– Mamo, co mam robić? Nudno mi… – w wejściu do kuchni stanęła pięcioletnia Tosia z potarganymi lokami.
WIDEO…
– Słoneczko, daj mamie chwilę. Kończę obiad – odpowiedziałam spokojnie, mieszając bulion.
– Nie mogę znaleźć żyrafki. I nie mam z kim się bawić – poskarżyła się, uderzając kapciem o podłogę.
Zamknęłam oczy i przycisnęłam dłonie do skroni. „Byle nie znowu ten pulsujący ból…” – przemknęło mi przez myśl.
– Dobrze, puścimy ci kreskówkę – powiedziałam po chwili.
Tosia klasnęła z radości. Z Wojtkiem, który był lekarzem, pilnowaliśmy zwykle, żeby córka nie siedziała godzinami przed ekranem, ale tego dnia nie miałam już energii na dyskusje. Prawie nie spałam, a sobota, zamiast być chwilą odpoczynku, znów wyglądała tak samo. Wojtek pojechał do swojej matki, bo źle się poczuła i potrzebowała pomocy. A ja zostałam sama. Znów. Weekendy kiedyś dawały mi namiastkę normalności. W tygodniu mąż niemal nie wychodził z pracy, więc soboty były jedynym momentem, kiedy mogliśmy pobyć razem. Spacer, wspólne śniadanie, zwykły film wieczorem. Tym razem od rana wiedziałam już, że nic z tego nie będzie. Włączyłam córce bajkę i usiadłam patrząc się w jeden punkt na ścianie. Ledwo usiadłam, telefon zaczął dzwonić.
– Marta, ty w ogóle jeszcze istniejesz? – usłyszałam roześmiany głos Dominiki.
Kiedyś pracowałyśmy razem w redakcji miejskiego portalu. Nadal próbowałyśmy utrzymywać kontakt, choć prawda była taka, że to ja ciągle wszystko przekładałam. Dziecko chore, mąż na dyżurze, brak czasu, brak siły.
– Cześć. Co u ciebie? – zapytałam zmęczonym głosem.
– Tyle się dzieje! Wróciłam właśnie z Portugalii i chyba zaczynam nowy związek – zaśmiała się. – Musimy się spotkać.
Słuchałam jej i czułam, jak coś ściska mnie w środku. Podróże. Restauracje. Nowi ludzie. Emocje. A moje życie? Pranie. Gotowanie. Zakupy. Klocki pod stopami. Wiecznie zmęczony mąż. Nieprzespane noce. I dziecko, które nie odstępowało mnie nawet na chwilę.
Brakowało mi oddechu
Wojtek wrócił dopiero wieczorem. Zapytałam, czy może wyskoczymy gdzieś razem. Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.
– Muszę kończyć habilitację – odpowiedział krótko.
I tyle. Kolejny wieczór spędziliśmy osobno. Następnego dnia Lena od rana była marudna i skarżyła się na ból brzuszka. Wojtek stwierdził, że nic jej nie dolega.
– Może jednak coś jej jest? – zapytałam ostrożnie.
– Naprawdę uważasz, że nie potrafiłbym tego ocenić? – odburknął wielki pan doktor.
Potem już prawie się do mnie nie odzywał. Poniedziałek dłużył się niemiłosiernie. Bawiłam się z córką, gotowałam, sprzątałam i bez celu chodziłam po mieszkaniu. Marzyłam tylko o tym, żeby wieczorem spokojnie usiąść z mężem i choć chwilę poczuć się jak dawniej. Ale zadzwonił, że zostaje na noc w szpitalu. Usiadłam na kanapie i nalałam sobie mocnej kawy.
– Pobaw się ze mną – poprosiła Tosia.
– Kochanie, mama naprawdę jest zmęczona.
– Ale ja nie się bawić sama.
Wdrapała się obok mnie i zaczęła szarpać mnie za rękaw.
– A gdzie twój królik? – próbowałam zmienić temat.
– Został w aucie taty…
Po chwili znowu zaczęła marudzić, że coś ją boli. Doskonale wiedziałam już, że wcale nie chodzi o ból. Chciała po prostu mojej uwagi.
– Tata jest w pracy – tłumaczyłam cierpliwie. – Nie możemy mu przeszkadzać.
Przypomniała mi się ostatnia sytuacja, kiedy pojechałam do niego do pracy. Był zły, że zawracam mu głowę podczas dyżuru.
– Będziesz się ze mną bawić po bajce? – zapytała Tosia.
– Potem idziemy się myć.
– Nie chcę! I jesteś niedobra! – krzyknęła.
Poczułam, jak coś we mnie pęka. Lenka zaczęła ciągnąć mnie za rękę coraz mocniej.
– Teraz! Chcę teraz!
– Dosyć! Idź do swojego pokoju! – podniosłam głos.
Przestraszyłam się własnych emocji
Tosia rozpłakała się i uciekła. A ja siedziałam nieruchomo z drżącymi rękami. Nigdy wcześniej nie czułam się tak fatalnie. „Co się ze mną dzieje?” – pomyślałam. – „Dlaczego zwykłe marudzenie dziecka doprowadza mnie do granic wytrzymałości?” Chciałam dolać sobie kawy, ale wiedziałam, że to byłby fatalny pomysł. Zadzwoniłam do Dominiki.
– Mam czasem wrażenie, że już dłużej nie dam rady – wyszeptałam do słuchawki. – Jestem ciągle sama. Wojtek żyje pracą. Moi rodzice mieszkają setki kilometrów stąd. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam chwilę tylko dla siebie.
Rozpłakałam się.
– Musisz odpocząć – powiedziała spokojnie. – Pojedź ze mną do spa. Sauna, masaże, cisza. Potrzebujesz tego bardziej niż myślisz.
– Brzmi pięknie. Tylko jak mam to zrobić?
– Twój mąż też jest rodzicem. Nie możesz wszystkiego brać na siebie.
Wieczorem próbowałam porozmawiać z Wojtkiem, ale rzucił tylko:
– Nie teraz.
Położyłam się wcześniej, bo Tosia od tygodni budziła się nocami z płaczem. Mąż przyszedł do łóżka dopiero po północy.
– Jesteś wykończony – powiedziałam cicho.
– Wszyscy są – odpowiedział i odwrócił się plecami.
Zaczęłam marzyć o ucieczce
Następnego dnia ponownie wspomniałam o wyjeździe. Ku mojemu zaskoczeniu Wojtek zgodził się niemal od razu.
– Jedź. Przyda ci się odpoczynek.
Nie pamiętałam już, kiedy ostatni raz usłyszałam od niego coś podobnego. Po jego wyjściu siedziałam chwilę w ciszy.
– Mamusiu, co dziś robimy? – zapytała Tosia.
Nie wiedziałam. W końcu postanowiłam odwiedzić swoją dawną redakcję. Poczułam się tam jak obca we własnym dawnym świecie. Budynek wyglądał znajomo, ale jednocześnie wszystko wydawało się inne. Przy wejściu siedział nowy ochroniarz, który patrzył na mnie podejrzliwie. Po chwili pozwolił mi wejść na górę. Dawne koleżanki przyjęły mnie serdecznie. Ktoś zrobił kawę, ktoś inny opowiadał o nowym projekcie. Telefony dzwoniły, ludzie biegali między pokojami. Przez krótką chwilę poczułam dawną siebie. Ale to minęło bardzo szybko.
Wszyscy byli zajęci pracą, spotkaniami i terminami. Ja siedziałam obok z dzieckiem na kolanach i czułam się jak ktoś z zewnątrz. Wróciłam do domu jeszcze bardziej przybita.Tylko ten wyjazd trzymał mnie przy zdrowych zmysłach. Myśl o weekendzie poza domem stała się dla mnie jedynym jasnym punktem. Kupiłam nowe ubrania, perfumy i kozaki. Pakowałam walizkę kilka dni wcześniej, jakbym przygotowywała się do podróży życia. Byłam szczęśliwa. Naprawdę szczęśliwa.
– Nie chcę, żebyś wyjeżdżała! – krzyknęła Tosia i specjalnie wylała sok na dywan.
Z trudem zachowałam spokój.
– Idź do pokoju – powiedziałam lodowatym tonem.
W głowie byłam już daleko od domu.
Wszystko runęło w jeden poranek
W czwartek Tosia obudziła się gorąca i osłabiona. Spojrzałam na termometr i momentalnie poczułam ucisk w gardle. Wiedziałam już, że nigdzie nie pojadę. I wtedy ogarnęło mnie poczucie winy. Bo zamiast martwić się chorobą córki, myślałam wyłącznie o straconym wyjeździe. Wieczorem Wojtek rozwiał wszelkie wątpliwości.
– Infekcja. Powinna zostać w domu.
– Miałeś się nią zająć – powiedziałam podniesionym głosem.
– Zdrowym dzieckiem tak. Chorym nie dam rady. Mam za dużo pracy.
Po tych słowach zamknęłam się w łazience i odwołałam wyjazd. Potem długo siedziałam na podłodze i płakałam. Nie dlatego, że ominął mnie weekend w górach. Płakałam, bo byłam zmęczona. Tak bardzo, że czasami przestawałam poznawać samą siebie. Nagle ktoś zapukał do drzwi.
– Mamusiu? Poczytasz mi bajkę?
Spojrzałam w lustro. Podkrążone oczy. Blada twarz. Obca kobieta.
– Dasz radę – powiedziałam do swojego odbicia.
Nie byłam pewna, czy to prawda. Usiadłam obok Tosi, a ona wtuliła się we mnie mocno.
– Kocham cię – wyszeptałam, całując jej ciepłe czoło.
I znowu poczułam łzy pod powiekami.
Marta, 36 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na Dzień Dziecka wręczyłam córce zegarek. Sądziłam, że to będzie piękny dar od serca, a nie usłyszałam nawet dziękuję”
- „W Dzień Matki ugotowałam najlepszą pomidorówkę specjalnie na przyjazd córki. A teraz siedzę sama nad talerzem zupy”
- „Codziennie haruję w ogrodzie, a synowej nie chce się nawet podlać róż. Za to na kawkę na tarasie biegnie jako pierwsza”



























