Decyzja o remoncie naszej jedynej łazienki dojrzewała w nas od dwóch lat. Zbieraliśmy z Magdą każdy wolny grosz, rezygnując z droższych wakacji i wyjść do restauracji. Chcieliśmy, żeby wszystko było zrobione porządnie – wymiana rur, nowa kabina prysznicowa typu walk-in, eleganckie wielkoformatowe płytki, które Magda wypatrzyła w jednym z katalogów wnętrzarskich. Kiedy w końcu uzbieraliśmy odpowiednią kwotę, zaczęliśmy szukać ekipy. I wtedy na niedzielnym obiedzie u teściów temat podłapał Karol, starszy brat mojej żony.
WIDEO…
– Szukacie fachowca, a fachowiec siedzi przy tym samym stole – powiedział z pełnymi ustami, nakładając sobie kolejną porcję pieczeni. – Po co macie dawać zarobić jakimś obcym naciągaczom? Zrobię wam to po kosztach, rodzinnie, a przy okazji będę miał co robić, bo u mnie w firmie teraz lekki przestój.
Spojrzałem na Magdę. Znałem Karola od lat. Zawsze miał wielkie plany, zawsze był najmądrzejszy w każdym temacie, ale jego kariera zawodowa przypominała raczej sinusoidę. Czasem pracował na budowach w Niemczech, czasem dłubał coś przy wykończeniówce w Polsce. Magda posłała mi jednak spojrzenie pełne nadziei. Wiedziałem, że bardzo chciała pomóc bratu, który od kilku miesięcy narzekał na brak płynności finansowej.
– Jesteś pewien, że znajdziesz czas? – zapytałem ostrożnie. – Zależy nam na tym, żeby uwinąć się w miarę szybko.
– Artur, obrażasz mnie – żachnął się Karol, ocierając usta serwetką. – Taka łazieneczka to dla mnie dwa, góra trzy tygodnie roboty. Będziecie mieli zrobione na błysk. Zaufaj mi.
– Karol, serio, nie chcę później żadnych niedomówień. My naprawdę nie możemy sobie pozwolić na przedłużanie, rozumiesz? – dopytywałem, patrząc mu prosto w oczy.
– Słowo daję. Zacznę od poniedziałku, zobaczycie, będziecie jeszcze polecać mnie znajomym – zapewnił, uśmiechając się szeroko.
Zgodziliśmy się. To był mój pierwszy i największy błąd.
Puste obietnice i wieczne przerwy
Na czas remontu przenieśliśmy się do teściów. Początki wyglądały nawet obiecująco. Karol wpadł w poniedziałek rano, z impetem wyburzył stare kafelki, wyniósł gruz. Zrobił w mieszkaniu potworny bałagan, ale pomyślałem: okej, remont musi boleć, tak to już jest. Zostawiłem mu klucze i poszedłem do biura, czując ulgę, że sprawy ruszyły z kopyta. Wieczorem zajechałem do domu, sprawdzić, jak postępy. Karol rozsiadł się na taborecie w kuchni.
– No, pierwsza bitwa za nami – rzucił, z dumą pokazując obtarte dłonie. – Jutro biorę się za rury.
– Dzięki, Karol. Oby tak dalej – powiedziałem, starając się być entuzjastyczny.
Problemy zaczęły się w drugim tygodniu. Karol miał pojawiać się o ósmej rano, ale kiedy Magda dzwoniła do niego koło dziesiątej, często jeszcze spał albo dopiero „zbierał się z hurtowni”.
– Karol, miałeś być dziś rano, przecież mówiłeś…
– Spoko, Magda, już jadę, tylko muszę ogarnąć kilka rzeczy. Bez stresu, dam radę – odpowiadał zaspanym głosem.
Kiedy zaglądałem tam po szesnastej, w mieszkaniu często nikogo nie było, a prace w łazience były znikome. Zamiast postępu, widziałem jedynie nowe ślady butów na zakurzonej podłodze i porozrzucane narzędzia.
– Wiesz, ściany były krzywe, muszę to wszystko wyprowadzić – tłumaczył się, gdy pewnego wieczoru w końcu udało mi się z nim spotkać w przedpokoju. Siedział na odwróconym wiadrze po farbie i przeglądał telefon.
– Tylko powiedz mi, Karol, wyrobimy się w tych trzech tygodniach? To powoli robi się uciążliwe.
– Spokojna głowa, szwagier. Fachowa robota wymaga czasu.
Czas mijał, a moja frustracja rosła. Magda też była zmęczona, ale za każdym razem, gdy próbowałem poruszyć temat opieszałości jej brata, stawała w jego obronie.
– Artur, daj mu spokój. Przecież wiesz, że on ma teraz trudny okres. Zresztą, robi to dla nas, rodzinnie. Nie możemy go poganiać jak jakiegoś wyrobnika – mówiła, chociaż widziałem, że sama ma już dość.
Zdarzało się, że Karol znikał na pół dnia „załatwić coś w hurtowni”. Magda coraz częściej patrzyła na mnie ze zmartwieniem, gdy wieczorami siedzieliśmy w kuchni przy herbacie.
– Może po prostu nie jest przyzwyczajony do pracy samemu... – próbowała tłumaczyć. – Wiesz, na budowie zawsze jest ktoś do pomocy.
– Nie wiem, czy to może być jakimś usprawiedliwieniem – odpowiedziałem zrezygnowany.
Pierwsze pęknięcia na idealnym obrazku
Pod koniec czwartego tygodnia, kiedy wreszcie zaczęło to przypominać łazienkę, wszedłem do środka, żeby ocenić efekty. Karol akurat wyszedł po coś do samochodu. Stanąłem w progu i poczułem, jak robi mi się gorąco. Płytki, za które zapłaciliśmy majątek, były położone fatalnie. Fugi miały różną szerokość – w jednym miejscu milimetr, w innym prawie pół centymetra. Płytki pod prysznicem były ułożone nierówno. Na ścianie przy lustrze jedna z wielkoformatowych płyt była wyszczerbiona na rogu, a ubytek został niedbale zapaćkany silikonem w zupełnie innym odcieniu. Kiedy Karol wrócił, nie wytrzymałem.
– Karol, co to ma być? – wskazałem palcem na podłogę pod prysznicem. – Przecież tu woda będzie wylewać się na całą łazienkę. Spadek jest w złą stronę.
Szwagier spojrzał na mnie z pobłażaniem, jakbym był niesfornym dzieckiem, które nie rozumie dorosłych spraw.
– Artur, ty się na tym nie znasz. Wszystko jest ok. Poza tym te płytki były krzywe fabrycznie. Cud, że w ogóle udało mi się je tak ładnie spasować.
– Krzywe fabrycznie? Przecież to pierwszy gatunek, sprowadzany na zamówienie! A co z tą fugą? Wygląda, jakby ją kładł ktoś po ciemku.
– Co ty się martwisz, będzie git – rzucił lekceważąco, po czym zaczął pakować swoje narzędzia. – Słuchaj, na dzisiaj kończę. Muszę lecieć, bo umówiłem się z kumplem. Jutro to ogarnę.
– Ale Karol, przecież to już czwarty tydzień! – próbowałem jeszcze, ale bez skutku.
– Artur, nie dramatyzuj. Chcesz, żebym robił na szybko czy porządnie? – rzucił, po czym zniknął z mieszkania.
Wyszedł, zostawiając mnie samego w zapylonym mieszkaniu. 15 minut później pojawiła się Magda. Pokazałem jej wszystko. Była załamana. Nawet ona nie potrafiła już znaleźć usprawiedliwienia dla niedbalstwa brata.
– Magda, nie możemy tak dalej. To nie jest normalne.
– Wiem, Artur. Przykro mi. Chyba nie powinniśmy byli go o to prosić – szepnęła, ściskając mnie za rękę.
Postanowiliśmy, że pozwolimy mu skończyć, bo nikt inny nie chciałby wchodzić na rozgrzebaną robotę, ale to była nasza ostatnia przysługa.
Rachunek, który zwalił mnie z nóg
Remont przeciągnął się do sześciu tygodni. Byliśmy wykończeni fizycznie i psychicznie. Łazienka była skończona, ale daleka od naszych wyobrażeń. Kabina prysznicowa rzeczywiście przeciekała – woda stała w rogu i trzeba było ją zgarniać ściągaczką po każdej kąpieli. Silikon wokół umywalki był nałożony tak grubo i nierówno, że przypominał białą plastelinę. Nadszedł dzień rozliczenia. Zaprosiliśmy Karola na kawę. Przyszedł z uśmiechem od ucha do ucha, dumny z siebie, jakby właśnie wybudował nam pałac. Wszedł, rozsiadł się na kanapie i od razu zaczął opowiadać o planach na kolejne budowy.
– No, siostrzyczko, szwagier. Myślę, że wyszło luksusowo – powiedział, siadając wygodnie na naszej kanapie. – Spociłem się nieźle przy tych waszych krzywych ścianach, ale efekt jest.
– Tak, Karol, dziękujemy, że to w końcu skończyłeś – powiedziałem chłodno. – Zróbmy podsumowanie. Ile jesteśmy ci winni za robociznę?
Karol wyciągnął z kieszeni pogniecioną kartkę wyrwaną z notesu w kratkę. Rozłożył ją powoli na stole.
– Policzyłem wszystko bardzo ulgowo, po rodzinnych stawkach. Odliczyłem wam za to, że sam musiałem jeździć po klej, bo wzięliście za mało. Za te nietypowe płytki musiałem doliczyć, bo to robota rzemieślnicza wręcz. No i hydraulika była w opłakanym stanie.
– Ale Karol, przecież ustalaliśmy mniej. I... ta łazienka ma mnóstwo niedoróbek. Kabina przecieka, płytki są wyszczerbione – Magda próbowała zachować spokój.
Spojrzałem na dół kartki. Kwota, która tam widniała, sprawiła, że zrobiło mi się słabo. Była o trzydzieści procent wyższa od najdroższej wyceny, jaką dostaliśmy od profesjonalnej firmy remontowej przed rozpoczęciem prac.
– Karol, chyba żartujesz – powiedziałem, czując, jak serce zaczyna mi bić szybciej. – To ma być rodzinna stawka? Przecież umawialiśmy się na zupełnie inne pieniądze. Zresztą, ta łazienka ma mnóstwo niedoróbek. Woda nie spływa do odpływu!
Uśmiech zniknął z twarzy szwagra. Jego oczy zwęziły się niebezpiecznie.
– Słucham? Ja wam tu miesiąc życia oddaję, tyram od rana do wieczora, ratuję wam te krzywe ściany, a ty mi mówisz, że żartuję? – podniósł głos. – Wiesz, ile normalnie bierze się za położenie wielkiego formatu? Powinieneś mi dziękować na kolanach, że w ogóle się tego podjąłem!
Magda wtrąciła się, próbując załagodzić sytuację.
– Karol, uspokój się. Ale Artur ma rację. Kwota jest kosmiczna. Nie mamy nawet tyle odłożone, budżet zamknął się dawno temu.
– To trzeba było wziąć kredyt, a nie wymyślać sobie luksusy, na które was nie stać! – rzucił Karol, uderzając pięścią w stół. – Myślałem, że traktujemy się poważnie. Jak ci się nie podoba, to zrywaj te płytki, ja ci za nie nie oddam. Ale za moją pracę masz zapłacić.
– Karol, nie o to chodzi. Po prostu... nie tak to miało wyglądać – powiedziałem cicho, czując coraz większe rozgoryczenie.
Siedzieliśmy w milczeniu. Atmosfera była gęsta, a ja czułem mieszaninę wściekłości i bezradności. Zrozumiałem wtedy, że nie wygramy. Nie mieliśmy żadnej umowy, żadnego kosztorysu. Mieliśmy tylko „słowo honoru” szwagra, które okazało się warte mniej niż gruz wyniesiony z naszej łazienki.
Cena świętego spokoju
Ostatecznie zapłaciłem mu trzy czwarte tego, czego zażądał. Wypłaciłem gotówkę, położyłem na stole i powiedziałem, że to wszystko, co dostanie, a jeśli mu się nie podoba, możemy spotkać się w sądzie.
– Masz, Karol. Tyle możemy ci dać. Jeśli uważasz, że to za mało, spotkamy się w sądzie – powiedziałem spokojnie, choć w środku cała krew mi wrzała.
Wziął pieniądze bez słowa, trzasnął drzwiami i od tamtej pory nie zamieniliśmy ani słowa. Teściowie mają do nas pretensje, że „potraktowaliśmy Karola jak śmiecia” i że przez nas rodzina jest skłócona. Magda przeżyła to bardzo mocno. Czuje się winna, chociaż wielokrotnie powtarzałem jej, że to nie jej wina. Wieczorami zastanawiam się, gdzie popełniliśmy błąd. Czy mogliśmy postawić granice wcześniej? Może powinniśmy byli spisać umowę, nawet jeśli to rodzina? Magda długo rozmawiała przez telefon z matką, próbując wyjaśnić, dlaczego nie mogliśmy zapłacić pełnej kwoty.
– Mama mówi, że Karol nie może się po tym pozbierać. Że zrobiliśmy z niego kozła ofiarnego – wyznała mi pewnego wieczoru z łzami w oczach.
– Magda, nie jesteśmy winni jego problemom. Po prostu chcieliśmy mieć łazienkę. Tyle – odpowiedziałem, przytulając ją mocno.
A ja? Każdego ranka wchodzę do naszej wymarzonej łazienki. Patrzę na krzywe fugi, wyszczerbioną płytkę przy lustrze i kałużę wody, która zbiera się pod prysznicem. I za każdym razem przypominam sobie bolesną lekcję, za którą zapłaciłem własnymi oszczędnościami: interesy z rodziną to najdroższy luksus, na jaki można sobie pozwolić.
Artur, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Na urlopie chciałem lenić się na hamaku, ale teściowa wymyśliła remont. Od ślubu robi wszystko, by uprzykrzyć mi życie”
- „Gdy wynajęłam przystojnego fachowca do tarasu, zrobiło się gorąco. Uraziłam dumę męża, aż biedny kipiał z zazdrości”
- „Wyremontowałem za oszczędności balkon u córki, bo liczyłem na większą gościnę. Dla zięcia byłem tylko środkiem do celu”



























