Reklama

Nigdy nie byłam typem dziewczyny, która marzyła o bogactwie bez pracy. Wręcz przeciwnie – wierzyłam, że wiedza to klucz, a tytuł magistra otworzy wszystkie drzwi. Studiowałam marketing, nocami uczyłam się do egzaminów, dniami dorabiałam jako kelnerka. Wszystko po to, by kiedyś stanąć na czele własnej agencji reklamowej. Tyle że rzeczywistość wyglądała inaczej.

Chciałam być jedną z nich

Od zawsze miałam plan. Nie taki napisany na kolanie, tylko konkretny – krok po kroku, z jasno wyznaczonym celem. Matura, studia dzienne, praktyki, potem praca w agencji, awans i własna firma przed trzydziestką. Wierzyłam, że sukces to suma wysiłku, wytrwałości i dobrze napisanych maili.

Na pierwszym roku miałam zeszyt z cytatami motywacyjnymi. Serio. Wklejałam zdjęcia kobiet w garniturach, przy szklanych biurkach. Chciałam być jedną z nich. Uczyć się od najlepszych, robić prezentacje na spotkaniach zarządu, jeździć służbowym autem.

Wszystko szło zgodnie z planem – do czasu. Praktyki w dużej firmie były początkiem mojego zderzenia z rzeczywistością. Zamiast kreatywnych zadań dostałam kserowanie, przynoszenie kawy i wpisywanie faktur. Siedziałam w kącie open space'u i czułam, jak mój zapał powoli wycieka ze mnie jak powietrze z przebitego balonu. Po sześciu miesiącach nie przedłużono mi umowy. Kierowniczka rzuciła tylko:

– Masz potencjał, ale brakuje ci przebojowości. Potrzeba nam kogoś... bardziej dynamicznego.

Wtedy nie wiedziałam jeszcze, co to miało znaczyć. Później zrozumiałam aż za dobrze. Wróciłam na uczelnię z poczuciem, że chyba coś robię źle. Ale nie chciałam odpuścić. Wciąż wierzyłam, że gdzieś tam jest moje miejsce. Że muszę tylko trafić na firmę, która mnie doceni. Albo chociaż zauważy.

„Ładna buzia”

Pisałam dziesiątki CV. Starannie dopasowane pod ogłoszenia, z wymyślonymi sukcesami i przejaskrawionymi umiejętnościami. Nikt nie odpisywał. Albo raczej: prawie nikt. Raz dostałam telefon. Kobieta z działu HR powiedziała, że potrzebują osoby „otwartej, kontaktowej, niebojącej się wyzwań”. Wysłali mnie na rozmowę do centrali, gdzie czekał na mnie właściciel – facet po czterdziestce, w drogiej marynarce i spojrzeniu, które prześlizgiwało się po mojej bluzce.

– Ładne zdjęcie w CV. W rzeczywistości jeszcze lepiej – rzucił na dzień dobry.

Udawałam, że nie słyszę. Opowiadałam o studiach, projektach, znajomości programów. On tylko kiwał głową.

– Dużo teorii. Ale w tej branży liczy się coś więcej. Musisz umieć się sprzedać – powiedział, przesuwając palcami po ekranie telefonu. – A ty... Masz to coś.

Tego dnia wróciłam do domu z dziwnym uczuciem. Dostałam pracę. Nie przez CV, tylko przez coś innego. Zatrudniono mnie na próbę – miałam prowadzić social media małej marki modowej. Początkowo się cieszyłam. Pierwszy dzień w pracy spędziłam przy laptopie, pisząc posty i ustawiając reklamy. Ale potem zaczęły się „luźniejsze piątki”, sugestie, że powinnam pokazać twarz na w sieci, bo „ładna buzia lepiej się klika”.

Nie byłam pewna, gdzie kończy się praca, a zaczyna granie roli. Ale nie chciałam znowu zostać z niczym. Więc się zgadzałam. Raz na filmik, raz na story. Aż któregoś dnia zaprosił mnie menadżer.

– Pogadamy na spokojnie przy kawie?

Kawa z menadżerem

Spotkaliśmy się w kawiarni niedaleko biura. Zamówił dla mnie cappuccino, dla siebie espresso. Było coś dziwnego w tym, jak mówił – za spokojnie, za miękko, jakby nie chodziło wcale o pracę.

– Wiesz, jesteś bardzo fotogeniczna. Ludzie cię lubią. Można by to dobrze wykorzystać.

Uśmiechnęłam się niepewnie.

– Staram się, naprawdę. Uczę się, analizuję, robię, co mogę, żeby...

Przerwał mi gestem dłoni.

– Nie o to chodzi. Chodzi o to, że możesz więcej. Ale musisz chcieć. W tej branży... no cóż, wygląd ma znaczenie. Jeśli dobrze się tym zarządzi, to może dać naprawdę niezłe pieniądze.

Zrobiło mi się gorąco. Przez chwilę chciałam wstać i wyjść, ale nie zrobiłam tego. Zamiast tego zapytałam:

– Co to znaczy „zarządzić dobrze”?

Uśmiechnął się jak ktoś, kto właśnie wygrał rozdanie.

– Masz kontakt z klientami, prawda? Są tacy, którzy bardzo cię lubią. Jeden z naszych strategicznych partnerów pytał o ciebie. Chciałby się spotkać. Na kolację. Nic zobowiązującego, wiadomo... Ale warto dbać o relacje.

To nie była propozycja wprost. To był test. Sprawdzał, czy połknę haczyk. Odpowiedziałam:

– Zobaczę, co da się zrobić.

Zamieszałam w cappuccino, udając, że wszystko jest w porządku. W głowie miałam chaos. Przez moment pomyślałam, że może to naprawdę jakaś szansa. Przecież nie chodzi o nic konkretnego. Kolacja to tylko kolacja.

Awans i jego cena

Kolacja odbyła się w hotelowej restauracji. Byłam spięta, ale wyglądałam jak trzeba – sukienka przed kolano, dyskretne szpilki, lekki makijaż. Mężczyzna, który mnie zaprosił, był grzeczny, uprzejmy, ale od początku dawał do zrozumienia, że to nie tylko networking.

– Masz w sobie coś magnetycznego. Rzadko spotyka się dziewczyny z takim urokiem – powiedział, patrząc mi prosto w oczy.

Mówiłam o kampaniach, wynikach, zasięgach. On dopytywał o rzeczy prywatne. Z kim mieszkam. Czy mam chłopaka. Czy lubię drogie trunki.

Nie dotknął mnie. Nie przekroczył żadnej granicy w sposób dosłowny. Ale kiedy podał mi kopertę z zaproszeniem na weekendowy wyjazd „dla wybranych współpracowników”, wiedziałam już, że ten wieczór nie był tylko grzecznościowy. Mimo to uśmiechałam się, przyjęłam zaproszenie i wróciłam do domu taksówką, z uczuciem, że coś ważnego zostawiłam za sobą.

Kilka dni później dostałam awans. Oficjalnie – za świetne wyniki kampanii. Nieoficjalnie – wszyscy wiedzieli, dlaczego. Koleżanka z biura rzuciła:

– Gratulacje. Chyba w końcu zrozumiałaś, jak się robi karierę.

Udawałam, że nie rozumiem aluzji. Ale już wiedziałam, jak działa ten świat. Sukcesy nie zależały od tego, ile umiesz, tylko od tego, czy potrafisz być tam, gdzie trzeba, z odpowiednim uśmiechem i... dobrze rozpiętym guzikiem.

Złudzenia w kopercie

Na wyjazd pojechałam. Nie chciałam, ale powiedziałam sobie, że to tylko formalność. Weekend w luksusowym hotelu, kilka rozmów z partnerami biznesowymi, może szansa na kolejne projekty. Pakując walizkę, czułam wstyd. Nie mogłam spojrzeć sobie w oczy, ale wmawiałam sobie, że robię to dla przyszłości.

W hotelu wszystko było przygotowane – kolacje, lampki szampana, rozmowy w miękkich fotelach. Mężczyźni w drogich garniturach i kobiety w sukienkach z katalogów. Każda rozmowa była podszyta napięciem, którego nie dało się wyciąć z powietrza. Wszyscy wiedzieli, po co tu jesteśmy, ale nikt nie mówił tego wprost.

Dostałam kopertę. W środku – premia. Za co? Nie było oficjalnego powodu. Ot, „uznanie za zaangażowanie”. Kiedy spytałam o konkretne projekty, usłyszałam:

– Twój wkład jest nieoceniony. Doceniamy nie tylko wyniki, ale i atmosferę, jaką tworzysz.

Tego wieczoru spojrzałam na siebie w lustrze i zobaczyłam dziewczynę, która jeszcze dwa lata wcześniej wierzyła, że zmieni świat reklam. Teraz zmieniała sukienki i poprawiała makijaż, żeby lepiej wypaść przy stole z wpływowymi panami.

Po powrocie do domu schowałam kopertę do szuflady i długo na nią patrzyłam. Wiedziałam, że to nie jest życie, które chciałam prowadzić. Ale wiedziałam też, że gdyby nie ta koperta, nie byłoby mnie dziś w tym miejscu.

To pułapka, choć kusząca

Siedziałam na balkonie i próbowałam policzyć, co naprawdę zyskałam. Miałam stanowisko, dobre pieniądze, znajomości. Moje nazwisko pojawiało się w branżowych newsletterach, a profile społecznościowe rosły w siłę. Ale nie umiałam się tym cieszyć. Coś we mnie gasło z każdym kolejnym uśmiechem, który musiałam przyklejać do twarzy w zamian za kolejną kampanię, kolejną premię, kolejny „przypadkowy” dotyk dłoni przy spotkaniu.

Zrozumiałam, że nie chodzi już o to, co robię, ale dla kogo i za jaką cenę. Przestałam być sobą. Stałam się wizerunkiem, który ktoś sobie wymarzył – uległą, ładną, przewidywalną. Dziewczyną, która nie mówi „nie”, bo boi się wrócić do punktu wyjścia.

Nie rzuciłam pracy od razu. To nie była scena z filmu, gdzie bohaterka wychodzi z gabinetu, trzaska drzwiami i odzyskuje wolność. U mnie to trwało tygodniami. Zaczęłam od tego, że odmówiłam jednego wyjazdu. Potem drugiego. Zaczęłam mówić „nie” – nie zawsze głośno, czasem tylko spojrzeniem.

Kiedy w końcu złożyłam wypowiedzenie nie było łez. Tylko ciche: „Szkoda, mieliśmy wobec ciebie plany”. A ja wyszłam. Bez planów. Bez gwarancji. Ale z poczuciem, że znów mam wpływ na własne życie.

Alicja, 27 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama