Reklama

Miałam wszystko, o czym marzyłam: własną cukiernię, która była lokalnym hitem, narzeczonego wpatrzonego we mnie jak w obrazek i poczucie, że w końcu panuję nad swoim losem. Byłam architektem własnego szczęścia, budowałam je cegła po cegle, a raczej beza po bezie.

Nie przewidziałam tylko jednego – że huragan, który zrówna to wszystko z ziemią, będzie miał twarz mojej młodszej siostry. Kiedy zaprosiłam ją pod swój dach, myślałam, że pomagam rodzinie. Dziś wiem, że wpuściłam lisa do kurnika, a to, co odkryłam tamtego wieczoru, na zawsze zmieniło moją definicję słowa „siostra”.

Wtedy zadzwonił telefon

Zawsze byłam tą „dobrą córką”. Tą, która przynosiła świadectwa z czerwonym paskiem, która nie sprawiała problemów wychowawczych i która zamiast imprezować do białego rana, wolała planować swoją przyszłość. Moja cukiernia nie była dziełem przypadku. To były lata wyrzeczeń, kredyt studencki spłacany nocami, praca po szesnaście godzin na dobę i chroniczny brak snu. Ale udało się. W wieku trzydziestu lat miałam lokal w centrum miasta, stałych klientów, którzy przyjeżdżali po moje jagodzianki z drugiego końca województwa, i Jacka.

Jacek był dopełnieniem tego idealnego obrazka. Spokojny, stateczny prawnik, który potrafił ściągnąć mnie na ziemię, gdy wpadałam w wir perfekcjonizmu. Planowaliśmy ślub na przyszły rok. Mieliśmy wybrane miejsce, menu, a nawet kolor serwetek. Moje życie przypominało witrynę mojej cukierni – wszystko było na swoim miejscu, lśniące, słodkie i budzące zazdrość.

A potem zadzwonił telefon. To była mama. Jej głos drżał, co od razu postawiło mnie na baczność.

– Paulinko, Kinga wraca – powiedziała, a ja poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła. – Jej związek z tym Włochem nie wyszedł. Nie ma pieniędzy, nie ma gdzie się podziać. Córeczko, ty masz duży dom, tyle wolnego miejsca...

Muszę dać jej szansę

Moja siostra była moim całkowitym przeciwieństwem. Chaotyczna, głośna, impulsywna. Zawsze była „wolnym duchem”, co w praktyce oznaczało, że zostawiała po sobie bałagan, który inni musieli sprzątać. Kiedy ja oszczędzałam każdy grosz na mikser planetarny, ona brała kredyty na wyjazd na Bali, by „odnaleźć siebie”. Kiedy ja budowałam stabilny związek, ona zmieniała partnerów jak rękawiczki, zawsze twierdząc, że to ten jedyny, a potem dzwoniąc z płaczem po nocach.

Mimo to kochałam ją. To była ta trudna, bezwarunkowa miłość do rodzeństwa, które doprowadza cię do szału, ale za które oddałabyś nerkę.

– Dobrze, mamo – westchnęłam, patrząc na Jacka, który właśnie przeglądał jakieś akta na kanapie. – Niech przyjedzie. Może zostać w pokoju gościnnym, dopóki nie stanie na nogi.

Jacek nie był zachwycony. Znał historie o Kindze.

– Jesteś pewna, że to dobry pomysł? – zapytał, zdejmując okulary. – Ostatnim razem, gdy „stawała na nogi”, pożyczyła od ciebie pięć tysięcy i zniknęła na pół roku.

– Wiem, ale to moja siostra. Obiecała, że się zmieniła. Że chce dorosnąć. Muszę dać jej szansę.

Gdybym wtedy wiedziała, że właśnie podpisuję wyrok na swoje własne życie, zamknęłabym drzwi na cztery spusty i udawała, że nie ma mnie w domu.

Początek końca, czyli wilk w owczej skórze

Kinga przyjechała dwa dni później. Wyglądała jak milion dolarów, mimo że w kieszeni nie miała nawet na bilet tramwajowy. Rzuciła mi się na szyję, płacząc i przepraszając za wszystko. Była taka krucha, taka zagubiona. Uwierzyłam jej. Kto by nie uwierzył własnej siostrze, która patrzy ci w oczy i przysięga, że chce wszystko naprawić?

Przez pierwszy miesiąc było... zaskakująco dobrze. Kinga sprzątała, gotowała obiady, a nawet zaoferowała pomoc w cukierni.

– Paulina, ja nie chcę jałmużny – powiedziała pewnego wieczoru przy winie. – Pozwól mi odpracować czynsz. Mogę zajmować się zamówieniami, obsługiwać klientów. Znam się na ludziach.

Zgodziłam się. Brakowało mi rąk do pracy, a zbliżał się sezon komunijny. Kinga okazała się świetna w kontakcie z klientami. Uśmiechnięta, flirciarska, potrafiła wcisnąć każdemu dodatkowe ciastko do kawy. Jacek też zaczął przekonywać się do jej obecności.

– Może faktycznie dojrzała – stwierdził pewnego wieczoru, gdy Kinga podała nam domową lasagne. – Miło jest wracać do domu, gdzie pachnie obiadem, kiedy ty siedzisz w pracy do nocy.

To zdanie powinno zapalić w mojej głowie czerwoną lampkę. Jednak byłam zbyt zmęczona, by analizować niuanse. Cieszyłam się, że mam pomoc. Że moja rodzina w końcu jest w komplecie. Nie zauważyłam, kiedy Kinga zaczęła przejmować nie tylko moje obowiązki, ale i moją przestrzeń.

Wszystko zaczęło się sypać po kawałku

Najpierw zginęły pieniądze z kasetki w cukierni. Niewiele, dwieście złotych.

– Może źle wydałam resztę? – Kinga zrobiła wielkie oczy, pełne niewinności. – Paulinko, przepraszam, jestem taka roztrzepana. Oddam ci z pierwszej wypłaty.

Machnęłam na to ręką. Zdarza się. Potem zaczęły się dziwne telefony. Klienci dzwonili z pretensjami, że ich zamówienia zostały anulowane albo pomylone. Kiedy sprawdzałam system, okazywało się, że ktoś wprowadził zmiany w nocy.

– To niemożliwe – tłumaczyła się Kinga. – Może system szwankuje? Przecież widziałaś, jak bardzo się staram.

Zaczęłam czuć się niepewnie we własnej firmie. Ja, która zawsze miała kontrolę nad każdym gramem mąki, nagle gubiłam się w zamówieniach. Zaczęłam wątpić w swoją pamięć. Czy na pewno zapisałam ten tort na sobotę? Czy na pewno zamówiłam świeże maliny?

– Jesteś przepracowana, kochanie – mówił Jacek, głaszcząc mnie po plecach. – Może powinnaś odpocząć? Kinga świetnie sobie radzi, może niech ona przejmie menadżerkę na tydzień?

Wtedy po raz pierwszy poczułam ukłucie zazdrości. I strachu. Jacek i Kinga spędzali ze sobą coraz więcej czasu. Kiedy wracałam z pracy padnięta na twarz, zastawałam ich śmiejących się w salonie. Oglądali filmy, rozmawiali o polityce, o rzeczach, na które ja nie miałam siły. Kinga zawsze była w pełnym makijażu, pachnąca, zrelaksowana. Ja śmierdziałam fryturą i drożdżami, w dresie i z workami pod oczami.

– Nie przesadzaj – mówiła mama, gdy zwierzyłam się jej z moich obaw. – Siostra ci pomaga, zajmuje się Jackiem, żeby nie czuł się samotny, a ty wymyślasz. Zawsze musiałaś być w centrum uwagi, Paulina. Daj Kindze szansę.

Czułam się, jakbym traciła zmysły. Jakby ktoś powoli dokręcał śrubę, a ja nie mogłam nic z tym zrobić, bo nikt mi nie wierzył.

Robili ze mnie wariatkę

Przełom nastąpił w lipcu. Miałam realizować najważniejsze zamówienie w mojej karierze – tort i bufet słodki na wesele córki lokalnego senatora. To była moja przepustka do wyższej ligi. Wszystko było dopięte na ostatni guzik. Kinga miała dostarczyć rano świeże kwiaty jadalne od dostawcy. Kiedy weszłam do chłodni o szóstej rano, zamarłam. Tort – moje trzypiętrowe arcydzieło – był zniszczony. Ktoś „przypadkiem” przewrócił na niego regał z półproduktami. Wyglądał jak pobojowisko.

Wpadłam w szał. Płakałam, krzyczałam. Kinga wpadła chwilę później.

– Boże, Paulina! Co ty zrobiłaś?! – krzyknęła, zasłaniając usta dłonią.

– Ja?! Przecież to nie ja! Przyszłam i to zastałam!

– Ale... wczoraj wieczorem, jak wychodziłam, mówiłaś, że chcesz coś poprawić przy dekoracji... – powiedziała to cicho, ale tak, żeby moi pracownicy, którzy właśnie wchodzili, to usłyszeli.

Spojrzeli na mnie dziwnie. Faktycznie, byłam wczoraj w pracy do późna. Faktycznie, wypiłam kieliszek wina ze stresu. Ale wiem, co robiłam!

– Kłamiesz! – wrzasnęłam. – Próbujesz zrobić ze mnie głupią!

Wtedy wszedł Jacek. Przyjechał, bo Kinga do niego zadzwoniła.

– Paulina... – Jacek spojrzał na mnie z politowaniem, które bolało bardziej niż policzek. – Kinga mówiła mi, że ostatnio źle się czujesz, że jesteś nerwowa. Martwimy się o ciebie.

Stałam tam, w białym fartuchu, pośród ruin mojej kariery, i patrzyłam na dwoje najbliższych mi ludzi. Moja siostra stała za plecami mojego narzeczonego, robiąc smutną minę, ale w jej oczach widziałam ten błysk. Triumf. Wtedy zrozumiałam. To nie były przypadki.

Moja reputacja ucierpiała

Wesele uratowaliśmy cudem, kupując gotowe ciasta z zaprzyjaźnionej cukierni i przemieniając ruinę tortu w „artystyczną dekonstrukcję”, co jakimś cudem przeszło. Ale moja reputacja ucierpiała. Jacek się odsunął. Kinga „wspaniałomyślnie” zaoferowała, że przejmie zarządzanie firmą, dopóki nie dojdę do siebie. Wszyscy traktowali mnie jak tykającą bombę. Zaczęłam grzebać. Musiałam znaleźć dowód, że coś uknuli za moimi plecami.

Czekałam na moment, aż Kinga poczuje się pewnie. I ten moment nadszedł w sobotę, dwa tygodnie po aferze z tortem. Kinga pojechała „na zakupy”, a Jacek był na squashu. Zostałam sama w domu. Weszłam do jej pokoju. Wiedziałam, że to naruszenie prywatności, ale nie miałam wyboru.

Przeszukałam szuflady. Nic. Zajrzałam do walizki wsuniętej głęboko pod łóżko. To, co tam znalazłam, sprawiło, że krew odpłynęła mi z twarzy. W środku nie było ubrań. Były dokumenty. Mnóstwo dokumentów. Moje wyciągi bankowe, do których nie powinna mieć dostępu. Ale najgorszy był mały, różowy notes. Kinga pisała pamiętniki od dziecka.

Otworzyłam go na chybił trafił. „24 czerwca: Idiotka dała mi hasła do systemu. Już zmieniłam zamówienia. Będzie dym. Jacek coraz częściej na nią narzeka. Mówi, że Paulina jest wiecznie zmęczona i go nie pociąga. Dziś zrobiłam mu masaż karku. Powiedział, że mam magiczne ręce”.

Przewróciłam stronę, dłonie mi się trzęsły. „10 lipca: Plan z tortem musi wypalić. Jeśli straci ten kontrakt, Jacek nie będzie chciał żony-nieudacznika. Jest taki łatwy. Kiedy to wszystko się skończy, cukiernia będzie moja. Zmienię nazwę”.

To nie była tylko zdrada. To była precyzyjnie zaplanowana operacja przejęcia mojego życia. Moja własna siostra, której dałam dach nad głową, planowała odebrać mi firmę i faceta, robiąc ze mnie wariatkę.

Potrzebowałam czegoś więcej

Chciałam biec do Jacka, pokazać mu notes. Zatrzymałam się. Co, jeśli ona to wytłumaczy? Co, jeśli powie, że sama to napisałam? Potrzebowałam czegoś więcej. Wieczorem wróciłam do domu wcześniej, niż zapowiedziałam. Samochód Jacka stał na podjeździe. Weszłam cicho, nie zapalając świateł. Słyszałam głosy dochodzące z kuchni.

– ...ona naprawdę jest nieobliczalna, Jacku. Boję się o nią – to był głos Kingi, miękki, pełen fałszywej troski. – Dla jej dobra, dla waszego dobra, ja mogę zająć się cukiernią, znam już wszystko.

– Nie wiem, Kinga... To poważna decyzja – Jacek brzmiał na zmęczonego, ale nie protestował! On to rozważał – Ale masz rację, od kiedy przyjechałaś, widzę, że z nią jest coraz gorzej. Może faktycznie lepiej, żebyś trzymała rękę na pulsie. Jesteś silna, zaradna...

Zajrzałam do kuchni. Siedzieli przy stole, bardzo blisko siebie. Dłoń Kingi spoczywała na dłoni Jacka. On gładził ją kciukiem.

Dziękuję, że jesteś – szepnął Jacek. – Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

– Zawsze będę, Jacku. Myślimy podobnie. Pasujemy do siebie... – Kinga przysunęła się bliżej. Ich twarze dzieliły milimetry.

W tym momencie nie wytrzymałam. Weszłam. Odskoczyli od siebie jak oparzeni.

– Brawo – powiedziałam, klaszcząc powoli. Mój głos był zimny jak lód, dziwnie spokojny. – Piękny spektakl. Naprawdę, Kinga, powinnaś iść do szkoły aktorskiej, a nie do cukiernictwa.

– Paulina, to nie tak jak myślisz... – zaczął Jacek, wstając.

– Zamknij się – warknęłam. Rzuciłam różowy notes na stół, prosto przed nich. – Przeczytaj to. Strona dwudziesta czwarta i dziesiąta. Czytaj na głos!

Kinga zbladła. Rzuciła się w stronę notesu, ale byłam szybsza. Przycisnęłam go dłonią do blatu.

– Czytaj! – krzyknęłam tak głośno, że aż szyby zadrżały.

Jacek wziął notes drżącymi rękami. Kinga stała w kącie, dysząc ciężko. Jej maska opadła. Teraz widziałam na jej twarzy tylko czystą nienawiść. W miarę jak Jacek czytał, jego twarz zmieniała kolory.

– „Jacek jest taki łatwy"... – przeczytał szeptem. Spojrzał na Kingę. – Co to jest?

– To jej wymysły! Ona to napisała! – wrzasnęła Kinga, ale w jej głosie była histeria, która zdradzała wszystko.

– To twój charakter pisma, Kinga – powiedział Jacek cicho. – Znam go. Pisałaś mi listy zakupów.

W kuchni zapadła cisza. Patrzyłam na nich – na mężczyznę, którego miałam poślubić, i na siostrę, która chciała mnie zniszczyć. Czułam obrzydzenie. Do niej, za jej podłość. Do niego, za jego naiwność i brak lojalności. Że tak łatwo dał sobie wmówić bzdury. Że nawet przez chwilę nie stanął po mojej stronie.

– Wynoście się – powiedziałam.

– Paulina, kochanie, ja nie wiedziałem... Ona mną manipulowała – Jacek próbował podejść, dotknąć mnie.

Cofnęłam się.

– Nie dotykaj mnie. Dla mnie to koniec. Wynoście się oboje. Natychmiast.

Kinga, widząc, że przegrała, wyprostowała się. Uśmiechnęła się krzywo.

– I tak zawsze byłaś nudna, Paulina. Zawsze idealna, zawsze lepsza. Nienawidziłam tych twoich sukcesów. Należało ci się.

– Może i tak – odparłam, otwierając drzwi wejściowe na oścież. – Ale ty zawsze będziesz tylko pasożytem.

Gorzki smak zwycięstwa

Wyrzucenie ich z domu zajęło mi godzinę. Jacek płakał, prosił, błagał. Kinga wyszła z podniesioną głową, rzucając przekleństwami. Zmieniłam zamki tej samej nocy. Minęły trzy miesiące. Jestem sama. Odzyskałam kontrolę nad cukiernią, choć odbudowanie zaufania klientów zajęło trochę czasu. Rodzice są podzieleni – mama wciąż uważa, że byłam zbyt surowa dla Kingi, że „powinnam zrozumieć jej zagubienie”. Zerwałam z nimi kontakt na jakiś czas. Muszę dbać o siebie.

Czasami, gdy siedzę w mojej kuchni, która znów jest tylko moja, czuję pustkę. Boli mnie serce, gdy myślę o Jacku. Boli mnie zdrada siostry. Ale potem patrzę na moją cukiernię, na moje „królestwo”, które przetrwało ten szturm. Jestem poturbowana, ale stoję. Nauczyłam się, że czasami to właśnie najbliżsi najgorzej ci życzą. Moje życie nie jest już słodkie jak pączek z lukrem. Ma teraz posmak gorzkiej czekolady. Ale wiecie co? To też może być wykwintne. I co najważniejsze – jest w stu procentach moje.

Paulina, 32 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama