Reklama

Zawsze lubiłam symboliczne początki. Nowy rok, nowy kalendarz, nowe postanowienia. W 2026 rok wchodziłam z wiarą, że będzie lepszy niż poprzedni – spokojniejszy, mniej samotny, bardziej mój. Ułożyłam sobie w głowie mały plan: mniej narzekać, częściej się uśmiechać, zadzwonić do wnuczki, nie czekać aż ona zadzwoni pierwsza. Wydawało mi się, że tym razem naprawdę wszystko będzie dobrze. Miałam świętować Dzień Babci tak jak lubię – w kapciach, z ciastkiem i kawą. Nie spodziewałam się gości, nie czekałam na cuda. A jednak tego dnia moje życie zmieniło się w sposób, którego nigdy bym nie przewidziała.

Wnuczka miała swoje życie

Sylwestra spędziłam jak co roku – sama. Przygotowałam sobie sałatkę jarzynową, odgrzałam pierogi z zamrażarki i włączyłam telewizor. Niby nic szczególnego, ale nie czułam się aż tak źle. Było spokojnie. Nawet sąsiedzi, którzy zwykle puszczali petardy już od południa, w tym roku jakoś przycichli. O północy wypiłam lampkę szampana i spojrzałam przez okno na zimne, styczniowe niebo.

– No to co, Halina – powiedziałam do siebie – może jednak coś się w tym roku odmieni?

Styczeń był spokojny. Codzienne rytuały: herbata z cytryną, poranne wiadomości, krótki spacer, jeśli nie było zbyt ślisko. Czasem wpadła sąsiadka, czasem zadzwoniła Basia, moja córka. Wnuczka? Cóż… rzadziej. Studia, praca, chłopak – miała swoje życie. Nie miałam jej tego za złe, naprawdę. Choć wiadomo, że trochę człowiek tęskni. Zbliżał się Dzień Babci. Pomyślałam sobie, że jak nie przyjdą, to trudno – przecież każdy ma swoje sprawy. Miałam nawet plan: kupić sobie ciastko, zaparzyć dobrą kawę i obejrzeć coś lekkiego w telewizji. Zero presji, zero oczekiwań. A potem wydarzyło się coś, co sprawiło, że ten dzień zapamiętam do końca życia.

Myślałam, że ma mnie gdzieś

Wstałam wcześnie, jak zwykle. Na stole już od wieczora leżała kartka z dużym napisem „21 stycznia – Dzień Babci”, którą przykleiłam sobie magnesem na lodówkę. Taki mały żart z samej siebie – żebym przypadkiem nie zapomniała, że to dziś mam mieć święto. Włożyłam sweter w kwiaty, ten, który lubiła wnuczka. Kiedyś powiedziała, że wyglądam w nim jak z reklamy herbaty i że „ma klimat”. Odgrzałam w piekarniku drożdżówkę, zaparzyłam świeżą kawę i usiadłam przy stole. Była dziewiąta. Dziesiąta… Jedenasta… O wpół do dwunastej zadzwoniła Basia. Życzenia, trochę pospieszne. Mówiła, że ma zebranie, że później oddzwoni, że buziaki. Powiedziałam, że rozumiem, że nic się nie dzieje. Owszem, ukłuło mnie to, ale nie pierwszy raz. Wnuczka nawet się nie odezwała.

– Spokojnie, Halinka, zrobisz sobie jeszcze herbatę malinową, obejrzysz serial i dzień minie – mruknęłam pod nosem, próbując się pocieszyć.

Około trzynastej zadzwonił domofon. Nie spodziewałam się nikogo. Pomyślałam, że pewnie pomyłka albo listonosz. Nacisnęłam guzik.

– Proszę? – zapytałam.

– Dzień dobry. Ja.. do pani Haliny. Babci Haliny – powiedział męski głos.

Zesztywniałam. Tego głosu nie znałam. Ale sposób, w jaki wypowiedział te słowa… był zbyt pewny, zbyt osobisty. I coś we mnie wtedy zadrżało.

Zakręciło mi się w głowie

Nie wiem, jak długo stałam w przedpokoju, zanim się odważyłam otworzyć. W końcu przekręciłam zamek. Za drzwiami stał chłopak. Może dwadzieścia lat, może mniej. Chudy, wysoki, jasne włosy. Nerwowo poprawił plecak na ramieniu.

– Pani Halina? – zapytał. – Nazywam się Bartek.

Kiwnęłam głową, choć nic mi to nie mówiło. Nie znałam żadnego Bartka.

– Mogę wejść? To... ważne.

Nie chciałam wpuszczać obcych, ale ten chłopak nie wyglądał jak ktoś niebezpieczny. Raczej jak ktoś, kto się boi bardziej ode mnie. Cofnęłam się w głąb mieszkania, zostawiając drzwi uchylone. Usiadł na brzegu fotela, jakby bał się, że poplami tapicerkę. Przyglądałam mu się, nie mówiąc ani słowa. W końcu wyjął z kieszeni złożone na pół zdjęcie i podał mi je drżącą ręką.

– To pani? – zapytał cicho.

Spojrzałam. Byłam tam ja, z mojej młodości. Uśmiechnięta, z warkoczem, w sukience w grochy. Obok mnie stał chłopak. Jurek. I wtedy zrozumiałam.

– Skąd to masz? – zapytałam, już zupełnie innym tonem.

– To zdjęcie dostałem od mojej mamy. Pani była... jej matką. A on… – wskazał na Jurka – był moim dziadkiem.

Zakręciło mi się w głowie.

– Twojej mamy? Jakiej…?

– Pauliny. Nazywała się Paulina K.

Nikomu o tym nie mówiłam

Paulina. Moja Paulina. Myślałam, że zemdleję. Nie słyszałam tego imienia od ponad czterdziestu lat, a jednak wystarczyło, żebym znowu poczuła się jak tamta dziewczyna w sukience w grochy. Zamarłam, trzymając w rękach wyblakłe zdjęcie.

– Jurek nie wiedział, że jestem w ciąży – powiedziałam powoli, bardziej do siebie niż do niego.

– Wiem – przytaknął Bartek. – Mama też się dowiedziała o wszystkim dopiero długo po tym, jak wyjechał. Opowiadała, że próbowała się też z panią skontaktować, ale… – zawahał się. – Ponoć była pani nie do znalezienia.

Wiedziałam, że to nieprawda. Po prostu wtedy nikt nie chciał, żebym była częścią tej historii. Moja własna matka powiedziała:

Masz teraz nowe życie. Zaczynasz od zera. O tym dziecku nikt nie może się dowiedzieć.

Oddałam Paulinę. Nie mogłam patrzeć na moją matkę. Przez wszystkie te lata nosiłam to w sobie. Nigdy nie powiedziałam Basi, że miała siostrę. Nigdy nikomu nie powiedziałam. Wstyd, strach i żal – to był mój cichy krzyż całe życie.

– Mama umarła pół roku temu – powiedział Bartek. – Zostawiła list. Napisała, że jeśli będę gotowy, mam panią odszukać. Że jestem pani wnukiem.

Nie potrafiłam nic powiedzieć. Serce ściskało mi się tak mocno, że myślałam, że nie dam rady ustać. Tylko patrzyłam na niego. Na jego oczy. Takie same miał Jurek.

Uśmiechałam się przez łzy

Zaproponowałam mu herbatę, bo czułam, że muszę coś robić, żeby nie zwariować. Ręce mi się trzęsły, kiedy wyjmowałam kubki z szafki. Cukier wysypał mi się na blat. Bartek udawał, że nie zauważa. Siedział cicho, ale jego obecność była jak głośny krzyk w tym cichym mieszkaniu. Wnuk. Mój wnuk. Żywy dowód na to, że przeszłość zawsze w końcu cię dogoni.

– Chciałem tylko zobaczyć, jaka pani jest – powiedział po chwili. – Mama mówiła, że może być różnie. Że mogła pani zapomnieć, nie chcieć, wypierać. Ale że zawsze warto spróbować.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

– Nie zapomniałam. Codziennie pamiętałam. Nawet jeśli próbowałam się oszukiwać, że tak będzie łatwiej.

Przyjął to bez słowa, ale chyba mu ulżyło. Pokazałam mu zdjęcia. Nasze. Rodzinne. Z Basią, z moim mężem, z czasów, kiedy jeszcze wierzyłam, że da się wszystko poukładać. Opowiadałam mu o Jurku. O tamtym lecie, które zmieniło moje życie. Siedzieliśmy tak długo. Za oknem robiło się ciemno, a mnie nie chciało się włączać światła. Nagle miałam wrażenie, że czas stanął. A potem zapytał:

– Mogę czasem do pani wpadać?

Odpowiedź znał, zanim zdążyłam ją wypowiedzieć.

Nie wszystko da się naprawić

Nie wiem, ile czasu minęło od tej wizyty. Tydzień? Dwa? A może miesiąc? Czas po czymś takim płynie inaczej. Cicho, trochę jakby bokiem. Wciąż budzę się rano i przez chwilę próbuję sobie przypomnieć, czy to wszystko wydarzyło się naprawdę. A potem widzę kubek, który Bartek zostawił po ostatnim spotkaniu, i już wiem – wydarzyło się. Zaczął przychodzić. Najpierw nieśmiało, z kupionymi w biegu pączkami, potem coraz swobodniej. Opowiadał mi o swojej pracy, o dziewczynie, którą poznał. Pytał o Basię, o Jurka. Czasem przynosił zdjęcia mamy. Mojego dziecka, którego nigdy nie miałam szansy dobrze utulić.

Basia jeszcze nic nie wie. Nie miałam odwagi jej powiedzieć. Jeszcze nie. Ale wiem, że będę musiała. Bo nie chcę już więcej chować prawdy. Żadne życie nie powinno zaczynać się od milczenia. Na Dzień Babci nie dostałam ani laurki, ani uścisku od mojej wnuczki. Ale dostałam coś, czego nie przebiłby najdroższy prezent – spojrzenie chłopaka, w którym rozpoznałam nie tylko siebie, ale i kogoś, kogo kiedyś kochałam. Nie wszystko da się naprawić. Nie wszystko da się odzyskać. Ale czasem los, choć spóźniony o dekady, daje drugą szansę.

Halina, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama