– Kto normalny pakuje się nad morze w połowie października? – Beata pokręciła głową, patrząc na mnie jak na wariatkę, po czym ostawiła pustą filiżankę na spodek.

Siedziałyśmy w ciasnej kuchni naszych rodziców. Zapach mocnej czarnej kawy mieszał się z zapachem pieczonego ciasta, ale atmosfera przy stole robiła się gęsta. Dla mojej siostry urlop bez upału, parawanów i wrzeszczących tłumów na plaży po prostu nie istniał.

– Ja jedność ze światem znajduję wtedy, kiedy nikt mi nie depcze po piętach – odparłam spokojnie, biorąc łyk naparu. – Zero kolejek po smażoną rybę, pustki na ścieżkach, chłodny wiatr, który wreszcie przewietrzy mi głowę. DLA mnie to brzmi jak raj.

Zobacz także

– Raj? Przecież tam piź... przepraszam, wieje tak, że ci głowę urwie! – Beata prychnęła pod nosem. – Pizga deszczem, piasek lepi się do butów. Trzeba było z nami jechać w lipcu do Dźwirzyna. Przynajmniej dzieciaki miałyby z ciebie pożytek, a tak to siedziałaś sama w domu.

– Beata, wasze dzieci mają rodziców – zrewanżowałam się lekkim uśmiechem. – Ja nie jestem darmową animatorką na etat.

Do dyskusji natychmiast włączyła się mama, krojąc szarlotkę z miną męczennicy.

– Karola, ale siostra dobrze mówi. Masz już przecież czterdzieści lat na karku. Kiedy ty w końcu pomyślisz o jakiejś własnej rodzinie, o dzieciach?

– Mamo, żeby tworzyć rodzinę, wypadałoby mieć z kim – wywróciłam oczami. – Na siłę mam kogoś ze sobą zameldować?

 – Tylko ty ciągle tylko praca, zakład, klientki... I tak w koło macieju.

– A ty w ogóle planujesz jeszcze kiedyś stanąć na ślubnym kobiercu? – wypaliła mama, patrując na mnie z taką litością, jakbym była co najmniej terminalnie chora. – Żebyś na starość sama nie została w czterech ścianach z kotem...

– Ojej, zobaczcie, która godzina! – wstałam gwałtownie, udając przerażenie i wskazując na zegarek. – Zaraz mam klientkę na koloryzację, muszę pędzić!

Uciekłam z tej przesłuchaniowej atmosfery szybciej, niż zdążyły podać deser. Trudno wytłumaczyć najbliższym, że brak partnera to nie moja życiowa porażka, tylko świadomy wybór. Nie zamierzałam brać pierwszego z brzegu faceta tylko po to, by uspokoić rodzinną radę nadzorczą. Aplikacje randkowe dawno skasowałam, bo poziom serwowanych tam znajomości doprowadzał mnie do rozpaczy.

Dźwięk, który doprowadzał mnie do szaleństwa

Kiedy pociąg relacji Warszawa-Kołobrzeg ruszył ze stacji, wreszcie poczułam, jak zejdzie ze mnie całe napięcie. Siedziałam przy oknie, patrzyłam na przesuwające się krajobrazy i z satysfakcją myślałam o tym, że bycie dojrzałą, niezależną kobietą ma potężne zalety. Byłam jak nadmorski kurort po sezonie – bez zbędnego szumu, dostępna tylko dla tych, którzy potrafią docenić prawdziwy spokój.

Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek telefonu. Na ekranie wyświetliło się słowo "Mama".

– Karoluś, dojechałaś? Jak tam? – usłyszałam w słuchawce zatroskany głos.

– Mamo, pociąg dopiero ruszył z Warszawy. Wszystko jest w porządku.

– Uważaj na siebie, błagam cię. Taka samotna kobieta w podróży to łatwy cel. Nie rozmawiaj z obcymi, nie spaceruj po zmroku, pilnuj portfela...

– Mamo – przerwałam jej z przekorą. – To mam wreszcie kogoś poznać i szukać męża, czy mam uciekać przed każdym, kto się do mnie uśmiechnie?

– No... ale nie w pociągu! I nie jakiegoś obcego! – zmieszała się na moment.

– Obiecuję, że będę ostrożna. Buziaki, rozłączam się, bo chcę poczytać.

Wyciągnęłam z torby gruby kryminał i rozgościłam się w fotelu. Moja sielanka nie trwała jednak długo. Z przodu wagonu zaczął dobiegać potężny, rytmiczny dźwięk.

Khhhhh... psssss... Khhhhhh...

To nie było zwykłe chrapanie

To przypominało pracę uszkodzonej sprężarki. Od małego cierpiałam na ogromną wrażliwość na ludzkie odgłosy – mlaskanie, głośne sapanie czy właśnie chrapanie doprowadzały mnie do wewnętrznej białej gorączki. A im byłam starsza, tym mniej miałam cierpliwości.

– No nie, no po prostu nie wytrzymam! – mruknęła starsza pani siedząca po drugiej stronie przejścia, składając gazetę. – Pociąg to nie sypialnia w ciechocińskim sanatorium!

Nastolatki w rzędzie obok założyły na uszy wielkie słuchawki, jakiś gość w garniturze wpatrywał się w laptopa jak w obrazek, a reszta pasażerów zaczęła przewracać oczami. Dźwięk tymczasem przybierał na sile, dosłownie wprawiając szyby w drżenie. Po dziesięciu minutach tej akustycznej udręki nie wytrzymałam. Wstałam z miejsca, zdecydowana wypowiedzieć wojnę winowajcy. Byłam przekonana, że zastanę tam schorowanego staruszka albo mocno podchmielonego gościa. Tymczasem w fotelu spoczywał postawny, naprawdę przystojny facet w moim wieku, w sportowej bluzie i z zadbanym zarostem.

Podeszłam bliżej i mocno szturchnęłam go w ramię.

– Halo! Proszę pana! – zawołałam.

Mężczyzna jedynie stęknął i przewrócił się na drugi bok, chrapiąc jeszcze głośniej. Szturchnęłam go ponowie, tym razem mocniej.

– Przepraszam bardzo, czy mógłby pan wreszcie wstać?! – wypaliłam głosem ostrym jak brzytwa.

Mężczyzna uchylił jedno oko, patrzył na mnie całkowicie przytomny i wyraźnie zdezorientowany.

– Co się stało? Pali się? – wymamrotał, przecierając twarz.

– Nie, ale pan zaraz rozniesie ten wagon! – wyrzuciłam z siebie. – Chrapie pan tak głośno, że nikt w tym pociągu nie może przeczytać ani jednego zdania, o myśleniu nie wspominając!

W tym samym momencie obok mnie wyrosła starsza kobieta z gazetą w dłoni.

Ten to ma tupet

– Panie szanowny! – wtrąciła się z powagą godną prokuratora. – Pan tak drzesz tę klatkę, jakbyś pan zaraz miał wyzionąć ducha! Mój nieboszczyk Marian identycznie rzęził na godzinę przed śmiercią! Najpierw takie gwizdanie w płucach, potem charczenie, a potem... kaput! Cisza na wieki!

Słysząc tę neurologiczną diagnozę postawioną w pociągu, nie zdołałam opanować śmiechu i parsknęłam na cały wagon. Mężczyzna natychmiast usiadł prosto, podrapał się po karku i spojrzał na nas z rozbawieniem.

– Zapewniam państwa, że moje serce bije jak dzwon i nie planuję umierać w drodze do Kołobrzegu – powiedział z rozbrajającym uśmiechem. – Choć muszę przyznać, że po takiej zapowiedzi sam zacząłem się bać.

Starsza pani prychnęła, pokręciła głową i wróciła na swoje miejsce. Ja jednak wciąż stałam w przejściu, przyglądając mu się uważniej. Miał niesamowicie ciepłe, piwne oczy i urocze dołeczki w policzkach, gdy się uśmiechał.

– Bardzo przepraszam – dodał cichszym, miłym głosem, patrując prosto na mnie. – Padam na twarz. Od kilkunastu miesięcy pracuję po szesnaście godzin dziennie. To mój pierwszy wyjazd od niepamiętnych czasów.

– Rozumiem zmęczenie, ale to naprawdę ciężka próba dla otoczenia – odpowiedziałam już znacznie łagodniejszym tonem.

– W ramach zadośćuczynienia dajesz mi pani pełne prawo do szturchania mnie za każdym razem, gdy zacznę wydać niepokojące dźwięki – puścił do mnie oko. – Wolę nie przegapić momentu własnego zgonu, skoro sąsiadka już wydała wyrok.

Niespodziewane spotkanie na stacji

Reszta drogi minęła w całkowitym spokoju. Mężczyzna pilnował się, by nie zasnąć, a ja zdołałam dokończyć rozdział książki. Kiedy z głośników dobiegł zapowiedź naszej stacji docelowej, wstałam z miejsca i spakowałam rzeczy. Przy wyjściu z wagonu natknęłam się na mojego niedawnego "prześladowcę".

– Wygląda na to, że oboje celujemy w ten sam nadmorski mikroklimat – odezwał się, stając obok mnie z wielkim plecakiem.

– Na to wygląda – uśmiechnęłam się.

– Służbowo czy ucieczka od świata? – dociekał z wyraźną ciekawością.

Pociąg wyhamował ze zgrzytem kół, a drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka rześkie, morskie powietrze.

– Urlop. Zdecydowanie ucieczka. Potrzebuję kilku dni absolutnej ciszy – odpowiedziałam, schodząc po stopniach na peron.

– W takim razie życzę udanego wypoczynku. A gdyby szukała pani jakichś hałasów dla odmiany... wie pani, gdzie mnie szukać. Pozna mnie pani po chrapaniu! – zażartował, pomachał mi dłonią i rzucił na odchodnym: – Trzymaj się ciepło!

Patrzyłam, jak znika w tłumie pasażerów, i przeszła mnie nagła myśl, że... szkoda. Gdyby zaproponował wspólną kawę albo krótki spacer promenadą, pewnie bym nie odmówiła. Zaraz jednak sprowadziłam się na ziemię. Tak przystojny, głośny i dowcipny facet na pewno ma w domu żonę i dwójkę dzieci.

Niewielki pensjonat, w którym zarezerwowałam pokój, usytuowany był tuż przy samej wydmie. Pokój pachniał sosnowym drewnem i świeżą pościelą. Gdy tylko rozpakowałam kosmetyczkę, otworzyłam podwójne drzwi balkonowe. Widok był obłędny – szare, wzburzone morze zlało się z ołowianym niebem, wiatr targał włosy, a krzyki mew dodawały całości niesamowitego uroku.

Boże, jak tu cudownie spokojnie... – westchnęłam głośno do siebie, opierając się o drewnianą balustradę i przymykając oczy.

– Z tą ciszą to bym jednak tak bardzo nie ryzykował – dobiegł mnie nagle rozbawiony, męski głos z bardzo bliska.

Widok z balkonu i szokujący zwrot akcji

Otworzyłam oczy tak szybko, że aż zakręciło mi się w głowie. Na sąsiednim balkonie, oddzielonym od mojego zaledwie niską, drewnianą ścianką, stał niedawny towarzysz z pociągu. Trzymał w rękach kubek z parującym napojem i patrzył na mnie z niedowierzaniem.

– Ty?! – wypaliłam, kompletnie zapominając o jakichkolwiek konwenansach.

– Nie wyglądasz na zachwyconą – zaśmiał się, opierając się o barierkę. – A ja właśnie układałem w głowie misterny plan, jak zapytać, czy nie wypiłabyś ze mną herbaty...

– Żeby od razu spłacić dług za bezsenną noc, którą przez ciebie spędzę przez tę cienką ściankę? – odpowiedziałam automatycznie, zanim zdążyłam pomyśleć.

Mężczyzna wyrzucił głowę do tyłu i wybuchnął głośnym, szczerym śmiechem.

– Uwielbiam twoją ciętą ripostę! – powiedział, patrując na mnie z wyraźnym zachwytem. – Zwykle nie jestem taki natarczywy, ale naprawdę masz w sobie coś niesamowitego. Do nocy jeszcze daleko, więc kto wie... może wcale nie sen będzie dzisiaj naszym największym problemem.

Poczułam, jak na moje policzki wypływa palący rumieniec. Czułam się jak nastolatka przyłapana na pomyłce, a jednocześnie w klatce piersiowej poczułam przyjemne, dawno zapomniane ściskanie.

– Przepraszam, głupi żart, nie mogłem się powstrzymać – dodał szybko łagodniejszym tonem, widząc moją reakcję. – Tylko błagam, nie uciekaj do pokoju.

– Nie zamierzam uciekać – odparłam, próbując opanować głos.

– Zauważyłem za to, jak ślicznie się czerwienisz. Dokładnie tak jak teraz! – znów uśmiechnął się uroczo. – A co do mojego chrapania, obiecuję poprawę. Po pierwsze, ściany w tym budynku są grube. Po drugie... wystarczy, że zabierzesz mnie na długi spacer brzegiem morza. Po zimnym wietrze będę spał jak niemowlę.

– Czy ty zawsze tak sprawnie przechodzisz od narzekania na zmęczenie do flirtu? – zapytałam z uśmiechem.

– Tylko wtedy, gdy trafia mi się tak wyjątkowe towarzystwo. To jak będzie? Zgodzisz się na ten spacer? Dajmy na to... za godzinę? – zapytał, spoglądając na zegarek.

Spojrzałam w górę na ciemniejące chmury

– Zbiera się na solidną ulewę... – zauważyłam.

– To weźmiemy jeden, bardzo duży parasol – odparł bez namysłu. – Mam na imię Damian. A ty?

– Karolina – odpowiedziałam.

Wyciągnął dłoń ponad ścianką dzielącą nasze balkony. Uścisnęłam ją, a on przytrzymał moje palce nieco dłużej, niż nakazywała zwykła uprzejmość.

– A zatem, Karolino... Jeśli znajdziesz niezawodny sposób na moje chrapanie, które wydaje się jedyną przeszkodą na drodze do naszego wspólnego szczęścia, to obiecuję, że natychmiast poproszę cię o rękę.

– A ja obiecuję, że wtedy nie odmówię – odpowiedziałam ze śmiechem.

Oboje dotrzymaliśmy danego tamtego popołudnia słowa.

Karolina, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: