Reklama

Zapach rosołu unosił się w całym mieszkaniu, przesiąkał firanki, swetry i włosy. Gdzieś w tle grało radio, a ja mieszałam w garnku, starając się nie rozlać bulionu na świeżo wypastowaną podłogę. Przez uchylone okno wpadało blade, styczniowe światło i od czasu do czasu podmuch zimna. Śnieg sypał tak gęsto, że nie było widać bloku naprzeciwko. Wnuki miały zaraz przyjść – z wypiekami na twarzy, z laurkami ukrytymi pod kurtkami, z nieporadnie wyciętymi serduszkami i rysunkami, na których wyglądałam jak kłębek wełny z okularami.

Dzień Babci – zawsze dla mnie wyjątkowy. Od lat ta sama tradycja: obiad w moim mieszkaniu, rosół z lanymi kluskami, potem drugie danie, a później ciasto – najlepiej drożdżowe, z kruszonką, jakiego nikt inny nie piecze. Marek z żoną i dziećmi, Agnieszka z rodziną...Rozmowy przy stole, wspomnienia. Czasem ktoś się popłacze ze śmiechu, czasem ktoś wyleje kompot. Zawsze gwar, ciepło i ścisk. Rodzina. Ale tym razem... tym razem wszystko było inne.

Nikt o tym nie wiedział, ale od dawna żyłam z czymś, co nie dawało mi spokoju jak natrętna mucha. Coś, co ważyło więcej niż wszystko, co w życiu udźwignęłam. Decyzja, którą podjęłam po wielu nieprzespanych nocach. Wiedziałam, że lata lecą, że każdy Dzień Babci mógł być moim ostatnim. Czułam to w kościach. Serce od jakiegoś czasu biło inaczej, szybciej, ciężej. Gdy patrzyłam na Marka, mojego syna, ściskało mnie w gardle. Bo on nie wiedział. Nie miał pojęcia. A ja nie chciałam odejść z tym sekretem. Nie mogłam umrzeć z tym na duszy.

– Kacper, zostaw tę serwetkę, patrz jaka wygnieciona! – upomniałam wnuczka, gdy próbował zrobić z niej samolot.

– Babciu, babciu, a ja mam dla ciebie wierszyk! – zawołała Zosia, zrywając się z krzesła.

Uśmiechałam się, kiwałam głową, tuliłam ich wszystkich do serca. A ono biło jak oszalałe, bo wiedziałam, że za chwilę wypowiem słowa, które mogą rozsadzić wszystko. Które mogą przekreślić to, co budowałam całe życie. Ale prawda... prawda domagała się światła.

To ma być za żart?

Wiedziałam, że nie będzie idealnego momentu. Ale gdy Marek pochylił się, żeby dolać sobie kompotu, a dzieci bawiły się w najlepsze w drugim pokoju, uznałam, że nie mogę czekać. Serce waliło mi tak mocno, że przez chwilę nie słyszałam własnych myśli. Podniosłam się od stołu i oparłam dłoń na jego blacie, żeby nie zadrżała.

– Chciałabym wam coś powiedzieć – powiedziałam głośniej, niż zamierzałam.

Rozmowy ucichły. Agnieszka spojrzała na mnie z niepokojem, Marek przestał mieszać w talerzu. Spoglądał na mnie, jakby wyczuwał, że coś się dzieje, choć nie rozumiał jeszcze znaczenia tej ciszy.

– Marek...musisz wiedzieć, że Staszek...on nie był twoim biologicznym ojcem.

Słowa wisiały w powietrzu jak ołów. Nikt się nie ruszył. Przez chwilę słychać było tylko oddechy. Marek wbił we mnie wzrok, jakby próbował zrozumieć, czy się przesłyszał. Potem parsknął.

– To ma być za żart?

– To nie żart – odpowiedziałam cicho, ale stanowczo. – Ale to nie zmienia tego, że cię kochał. Że był twoim tatą. To on cię nosił na barana, budował ci sanki, zaprowadzał na mecze...

– Przestań! – krzyknął. – Co ty wygadujesz?!

– Nie mogłam tego dłużej trzymać w sobie. Chcę umrzeć z czystym sumieniem – powiedziałam. – To był tylko jeden błąd. Jeden wieczór. On o tym nie wiedział. Wychował cię jak swojego syna.

– Nie chcę tego słuchać! – Marek zerwał się od stołu.

– Marek, proszę cię... – zaczęła Agnieszka, ale on już zmierzał do drzwi.

– Nie. Mam dość. Zepsułaś wszystko. Wszystko! – warknął i wyszedł, trzaskając drzwiami.

Zadrżałam, ale nie płakałam. Nie mogłam. Patrzyłam na puste miejsce przy stole i miałam wrażenie, że czas się zatrzymał. Wnuki milczały. Agnieszka spuściła głowę, jakby się wstydziła, że to wszystko dzieje się w jej obecności. Nikt się nie odezwał. Nie było już śmiechów, nie było rozmów o szkole, o świętach, o pierogach. Tylko ta przeklęta cisza i ja – kobieta, która właśnie roztrzaskała własną rodzinę, bo nie chciała umierać z kłamstwem na ustach.

Czemu teraz?

Gdy wszyscy zaczęli się powoli zbierać, udając, że nie wiedzą, gdzie patrzeć, zostałam sama z Agnieszką. Pomagała mi sprzątać ze stołu, ale nie mówiła ani słowa. Odsuwała talerze, układała sztućce, jakby była poza tym wszystkim. Czekałam na cios, bo znałam swoją córkę – milczenie było najgorsze. W końcu się odezwała, nie patrząc na mnie.

– Mamo, czemu teraz?

Złożyłam obrus, żeby nie musieć odpowiadać od razu. Wciąż czułam drżenie rąk.

– Po co to było? – powtórzyła. – Mogłaś nic nie mówić. Nie teraz. Nie w taki sposób.

– Nie chciałam dłużej żyć z tym ciężarem – odpowiedziałam. – Kiedy jesteś młoda, myślisz, że wszystko da się przeczekać. Że czas przykryje prawdę. Ale czas tylko ją zakopuje.

– Rozwaliłaś rodzinę w jeden dzień – powiedziała twardo. – On ci tego nie wybaczy. Przez tyle lat trzymałaś to w sobie. I nagle uznałaś, że Marek musi wiedzieć? Tak po prostu?

– Nie po prostu. Myślisz, że to była łatwa decyzja?

– Nie wiem, mamo. Naprawdę nie wiem, co myśleć. I nie wiem, jak mam teraz spojrzeć Markowi w oczy.

Odwróciłam się do niej i powiedziałam, może zbyt ostro:

– Nie zniszczyłam niczego. Odsłoniłam prawdę. Czy to naprawdę tak trudno ją znieść?

– Tak – odparła bez wahania. – Tak, mamo. Bo to nie była twoja prawda. To było jego życie. A ty mu je właśnie wywróciłaś do góry nogami.

Zamilkła. Odłożyła filiżankę na blat z takim impetem, że aż zadrżał. Patrzyła przez chwilę w okno, za którym nadal padał śnieg.

– Ja byłam w trudnej sytuacji– dodałam po chwili. – Gdy się dowiedziałam, że jestem w ciąży, nie wiedziałam, co mam robić. Bałam się, że stracę wszystko. A potem... potem po prostu pozwoliłam życiu się toczyć. I tak już zostało.

– Więc po co teraz to wszystko?

– Bo nie chciałam, żeby Marek dowiedział się tego po mojej śmierci. Z jakiegoś papieru. Z rozmowy, którą ktoś kiedyś podsłucha. To nie byłoby fair. Wolałam, żeby usłyszał to ode mnie. Nawet jeśli mnie za to znienawidzi.

Nie odpowiedziała. Schowała ścierkę do szuflady, podniosła torbę i wyszła bez słowa. Zostałam sama w pustym mieszkaniu, z zapachem niedojedzonego obiadu i stygnącą kawą. Nie czułam ulgi. Nie czułam niczego poza ciężarem. Ale nie żałowałam.

Przez te wszystkie lata żyłem w kłamstwie

Zegar w kuchni przeskoczył na 22:10, kiedy usłyszałam pukanie do drzwi. Nie byłam już pewna, czy w ogóle zasnęłam, czy tylko tak siedziałam na fotelu, z kubkiem zimnej herbaty w rękach, gapiąc się w ścianę. Wiedziałam, że to Marek. Przeczuwałam, że wróci. Otworzyłam. Stał w progu, bez kurtki, w samym swetrze, przesiąknięty mroźnym powietrzem. Nie powiedział ani słowa. Wszedł do środka i usiadł w salonie, przy tym samym stole, z którego wybiegł kilka godzin wcześniej. Jego twarz była zimna, zacięta, ale oczy... oczy miał obce. Usiadłam naprzeciwko.

Powiedz mi wszystko – powiedział, jakby nie było sensu się witać. – Kim był mój ojciec?

Odchrząknęłam, ale głos i tak zadrżał.

– To był tylko jeden raz – zaczęłam. – Jerzego poznałam przypadkiem na jakimś spotkaniu u znajomych. Ze Staszkiem przechodziliśmy wtedy chwilowy kryzys. Potem Jerzy wyjechał z kraju, a kilka tygodni później dowiedziałam się, że jestem w ciąży.

Marek nie przerywał, słuchał w milczeniu. W końcu zapytał:

– Powiedziałaś mu o mnie?

– Nie. Nie chciałam niczego komplikować. Stanisław kochał mnie. Był czuły, odpowiedzialny. Był dobrym człowiekiem. Nie chciałam tego zniszczyć. Uznałam, że nikomu nic nie powiem. Ani Jerzemu, ani Staszkowi ani tobie. Byłam tchórzem. Niedawno dowiedziałam się, że Jerzy już nie żyje. Zmarł kilka lat temu.

– Przez ciebie przez te wszystkie lata żyłem w kłamstwie.

Marek wstał. Podszedł do drzwi. Zatrzymał się tylko na chwilę.

– Teraz nie jestem pewien, kim jestem.

Wyszedł spokojnie, ale z taką pustką w spojrzeniu, że poczułam, jak z każdą minutą oddala się ode mnie na zawsze. Drzwi zamknęły się za nim cicho. Wtedy pierwszy raz naprawdę poczułam strach.

Nie wiem, kim jestem

Marek długo się nie odzywał. Nie dzwonił, nie pisał. Agnieszka próbowała go przekonać, żeby porozmawiał ze mną, ale odsyłał ją zdawkowymi odpowiedziami. Wiedziałam, że się odciął. Że potrzebuje czasu. Ale czas nie goił, tylko pogłębiał ranę. A on nie był już dzieckiem, które można było objąć i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Po miesiącu odebrał ode mnie telefon. Z trudem, jakby tylko po to, żeby coś zamknąć.

– Znalazłem ją – powiedział. – Siostrę Jerzego. Jeszcze żyje. Mieszka na Śląsku.

– I co? – zapytałam cicho.

Jadę do niej.

Nie odpowiedziałam. Nie miałam prawa pytać, co chce tam znaleźć. Tego wieczoru nie zadzwonił. Dopiero kilka dni później napisał jedno zdanie: „Nie wiem, kim jestem, ale wiem, że nie jestem tym samym człowiekiem co przedtem.”

Bożena, 74 lata


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama