Nasz taras od dawna błagał o litość. Drewno, kiedyś w pięknym odcieniu orzecha, zszarzało i popękało. Za każdym razem, gdy wychodziłam rano z kawą, musiałam uważać, żeby nie wbić sobie drzazgi w stopę. Od dwóch lat prosiłam Roberta, żeby coś z tym zrobił. Czasem wieczorami siadałam na schodkach i patrzyłam na ten smutny obrazek: odpadająca farba, zielone plamy po deszczach, gdzieniegdzie wyłażące gwoździe. Sąsiedzi już dawno odnowili swoje tarasy i ogródki, a nasz coraz bardziej przypominał dekorację z filmu grozy.
WIDEO…
– Zrobię to, Jola, spokojnie. Wystarczy kupić odpowiednią bejcę i wypożyczyć szlifierkę – powtarzał z tym swoim stoickim spokojem, nie odrywając wzroku od ekranu telewizora.
W weekendy Robert miał zawsze jakąś wymówkę. Że musi skończyć raporty do pracy, że mecz, że pogoda nie taka, że brakuje mu odpowiedniego klucza albo że sąsiad pożyczył wiertarkę. Ja z kolei coraz bardziej miałam dość. Przecież nawet moje koleżanki już zaczęły żartować, że ten taras to nasza rodzinna relikwia, bo tyle razy był „w planach do remontu”. Problem w tym, że Robert i majsterkowanie to dwa różne światy.
Mój mąż jest księgowym. Jego żywiołem są tabele, a nie elektronarzędzia. Kiedy rok temu próbował powiesić półkę w przedpokoju, skończyło się to dziurą w ścianie wielkości pięści i wezwaniem fachowca. Podczas remontu łazienki, gdy poprosił o pomoc sąsiada, efekt był taki, że przez pół dnia nie mieliśmy wody, bo coś „przypadkiem” przekręcili. Robert sam z siebie nie nalegał na próby napraw, ale jak już zaczynał, to kończyło się to zawsze katastrofą. Dlatego w końcu straciłam cierpliwość. Znalazłam w internecie firmę zajmującą się renowacją drewna, poczytałam opinie i umówiłam termin. Przeglądałam zdjęcia „przed i po”, czytałam komentarze innych kobiet, które w końcu dopięły swego i mają piękne tarasy. Robertowi powiedziałam o tym dopiero dzień przed przyjazdem ekipy.
– Kogo wezwałaś? – zapytał, marszcząc czoło, gdy nalewał sobie herbaty.
– Stolarza. Kogoś, kto w końcu zajmie się tym tarasem, zanim całkowicie się rozpadnie.
– Przecież mówiłem, że to zrobię! Po co wyrzucać pieniądze w błoto?
– Mówisz to od dwóch lat. A deski jak gniły, tak gniją.
Obraził się. Zabrał kubek i poszedł do gabinetu. Myślałam, że mu przejdzie. Nie wiedziałam jeszcze, jak bardzo się myliłam.
Maciej był charyzmatyczny
Następnego dnia rano przed domem zaparkował dostawczy samochód. Wysiadł z niego pan Maciej. Był wysoki, barczysty, z gęstą brodą i w kraciastej koszuli, spod której widać było zarysowane ramiona. Uśmiechnął się szeroko, pokazując białe zęby. Miał taki sposób bycia, że od razu czułam, że to człowiek, który wie, co robi.
– Dzień dobry, pani Jolanto! To co, bierzemy się za to drewno? – zapytał głosem głębokim jak studnia.
Przyznaję, był... charyzmatyczny. Nie w sposób, który by mnie jakoś specjalnie ekscytował, ale po prostu biła od niego energia kogoś, kto zna się na swojej pracy i lubi to, co robi. Był typem człowieka, który nie ucieka od ciężkiej roboty, a jego ruchy były pewne i spokojne. Trochę się nawet ucieszyłam, że w końcu ktoś zajął się tym, czego Robert tak długo unikał. Zaprowadziłam go na tyły domu. Maciej kucnął, opukał kilka desek, podrapał się w brodę. Wyciągnął notes, zanotował coś szybko, potem wyciągnął próbnik kolorów i zaczął mi pokazywać, jakie odcienie można uzyskać.
– No, trochę to zapuszczone, ale uratujemy. Zeszlifujemy do gołego drewna, położymy dobry olej i będzie jak nowe. Może pani wybrać, czy chce pani ciepły miód, czy raczej chłodny orzech?
Wtedy na taras wyszedł Robert. W szlafroku frotte i w klapkach.
– Dzień dobry. Robert jestem – rzucił chłodno, krzyżując ręce na piersi.
– Maciej. Będę tu u państwa trochę hałasował przez kilka dni.
– Zobaczymy, zobaczymy... Ja bym to zrobił sam, ale żona się pospieszyła – burknął mój mąż, spoglądając na Macieja spode łba.
Stolarz tylko się zaśmiał, chyba nie wyczuwając napięcia.
– Oj, panie Robercie, to ciężka robota. Lepiej zostawić to profesjonalistom, a samemu wypić lemoniadkę.
To był błąd. Robert nienawidzi, gdy ktoś traktuje go z góry. A już zwłaszcza w jego własnym domu. Z jego twarzy zniknęła wszelka uprzejmość. Zrobił się spięty, a wieczorem już nawet do mnie prawie się nie odzywał.
Wojna na elektronarzędzia
Kiedy wróciłam z pracy, usłyszałam ryk maszyny. Nie był to jednak profesjonalny sprzęt Macieja, który do tej pory zdążył już zeszlifować połowę tarasu i pojechał do hurtowni. To był dźwięk starej, rzężącej szlifierki, którą Robert pożyczył od sąsiada. Cały dom aż drżał od wibracji, a przez okno kuchenne wlatywał pył. Zanim zdążyłam zareagować, już czułam, że coś jest nie tak. Mój mąż, ubrany w jakieś stare, przykrótkie dresy i koszulkę z napisem „Super Tata”, klęczał na niezeszlifowanej części tarasu. Twarz miał czerwoną, a całe włosy pokryte drobnym, brązowym pyłem. Po podłodze walały się kawałki papieru ściernego, a obok stała butelka z wodą, z której pił łapczywie pomiędzy kolejnymi próbami szlifowania.
– Co ty robisz?! – krzyknęłam, próbując przebić się przez hałas.
Robert wyłączył maszynę, ocierając pot z czoła.
– Pomagam mu! Widzisz, ile to zajmuje? Do zimy tego nie skończy. A tak, to ja zrobię swoją połowę, on swoją i będzie szybciej. Przynajmniej nie będziemy się wstydzić przed sąsiadami.
– Przecież płacimy mu za to! Zostaw to!
– Nie! Muszę mu udowodnić, że to żadna filozofia. Gość myśli, że jest jakimś bogiem drewna, bo ma fajną brodę i tatuaże.
Zatkało mnie. Więc o to chodziło. Zazdrość uderzyła do głowy mojemu mężowi, który poczuł się zagrożony przez stolarza. Przez chwilę sama nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Próbowałam przemówić mu do rozsądku, ale on już był tak nakręcony, że nawet nie słuchał.
– Pproszę cię, idź się umyj. Wyglądasz jak po wybuchu w kopalni. Zaraz jeszcze zrobisz sobie krzywdę.
– Nie, dokończę ten fragment! – warknął i ponownie uruchomił szlifierkę. Kurz unosił się wszędzie, a ja miałam wrażenie, że całe osiedle słyszy ten rzężący dźwięk.
Następnego dnia rano Maciej wrócił na miejsce zbrodni. Spojrzał na fragment, nad którym popisywał się Robert. Drewno było poszarpane, pełne wgłębień i nieregularnych śladów. Kiedy przesunął dłonią po deskach, aż skrzywił się na widok tych wszystkich dziur.
– O rany... Ktoś tu w nocy chyba miał niezłą imprezę z maszyną – zażartował Maciej.
Robert, który właśnie wyszedł z kawą, zacisnął zęby.
– To ja. Przygotowałem panu grunt.
Maciej westchnął ciężko.
– Panie Robercie, no powiem panu, że teraz to mam dwa razy więcej roboty. Muszę to wyrównać, bo dziury pan porobił takie, że można w nich wodę zbierać. Ale dam radę, bez obaw.
Twarz Roberta przybrała odcień dojrzałego buraka. Odwrócił się na pięcie i wszedł do domu, trzaskając drzwiami. Ja przez chwilę stałam jak wryta, bo wiedziałam, że teraz przez parę dni będę musiała chodzić na palcach, żeby nie wywołać kolejnej awantury. Maciej tego dnia był nad wyraz cierpliwy. Nawet nie powiedział złego słowa na Roberta. Po prostu zabrał się do pracy i przez kilka godzin słuchałam tylko szumu szlifierki i jego cichego nucenia pod nosem.
Kaskader z bożej łaski
Myślałam, że to koniec. Że odpuści. Ale gdzie tam. Robert postanowił zmienić taktykę. Zamiast szlifować, zaczął nadzorować. Odkąd Maciej pojawił się na naszym podwórku, mąż zamienił się w samozwańczego inspektora budowlanego. Stał w oknie kuchennym i obserwował każdy ruch Macieja. Co jakiś czas wychodził na taras i rzucał cenne uwagi. Nawet ja zaczęłam czuć się niezręcznie, bo widziałam, że stolarz stara się nie pokazywać, jak go to irytuje.
– A to nie za grubo tego oleju pan kładzie? Może by tak cieńszą warstwę?
– Niech się pan nie martwi, panie Robercie, drewno wypije tyle, ile potrzebuje – odpowiadał spokojnie Maciej.
– No nie wiem, ja bym to inaczej zrobił... U nas w pracy, jak coś się robi za grubo, to potem nie wychodzi.
Maciej tylko kiwał głową i robił swoje. Ja w tym czasie próbowałam zająć Roberta czymkolwiek innym, ale on wciąż wracał do okna, jakby tylko czekał na błąd fachowca. Nawet wieczorami nie mógł się powstrzymać od komentarzy na temat tempa prac, rodzaju użytych narzędzi czy sposobu układania desek. Apogeum nastąpiło w piątek po południu. Maciej musiał wejść na drabinę, żeby poprawić zadaszenie nad tarasem, które też wymagało lekkiej korekty. Kiedy z niej zszedł i poszedł do samochodu po narzędzia, Robert postanowił działać. Siedział wtedy przy stole w kuchni, ale wystarczyło, że usłyszał skrzypnięcie drabiny, od razu poderwał się na równe nogi.
– Zobaczysz, Jola, on to źle przykręcił. Zaraz mu to poprawię – powiedział do mnie, chwytając swoją walizkę z narzędziami.
W jego głosie słychać było nutę zdeterminowania, której dawno u niego nie widziałam.
– Zostaw tę drabinę! – krzyknęłam, ale on już był w połowie drogi na górę.
Zaczął majstrować przy belce, trzymając wkrętarkę. W pewnym momencie drabina zachwiała się. Robert stracił równowagę, wypuścił wkrętarkę, która z hukiem uderzyła w nowo wyolejowane deski, a sam... zawisł na belce, wierzgając nogami w powietrzu. Wyglądał jak postać z kreskówki – przez chwilę nawet nie wiedziałam, czy powinnam się śmiać, czy mu pomóc.
– Ratunku! – zapiszczał przeraźliwie.
W tej samej chwili zza rogu wyszedł Maciej. Spojrzał na wiszącego Roberta, potem na mnie, a potem znowu na Roberta. Nie powiedział ani słowa. Podszedł, chwycił drabinę, ustawił ją stabilnie pod moim mężem i poczekał, aż ten z trzęsącymi się nogami zejdzie na ziemię. Robert był blady jak ściana. Nie patrząc na nas, pobiegł do domu. Ja przez chwilę jeszcze stałam na tarasie, próbując ogarnąć całą sytuację. Maciej spojrzał na mnie z mieszanką rozbawienia i współczucia, ale nie skomentował tego ani słowem. Tego wieczoru Robert nie wyszedł już z pokoju. Siedział zamknięty w gabinecie, a ja słyszałam tylko odgłosy przewracanych dokumentów i stukania w klawiaturę.
Cisza po burzy
Taras wyglądał pięknie. Drewno odzyskało swój dawny blask, a zapach świeżego oleju unosił się w powietrzu. Zapłaciłam Maciejowi, dziękując za świetną robotę i przepraszając za „utrudnienia”. Nawet przez chwilę rozważałam, czy nie zaproponować mu kawy i ciasta, ale uznałam, że pewnie marzy tylko o tym, żeby wrócić do domu i odpocząć po tym cyrku.
– Nie ma sprawy, pani Jolanto. Różnych ludzi się spotyka – uśmiechnął się ze zrozumieniem.
Kiedy odjechał, weszłam do domu. Robert siedział na kanapie w salonie, wpatrując się w wyłączony telewizor. Wyglądał na naprawdę przybitego, jakby cały świat się na niego obraził. Usiadłam obok niego i przez chwilę milczeliśmy. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać po tym wszystkim.
– Pojechał? – zapytał cicho.
– Pojechał. Taras jest gotowy.
Usiadłam obok niego. Było mi go trochę żal, choć w głębi duszy wciąż byłam zła za ten cały cyrk. Widziałam, że przeżywa całą sytuację bardziej, niż chciałby się przyznać. Jego duma została mocno nadszarpnięta.
– Wiesz, że nie musisz mi niczego udowadniać, prawda? – powiedziałam łagodnie.
Spojrzał na mnie. W jego oczach widziałam mieszankę wstydu i ulgi.
– Po prostu... poczułem się jak jakiś bezużyteczny mięczak. On taki wielki, z tą brodą, wszystko potrafi, a ja... nawet półki nie potrafię prosto powiesić. Czasem mam wrażenie, że jestem nieudacznikiem nawet we własnym domu.
Westchnęłam. Położyłam dłoń na jego kolanie.
– Ja nie potrzebuję drwala w domu. Potrzebuję mojego męża. Tego, który potrafi mi wytłumaczyć rozliczenia podatkowe i który robi najlepsze tosty z serem na świecie. Każdy ma swoje mocne strony, a ja cenię cię za to, kim jesteś, nie za to, czy umiesz posługiwać się wkrętarką.
Uśmiechnął się słabo. Widziałam, że powoli wraca do siebie. Przez kolejne dni był cichszy niż zwykle, ale z czasem napięcie opadło. Zaczęliśmy żartować z tego tarasowego cyrku, a nawet Robert czasem się z siebie podśmiewał. Wieczorem usiedliśmy na nowym tarasie z herbatą. Robert milczał przez dłuższą chwilę, przyglądając się deskom. Gładził dłonią po powierzchni, jakby sprawdzał, czy na pewno wszystko jest równo.
– Wiesz co? – odezwał się w końcu.
– Co?
– Dobrze to zrobił. Muszę mu to przyznać. Pewnie sam nigdy bym tak nie potrafił.
Zaśmiałam się pod nosem, upijając łyk malinowej. Wiedziałam, że to maksimum uznania, na jakie stać mojego męża w tej sytuacji. I tak cieszyłam się, że przynajmniej potrafił się do tego przyznać. Siedzieliśmy długo, patrząc na nasz nowy taras i ciesząc się, że w końcu mamy miejsce, gdzie można spokojnie napić się kawy z samego rana.
Jola, 34 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Moja żona była przewidywalna jak poniedziałkowy poranek. Pewnego dnia odkryłem, że prowadzi sekretne życie pełne pasji”
- „Byłam królową bankietów, aż nagle zostałam wykreślona z listy gości. Bogaty mężuś wywinął mi numer i spadłam na samo dno”
- „Zorganizowałem rodzinny obiad na Dzień Ojca z rozmachem. 1 niewygodne wspomnienie sprawiło, że wyszli, trzaskając drzwiami”



























