.
– Przesadzasz. Po prostu miała gorszy okres. Wszyscy mamy. Ja też miałem.
– Stary, ona się odsunęła, bo może czuła się samotna. Nawet będąc z tobą.
Zamilkłem. Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystko, co powiedziała Ola. Samotna... Z moim ciągłym gadaniem, śmieszkowaniem, z tą wieczną tarczą, którą miałem przy sobie jak rycerz z kartonu. Może naprawdę się za nią ukrywałem tak długo, że Ola przestała widzieć, kim jestem pod spodem.
– Ale przecież próbowałem... – mruknąłem bardziej do siebie niż do niego.
Nie odpowiedział. Tylko pokiwał głową.
Super.
Może ją skrzywdziłem
Mijałem ludzi, jakby byli tylko tłem. Bez twarzy, bez głosu. Dopiero kiedy zobaczyłem Monikę w sklepie spożywczym, jak układa pomidory do siatki, poczułem coś na kształt impulsu. Podszedłem, nie do końca wiedząc po co.
– Cześć, Monika – powiedziałem, a ona podniosła głowę, zaskoczona.
– O, Bartek… – odpowiedziała ostrożnie. – Słyszałam, że… no, że rozmawialiście.
– Tak. Właściwie to nie wiem, czy to była rozmowa. Raczej jakby ktoś mi odciął tlen i zostawił na środku jeziora – rzuciłem, siląc się na lekki ton. Monika nie odwzajemniła uśmiechu.
– Co się z nią dzieje? Czemu ona to zrobiła? – zapytałem, chociaż nie miałem prawa oczekiwać odpowiedzi.
Popatrzyła na mnie długo. Jakby coś w niej walczyło – lojalność wobec Oli i litość wobec mnie.
– Zastanów się. Może zrobiła to, czego bała się przez trzy lata – powiedziała cicho.
Zabrzmiało to tak, jakby wiedziała więcej, niż powinna. I może właśnie dlatego powiedziała jeszcze jedno zdanie, które wryło się we mnie jak gwóźdź.
– Ola płakała przez ciebie więcej razy, niż ci się wydaje.
Zamarłem. Chciałem zapytać: kiedy? Dlaczego? Ale Monika już się odwracała z siatką w ręku. Wracając do mieszkania, czułem się, jakbym wracał do jakiegoś muzeum przeszłości. Przeglądałem nasze stare zdjęcia, wiadomości, rozmowy. I nagle, jakby ktoś wcisnął play w zaciętym filmie, zobaczyłem to wszystko: jej nieśmiałe pytania, których nie zauważałem. Milczenie, które zbywałem żartem. Westchnienia, których nie słyszałem.
I dotarło do mnie coś okropnego – może rzeczywiście sam ją skrzywdziłem, nawet o tym nie wiedząc.
Chciałem kolejnej szansy
Nie mogłem tak tego zostawić. Wiedziałem, że wiadomości i telefony niczego już nie zmienią. Potrzebowałem jej oczu, oddechu, ciszy między słowami. Zadzwoniłem, prosząc o spotkanie. Zgodziła się z zaskakującym spokojem. Umówiliśmy się w parku, tym, gdzie kiedyś przesiadywaliśmy po zajęciach, dzieląc się frytkami i planami na przyszłość.
Czekała na mnie na ławce. Ubrana zwyczajnie, bez makijażu, z tym samym nieobecnym spojrzeniem, które znałem z ostatnich tygodni. Usiadłem obok niej.
– Zróbmy reset. Zacznijmy od nowa – powiedziałem prawie szeptem.
Ola spojrzała na mnie tak, jakby widziała mnie pierwszy raz.
– Nie da się zacząć od nowa, jeśli serce jest już zmęczone – odpowiedziała bez gniewu, bez łez. Jakby już wszystko w sobie wypłakała.
– Ale ja cię kocham – wyrzuciłem z siebie, czując, jak głos mi drży.
– A ja już nie wiem, co to znaczy – westchnęła. – Przez długi czas myślałam, że twoje żarty to taki filtr, że chronisz w ten sposób coś ważnego. Ale z czasem… to po prostu bolało. Miałam wrażenie, że rozmawiam z twoją maską, a nie z tobą.
– Przecież byłem, jestem… przy tobie. Zawsze – próbowałem.
– Fizycznie, może. Ale emocjonalnie? Czułam się jak duch. Jakbyś wolał mówić do ściany niż usłyszeć, że coś mnie boli.
Zamilkliśmy. Wiatr poruszał liście pod naszymi nogami. Wiedziałem, że żadne słowo już jej nie zatrzyma. Że właśnie kończy się coś, co trwało trzy lata. I że nie mam już nic, co mógłbym jej dać, czego nie przegapiłem wcześniej.
Myślałem, że ironia nas ochroni
Wróciłem do mieszkania. Wszystko było takie samo, tylko mnie było mniej. Mniej pewności, mniej słów, mniej przyszłości. Usiadłem przy biurku, odpaliłem laptopa, ale nie wiedziałem, co właściwie chcę napisać. Może tylko tyle, że boli. Że żałuję. Że nie rozumiałem, a powinienem.
Po godzinie gapienia się w pusty ekran zacząłem stukać w klawiaturę. Bez żartów. Bez masek. Pierwszy raz od dawna pisałem naprawdę.
„Olu, nie wiem, od czego zacząć. Może od tego, że przepraszam. Nie za żart, nie tylko. Przepraszam za wszystkie sytuacje, kiedy udawałem, że nic nie widzę. Kiedy śmiałem się z rzeczy, które ciebie bolały. Kiedy nie umiałem przyjąć powagi, twojego lęku, twojej ciszy. Myślałem, że ironia nas chroni. Że to nasza wspólna broń. A ty przez cały ten czas byłaś bezbronna. Przykro mi, że tego nie dostrzegłem.
Teraz wiem, że nawet kochając kogoś bardzo, można go ranić. Nie chcę cię odzyskiwać. Wiem, że nie jestem gotowy. Może kiedyś nauczę się być kimś, z kim warto być naprawdę. Dziękuję, że wytrzymałaś ze mną tak długo. Byłaś lepsza, niż zasługiwałem. I chociaż nic już nie naprawię, to naprawdę… dziękuję”.
Wysłałem wiadomość. Bez oczekiwań. Bez dramatów. Nie wiem, czy ją przeczytała, czy skasowała bez otwierania. Ale to nie miało już znaczenia. Zrobiłem to dla niej. A trochę też dla siebie. Na koniec.
Bartek, 25 lat