Reklama

Nasza rozkładana kanapa to epicentrum wszystkiego. Tu się je, śpi, ogląda bajki, kłóci, rozmawia i milczy. Nie ma osobnych pokoi, nie ma drzwi, które można zatrzasnąć, nie ma gdzie się obrazić. Łazienka to jedyne miejsce ucieczki. Czasem siedzę tam z telefonem, udaję, że coś tam robię, ale po prostu chcę pobyć sam. Żeby nikt nic ode mnie nie chciał.

Nie mówię o tym głośno, bo przecież facet nie powinien narzekać. Mam zdrowe dzieci, mam żonę, mam pracę. Ale czasem czuję się w tym wszystkim cholernie samotny. I zmęczony. Nie tym, że trzeba wstać o piątej rano. Tylko tym, że nie mamy przestrzeni – ani fizycznej, ani między sobą.

Kocham moją rodzinę. Ale z każdym dniem, z każdą nocą spędzoną ramię w ramię na tej kanapie, czuję się coraz dalej od Anki. Tak jakbyśmy się gubili w tym wszystkim. Gubili siebie nawzajem. I nie wiem, czy da się to jeszcze odzyskać.

Dzień jak co dzień

Anka zrzucała do zlewu talerze po kolacji. Robiła to tak, żeby było słychać. Sztućce zgrzytały o porcelanę, pokrywki brzęczały o blat. Udawałem, że coś jeszcze sprawdzam w telefonie, ale czułem napięcie w powietrzu. Dzieci już leżały w łóżkach za ścianą. Michał co chwilę wołał, że chce pić, że zapomniał przytulić misia, a Lena śmiała się zbyt głośno, jakby prowokowała, żebyśmy weszli do pokoju i zrobili awanturę.

– Mógłbyś chociaż raz po sobie sprzątnąć – rzuciła cicho Anka, ale ton miała jak ostrze. – Albo przynajmniej nie udawać, że cię nie ma.

– Anka, jestem od piątej na nogach – odpowiedziałem cicho. – Przyszedłem, usiadłem na dziesięć minut. To naprawdę takie przestępstwo?

Ty zawsze jesteś zmęczony. Jak Michał miał gorączkę, to też ja byłam zmęczona, a jakoś siedziałam z nim całą noc.

– Nie chodzi o to...

– O właśnie, nigdy nie chodzi o to – przerwała mi, ocierając ręce o kuchenny ręcznik. – Zawsze masz swoją wersję. Swoje zmęczenie, swoje potrzeby. Tylko wszystko inne dzieje się obok.

– Pranie musiało się włączyć teraz? – wskazałem głową na łazienkę, z której dobiegało buczenie pralki. – Dzieci usypiają, a tu jakby helikopter startował.

– Bo rano nie miałam kiedy. Bo ty jesteś, ale jakby cię nie było. Więc robię, co mogę, kiedy mogę.

– Mógłbym ci pomóc, gdybyś raz na jakiś czas powiedziała coś normalnie, a nie od razu z problemem w głosie.

– A może powiedziałabym normalnie, gdybym czuła, że to ma sens?

Zamilkliśmy. Wydawało mi się, że zaraz coś jeszcze powiem, coś mocniejszego, ale usłyszeliśmy zza ściany:

– Cicho tam! – odezwał się Michał. Głos miał zaspany, zmieszany, ale wystarczająco donośny, żeby nas przygwoździć.

Patrzyliśmy na siebie przez chwilę. Anka zagryzła usta, ja uniosłem brew i wstałem. Bez słowa poszedłem do łazienki. Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie od środka.

To było nasze jedyne miejsce ucieczki – jedno pomieszczenie z klamką, którą można było przekręcić i przez chwilę nie być dostępnym. Ale i tam było ciasno, z ręcznikami, koszem na pranie, śladami pasty na lustrze.

Jak można się kochać, kiedy nie ma gdzie się posprzeczać? Jak się dotknąć, kiedy obok ktoś zawsze śpi, krzyczy, potrzebuje? Myślałem, że bliskość rodzi się z bycia razem. A tu, im ciaśniej, tym dalej.

Było mi głupio. Wiedziałem, że nie jestem bez winy. Ale nie miałem już siły rozgryzać, co robię nie tak. Po prostu chciałem oddechu. Jednego wieczoru, jednego spojrzenia bez napięcia.

– Jesteś tam? – zapytała Anka zza drzwi.

Nie odpowiedziałem. Jeszcze nie teraz.

Pomysł z grafikiem

Następnego dnia wróciłem z pracy wcześniej. Anka siedziała przy stole i zszywała jakiś rozdarty rękaw od bluzy Michała. Było cicho. Lena oglądała bajkę, a syn coś budował z klocków. Usiadłem naprzeciwko niej.

– Myślałem dzisiaj o czymś – powiedziałem cicho.

– Tak?

Może zróbmy sobie grafik ciszy.

Zatrzymała się z igłą w powietrzu i spojrzała na mnie jak na wariata.

– Co to w ogóle znaczy?

– Jeden wieczór w tygodniu. Bez dzieci, bez telewizora, bez gadania. Po prostu razem, ale w ciszy.

Parsknęła. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła. Złapałem jej wzrok i dodałem:

– Naprawdę. Chcę spróbować. Tylko godzinę. Jak to głupie, to więcej nie będę wracał do tematu.

– I dzieci do babci?

– Tak.

Wzruszyła ramionami.

– Dobra, jeden wieczór. Ale jak zaśniesz na kanapie, to nie licz na powtórkę.

Nie zaśmiałem się. Poczułem, jakbyśmy podpisali jakąś umowę. Ważną. To była próba wyciągnięcia ręki w jej kierunku.

Pierwszy wieczór ciszy

W czwartek po osiemnastej zrobiło się podejrzanie cicho. Dzieci pojechały do babci, Lena z misiem, Michał z tabletem. Drzwi się zamknęły, Anka odprowadziła ich na dół, a ja zostałem sam w mieszkaniu. Nagle poczułem, że nie wiem, co robić z tą ciszą. Jakby ktoś wyłączył prąd w głowie.

Usiadłem na kanapie, po chwili dołączyła. Miała na sobie ten gruby sweter, w którym wyglądała jakby całą zimę mogła w nim przesiedzieć. Bez makijażu, trochę zmęczona, ale była. Obok. W rękach miała dwa kubki z herbatą.

– Z imbirem – powiedziała krótko i podała mi jeden.

Kiwnąłem głową. Telewizor był wyłączony. Żadnych telefonów. Przez chwilę popatrzyliśmy na siebie i każde z nas zerknęło gdzieś w bok, jakby wstydząc się, że to aż tak niezręczne.

Siedzieliśmy długo w milczeniu. Piliśmy herbatę. Ona poprawiała włosy, ja układałem sobie w głowie zdania, których nie powiedziałem. Nie było źle. Nie potrzebowaliśmy nic mówić.

Pomyślałem o czasach, kiedy gadaliśmy godzinami. O niczym, o wszystkim. A teraz to milczenie było jak tamte rozmowy. W jakimś sensie pełniejsze, spokojniejsze. Może dojrzalsze.

Nie czułem się już tak oddzielony. I za to byłem wdzięczny. Nawet jeśli tylko przez godzinę. Nawet jeśli jutro znów będzie chaos.

Powrót do rzeczywistości

W piątek o siódmej rano Lena wtoczyła się do kuchni z kołdrą na plecach. Michał szukał ładowarki, a Anka już krzyczała, że znowu ktoś zostawił mokry ręcznik na łóżku. Pralka chodziła, telefon dzwonił, jajka wykipiały. Cisza wyparowała w pierwszych dziesięciu minutach dnia.

Chciałem z nią chwilę porozmawiać – zwykłe „dobrze było wczoraj, nie?”, ale nie dało się wcisnąć słowa. Lena coś rozlała, Michał nie mógł znaleźć skarpet, a ja tylko patrzyłem, jak nasz salon znów zmienia się w pole bitwy. W końcu podszedłem do Anki i nachyliłem się nad stołem.

– Wieczorem… może chwilę pogadamy? – zapytałem.

– A kto dzieci wykąpie, pranie rozwiesi, lekcje sprawdzi? – odburknęła. – Czwartek to był wyjątek, nie norma.

– Wiem. Ale może byśmy...

– Zobaczymy, Zbyszek. Teraz nie mam głowy – ucięła.

Nie obraziłem się. Widziałem, że mówi prawdę. Dzień ruszył pełną parą i znów nie było gdzie się zatrzymać. Mimo wszystko coś we mnie zostało po tym czwartku. Coś cichego, co nie dawało się zagłuszyć nawet krzykiem Leny o zgubione kredki.

Złapałem się na tym, że czekałem na następny czwartek. Jak na święto. Jak na miejsce, które istniało tylko dla nas. Nawet jeśli mieściło się między kubkiem herbaty a milczeniem.

Cichy rytuał

Minęło kilka tygodni. Czwartek stał się czymś oczywistym, jakby wpisanym w kalendarz obok zajęć dzieci i terminów płatności. Nikt nie pytał, czy się odbędzie. Po prostu dzieci jechały do babci, a my zostawaliśmy sami.

Czasem leżeliśmy obok siebie i patrzyliśmy w sufit. Czasem ktoś coś mruknął, czasem nie. Nie byliśmy bardziej romantyczni niż wcześniej. Nie było świec, muzyki ani spektakularnych wyznań. Ale to jedno, co zrobiliśmy dla siebie, zaczęło działać. Ta godzina ciszy, bez słów, bez hałasu, była naszym wspólnym zajęciem. Przestrzenią, która nie zależała od metrażu.

Patrzyłem na Ankę inaczej. Może nie młodszą, nie spokojniejszą, ale bliższą. Jakbyśmy znów byli parą, a nie tylko zarządem do spraw dzieci, prania i rachunków. A ona czasem położyła mi dłoń na kolanie i to wystarczało.

Miłość to nie zawsze są fajerwerki. Czasem to kubek herbaty i świadomość, że nie musimy nic mówić, żeby być razem.

Tylko dla siebie

Czterdzieści trzy metry. Czasem myślę o nich jak o klatce, czasem jak o małym królestwie. Wszystko zależy od dnia. Są takie, kiedy nie mamy gdzie się schować – ani ja, ani Anka, ani dzieci. Krzyki się niosą, złość odbija się od ścian. I są takie, jak czwartki. Gdy jedna godzina potrafi nas skleić lepiej niż sto rozmów między gotowaniem a odrabianiem lekcji.

Nie zmieniliśmy życia. Dalej śpimy na tej samej kanapie. Dalej brakuje przestrzeni. Kłócimy się, nie zawsze słuchamy. Jednak nauczyliśmy się wycinać kawałek ciszy tylko dla siebie. I w tej ciszy jesteśmy bliżej.

Nie wiem, czy kiedyś zamieszkamy w większym mieszkaniu. Może tak. Ale nawet wtedy będę chciał zabrać ze sobą ten rytuał. Te czwartki. Bo to nie metry decydują o bliskości. To decyzja, żeby się nie zagubić.

Zbyszek, 46 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama