Reklama

Całe życie byłam raczej z tych, co się nie wychylają. Robiłam swoje: pracowałam, wychowywałam dzieci, płaciłam rachunki na czas. Nie oczekiwałam za to oklasków. Nie cierpię dramatyzowania, ale nie mogę powiedzieć, że los mnie rozpieszczał. Mąż zmarł wcześnie, a ja zostałam z dwójką dzieci. Dałam radę – bo co miałam zrobić? Wzięłam dodatkowe zlecenia, zrezygnowałam z wakacji i kupowania sobie ciuchów, żeby tylko dzieci miały wszystko, czego potrzebują.

Córkę zawsze stawiałam za wzór – dobrze się uczyła, była rozsądna. Przynajmniej tak mi się wtedy wydawało. Bo dziś... cóż, dziś zaczynam mieć wątpliwości, czy ja w ogóle znam tę kobietę, którą urodziłam. W dobrej wierze podałam jej rękę, kiedy miała ciężki moment, a ona najzwyczajniej w świecie... mnie wykorzystała.

Byłam naiwna

– Naprawdę nie wiem, co robić... – Justyna krążyła po moim salonie jak tygrysica w klatce. – Wiesz, że nie jestem typem, który żebrze o pomoc, ale... no sama widzisz, co się dzieje.

– Widzę – odpowiedziałam spokojnie, choć nieco z rezerwą. – Wiem, że miałaś oszczędności. I że Kamil miał jakąś wypłatę z ubezpieczenia po zwolnieniu.

– Miał – przyznała, siadając z hukiem na wersalce. – I wszystko się rozeszło. Dzieci, opłaty, kredyt na auto. Zresztą, sama wiesz, że teraz wszystko kosztuje jak złoto. I jeszcze ta choroba Maksa…

Westchnęłam. Mały rzeczywiście chorował ostatnio non stop – przeziębienia, zapalenie ucha, wizyty u specjalistów. Każda taka wizyta to przecież kolejne dwie stówy.

Ile ci potrzeba? – zapytałam w końcu, nie patrząc na nią, tylko na herbatę w filiżance.

– Na razie… może tysiąc? Wiesz, żeby do końca miesiąca jakoś przetrwać. Potem się odkuję. Obiecuję, mamo.

– Tysiąc to nie tragedia – mruknęłam. – Jednak nie mogę ci dawać tyle, co miesiąc. Mam tylko emeryturę.

– Wiem, wiem! – zapewniła pospiesznie. – To tylko teraz. Po prostu daj mi kartę, to sama wypłacę, dobra? Nie będziesz musiała się fatygować…

Zmarszczyłam brwi.

– Kartę?

Oddam co do grosza.

Powinnam się wtedy domyślić. Ale zamiast powiedzieć „nie”, powiedziałam:

– Dobrze, ale tylko na chwilę. I żadnych dużych wypłat, słyszysz?

Justyna pokiwała głową.

Zamurowało mnie

Przez pierwsze dni pożyczenie jej tej karty wydawało się nieszkodliwe. Justyna dzwoniła, mówiła, że coś wypłaciła „na aptekę”, „na czesne” albo „na paliwo”. Wszystko brzmiało racjonalnie. Ale potem…

– Znowu coś? – zapytałam, widząc jej numer na wyświetlaczu.

– A skąd! Tym razem chciałam się upewnić, czy mogę kupić buty dla Leny. Wiesz, zimowe, bo stare już się rozklejają, a jutro śnieg zapowiadają. Czterysta złotych… Przejdzie?

Zawahałam się.

– Czterysta? Na dziecięce buty?

– Mamo, chcesz, żeby się po śniegu ślizgała w trampkach? To dobre, porządne buty. Pamiętasz, jak ty zawsze mówiłaś, że na stopach się nie oszczędza?

– Mówiłam... – mruknęłam niechętnie.

– Właśnie. No mamo...

Chciałam powiedzieć „nie”, ale język jakby mi stanął kołkiem w gardle.

– Tylko dzisiaj – zaznaczyłam. – I nic więcej, słyszysz?

– Jesteś kochana, naprawdę! Wszystko ci potem oddam, jak tylko będę mogła. Obiecuję! – wyrzuciła z siebie i już się rozłączała.

Następnego dnia sprawdziłam saldo. Z konta zniknęło ponad 1100 złotych. Zadzwoniłam. Odebrała po trzecim sygnale.

– Mówiłaś o butach. Czterysta. Gdzie się podziało reszta?

– Mamo, tylko się nie denerwuj… Przecież wiesz, jak jest. A ty i tak nie korzystasz z tych pieniędzy codziennie, prawda?

Zamurowało mnie.

Zrobiło mi się niedobrze

– Mamo, nie przesadzaj – powiedziała z westchnieniem, jakbym się czepiała bez powodu. – Wiesz, że te pieniądze nie idą na głupoty.

– A ja mam ci wierzyć na słowo? – prychnęłam. – To ja przez czterdzieści lat pracowałam na tę emeryturę.

– Przecież nie masz żadnych potrzeb – odpowiedziała, jakby to była rzecz oczywista. – Masz mieszkanie, nie płacisz za dojazdy, nie kupujesz ciuchów... no i jesteś sama. To nie tak, że głodujesz, mamo.

– Ty mnie teraz rozliczasz z tego, co i ile jem?! – podniosłam głos, nieco zbyt głośno.

Nawet kot się zerwał z parapetu.

– Nie o to mi chodziło. Po prostu… no przecież chcesz nam pomóc, prawda? Chcesz, żeby dzieci miały ciepłe buty i lekarstwa.

– Już ci pomogłam, a nie oddałaś ani grosza. A teraz widzę, że traktujesz moją kartę jak swoją własność!

Po drugiej stronie cisza.

– Justyna?

– No dobrze, może trochę się zagalopowałam – wymamrotała. – Ale wiesz, mamo, jak człowiek wie, że coś może, to się łatwiej do tego przyzwyczaja.

– Czyli się przyzwyczaiłaś, że moje pieniądze są twoje?

– Nie o to chodzi... Po prostu... było mi wygodnie. Już ci oddam kartę, dobrze?

– Tak, oddaj. I zablokuję ją jeszcze dzisiaj. Sama sobie poradzisz – powiedziałam twardo.

– Serio? – burknęła z żalem. – A potem się dziwisz, że niektórzy ludzie wolą w ogóle nie utrzymywać kontaktu z rodzicami…

Zrobiło mi się niedobrze. Wiedziałam, że właśnie zaczęła mną manipulować.

Zrobiła ze mnie bankomat

Kilka dni później przyszła bez zapowiedzi. Miała minę męczennicy.

Przyniosłam ci coś do jedzenia – rzuciła, jakby chciała pokazać, że jednak coś „oddaje”.

– Dziękuję – odparłam chłodno, nie ruszając się z fotela. – Nie jestem głodna.

Usiadła naprzeciwko i spojrzała na mnie z udawanym zdziwieniem.

– Wiem, że jesteś zła, ale czy naprawdę trzeba robić taką aferę o te kilkaset złotych ?

– To nie o pieniądze. To o zasady. Nie możesz brać czegoś, co nie jest twoje, tylko dlatego, że ci się wydaje, że masz prawo.

– Ale ja mam prawo! – podniosła głos. – Jestem twoją córką! Czy dzieci nie mogą liczyć na swoich rodziców?

– Oczywiście, że mogą. Ale nie kosztem tego, że rodzic musi się tłumaczyć z każdego grosza, który wyda na siebie.

– Ty chyba nie rozumiesz, jak działa rodzina, mamo – syknęła. – W rodzinie się wspiera. A ty się zachowujesz, jakbyś miała mnie za obcą.

– Bo zrobiłaś ze mnie bankomat.

Przesadzasz – burknęła, wpatrując się w stół.

– A ty lekceważysz. Twoja wersja „wsparcia” to zabranie mi kontroli nad moimi pieniędzmi.

– Wiesz co? – wstała gwałtownie. – Może rzeczywiście nie mam tu czego szukać. Tylko nie płacz potem, że nikt cię nie odwiedza.

Trzasnęły drzwi. Zostałam sama.

Zrobiło mi się zimno

Nie widziałyśmy się przez ponad dwa tygodnie. Cisza, żadnego SMS-a, żadnego telefonu. I może nawet bym się przyzwyczaiła, może nawet poczuła ulgę… gdyby nie moja wnuczka, która pewnego dnia zadzwoniła ze szkoły.

– Babciu, możesz mnie odebrać? Mama się spóźnia, a nauczycielka już się niecierpliwi.

– A co się stało z mamą?

– Nie wiem, mówiła, że ma coś ważnego, ale nie odbiera. Możesz?

Pojechałam. Lena wbiegła do samochodu, uśmiechnięta, ale zamyślona.

Mama ostatnio jest jakaś dziwna – powiedziała, zapinając pas.

Zrobiło mi się zimno. Zawiozłam ją do domu. Córka już czekała pod blokiem. Rzuciła mi krótkie „dzięki” i już chciała wracać do mieszkania, ale zawołałam ją.

– Musimy porozmawiać.

– Serio, teraz?

– Teraz.

Westchnęła, przewróciła oczami jak nastolatka i stanęła przy aucie.

Nie możesz przerzucać swoich frustracji na dzieci – powiedziałam cicho.

– A co ty możesz wiedzieć, jak mi jest ciężko?! – syknęła. – Nie będę cię przepraszać za to, że miałam trudny czas.

Nie chcę przeprosin. Chcę, żebyś zrozumiała, że albo się szanujemy, albo nic z tego nie będzie.

Popatrzyła na mnie długo. A potem powiedziała tylko:

– Dobra. Masz rację, ale to nie znaczy, że cię potrzebuję.

Uroniłam łzę

Minął miesiąc. Justyna nie zadzwoniła. Ja też nie. Byłam spokojniejsza, choć nie będę udawać – bolało. Najbardziej brakowało mi dzieci. Leny, która zawsze siadała mi na kolanach i Maksa, który tak śmiesznie mówił „babujcia”. Pewnego dnia, w sobotę rano, usłyszałam dzwonek do drzwi. Otworzyłam z sercem w gardle.

– Cześć, mamo – powiedziała Justyna. – Nie przyszłam po pieniądze. Tylko pogadać.

Wpuściłam ją bez słowa. Usiadła na starym fotelu naprzeciwko mnie. Milczała przez chwilę, jakby szukała właściwych słów.

– Nie jestem dumna z tego, jak się zachowałam. Ty dałaś mi wsparcie, a ja się zachłysnęłam. Poczułam, że mogę więcej. Że... mi się należy.

– To nie pierwszy raz, kiedy ktoś poczuł, że mu się coś należy – powiedziałam cicho. – Ale pierwszy raz, kiedy zrobiła to moja córka.

– Wiem – spuściła głowę. – Teraz szczegółowo planuję domowy budżet. Codziennie sobie zapisuję wydatki w zeszycie.

– I co, działa?

– Lepiej niż myślałam. Wiesz... Lena powiedziała, że kiedy odbierałaś ją wtedy ze szkoły, czuła się bezpieczna. I że tęskni.

– Ja też.

Mogę czasem przyjść? Bez próśb, bez ukrytych intencji?

– Możesz. Ale pamiętaj, że drzwi, jak się zamkną z trzaskiem... nie zawsze da się je otworzyć od razu.

Uśmiechnęła się smutno.

– Wiem. Będę pukać. Aż usłyszysz.

I wtedy dopiero pozwoliłam sobie na łzę.

Wanda, 71 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:

Reklama
Reklama
Reklama