Nie wiem, czy to kwestia pecha, czy po prostu znak naszych czasów, ale coraz trudniej jest znaleźć kogoś fajnego. Mężczyzn, którzy chcą zrobić wrażenie na pierwszym spotkaniu, nie brakuje – ale niestety często kończy się to zupełnie inaczej, niż by się mogło wydawać. Moja historia zaczęła się zupełnie niewinnie, z dużą nadzieją na coś wyjątkowego. Skończyła się kompromitacją, której nie zapomnę do końca życia.
WIDEO…
Chciałam wyglądać dobrze
Robert wydawał się facetem z klasą. Przynajmniej takie sprawiał wrażenie. Miał trzydzieści osiem lat, świetne zdjęcia w dobrze skrojonych garniturach, w tle jakieś zagraniczne hotele i drogie samochody. Nie to, żebym jakoś specjalnie leciała na pieniądze – sama dobrze zarabiam, mam własne mieszkanie i niczego mi nie brakuje. Jednak miło jest w końcu trafić na mężczyznę, który wydaje się ułożony, pewny siebie i wie, czego chce od życia. Kiedy zaproponował spotkanie, nie rzucił po prostu „chodźmy na kawę”. Od razu podał nazwę jednej z najbardziej ekskluzywnych restauracji w centrum.
– Zarezerwowałem stolik na dwudziestą w piątek. Mam nadzieję, że lubisz owoce morza – powiedział, a ja pomyślałam, że to nawet urocze. Lubił przejmować inicjatywę.
Przygotowywałam się do tego wyjścia z lekkim stresem. Kupiłam nową sukienkę, poszłam do fryzjera. Chciałam wyglądać dobrze, bo z naszych rozmów wynikało, że Robert obraca się w środowisku, gdzie wygląd ma znaczenie. Kiedy podjechałam taksówką pod restaurację, on już tam czekał. Wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach. Zadbany, pachnący drogimi perfumami, z drogim zegarkiem na nadgarstku.
– Pięknie wyglądasz – powiedział na powitanie, całując mnie w dłoń.
Było to trochę staroświeckie, ale na swój sposób urocze.
Chciał mi zaimponować
Weszliśmy do środka. Wnętrze krzyczało luksusem – kryształowe żyrandole, ciężkie aksamitne zasłony, dyskretna muzyka w tle. Kelner natychmiast zaprowadził nas do najlepszego stolika, lekko na uboczu, zapewniającego prywatność. Robert zachowywał się bardzo pewnie, może nawet zbyt pewnie. Od razu zaczął przepytywać kelnera, używając skomplikowanych terminów, które brzmiały, jakby wykuł je na blachę z jakiegoś poradnika. Kelner, profesjonalista w każdym calu, cierpliwie odpowiadał, ale widziałam w jego oczach lekki cień irytacji.
– Przynieś nam koktajl z krewetek – rzucił Robert, nie pytając mnie nawet o zdanie. – I niech będzie odpowiednio schłodzone. Ostatnio w Mediolanie podali mi za ciepłe i musiałem odesłać.
Uśmiechnęłam się nieco sztucznie. Zaczynałam czuć się odrobinę nieswojo. Lubię, kiedy mężczyzna ma gest, ale jego zachowanie zakrawało na arogancję. Kiedy przynieśli jedzenie, sytuacja się nie poprawiła. Robert cały czas mówił o sobie. O swoich inwestycjach, o znajomych prezesach, o tym, jak bardzo jest zapracowany i jak trudno znaleźć mu kobietę na odpowiednim poziomie.
– Większość dziewczyn leci tylko na kasę – stwierdził w pewnym momencie, krojąc stek. – Patrzą na mój samochód, na to, jak się ubieram i od razu mają dolary w oczach. Dlatego jestem taki ostrożny.
– Rozumiem – odpowiedziałam, chociaż wcale nie rozumiałam.
Przez całą kolację to on bez przerwy podkreślał swój status materialny, ja nie zapytałam go ani razu o to, ile zarabia. Sama wolałabym porozmawiać o książkach, podróżach, czymkolwiek innym niż marże i stopy zwrotu. Kolacja dobiegała końca. Zjedliśmy deser, wypiliśmy kawę. Mimo jego specyficznego sposobu bycia uznałam, że to po prostu nerwy. Chciał zaimponować, to częste na pierwszych randkach. Może przy kolejnym spotkaniu trochę wyluzuje.
Byłam zażenowana
Robert gestem przywołał kelnera i poprosił o rachunek. Zrobił to w sposób tak nonszalancki, że poczułam lekkie zażenowanie. Kiedy kelner przyniósł czarne skórzane etui, Robert z wyższością rzucił na tackę czarną kartę kredytową. Kelner odszedł, a my kontynuowaliśmy rozmowę o jakiejś nowej restauracji, którą Robert koniecznie musiał mi pokazać. Po kilku minutach kelner wrócił. Miał na twarzy wyraz profesjonalnego zakłopotania.
– Przepraszam bardzo, ale transakcja została odrzucona – powiedział cicho, pochylając się lekko w stronę Roberta, by inni goście nie słyszeli.
Robert zamarł. Widziałam, jak na jego twarzy pojawia się najpierw zaskoczenie, a potem wściekłość.
– Słucham? – podniósł głos, wcale nie próbując zachować dyskrecji. – Jak to odrzucona? To niemożliwe. Spróbuj jeszcze raz.
Kelner posłusznie włożył kartę do terminala.
– Niestety, wciąż to samo – powiedział kelner, utrzymując uprzejmy ton. – Może ma pan inną kartę?
I wtedy się zaczęło. Robert zrobił się czerwony na twarzy. Zamiast po prostu wyciągnąć inną kartę albo gotówkę i obrócić to w żart, zaczął krzyczeć na kelnera.
– Co wy tu macie za sprzęt?! – uniósł się. Kilka osób przy sąsiednich stolikach odwróciło głowy w naszą stronę. – Mam na koncie więcej pieniędzy niż twój roczny dochód! Wasz terminal jest zepsuty!
– Proszę pana, terminal działa bez zarzutu – odparł kelner, wciąż spokojnie, choć widziałam, że zaciska szczęki. – Problem leży po stronie pana banku.
– Nie będziesz mnie pouczał! Zawołaj tu menadżera! Natychmiast! – krzyczał Robert, uderzając pięścią w stół.
Siedziałam naprzeciwko niego i czułam, jak oblewam się zimnym potem. Chciałam zapaść się pod ziemię. Wszyscy w restauracji na nas patrzyli. Mężczyzna, który jeszcze kwadrans temu zgrywał arystokratę, teraz zachowywał się jak rozkapryszone dziecko, któremu zabrano zabawkę.
– Uspokój się, proszę – powiedziałam cicho. – To tylko błąd techniczny.
– Nie wtrącaj się! – warknął na mnie. Byłam w szoku. – Ci nieudacznicy nie potrafią nawet poprawnie obsłużyć terminala!
Menadżer pojawił się błyskawicznie. Próbował załagodzić sytuację, ale Robert był już w amoku. Obrażał obsługę, groził pozwami, krzyczał, że zniszczy im reputację. Patrzyłam na to z narastającym niesmakiem i zażenowaniem. To nie był gniew z powodu awarii. To była panika człowieka, którego maska właśnie opadła. Nie zastanawiając się długo, sięgnęłam do torebki, wyciągnęłam portfel i wyjęłam własną kartę.
– Przepraszam za to zamieszanie – powiedziałam do menadżera, ignorując Roberta. – Proszę to pobrać z mojej karty.
Zbliżyłam kartę do terminala. Piknęło. Transakcja zatwierdzona.
Płonęłam ze wstydu
Menadżer i kelner podziękowali mi uprzejmie, zostawili rachunek i odeszli. Spojrzałam na Roberta. Wyglądał, jakbym uderzyła go w twarz.
– Co ty narobiłaś? – syknął, a w jego oczach widziałam czystą niechęć.
– Zapłaciłam za kolację. Chodźmy stąd, proszę cię. Robisz z siebie pośmiewisko – odpowiedziałam, wstając od stołu.
Wyszliśmy z restauracji. Na ulicy było chłodno, ale ja cała płonęłam ze wstydu i złości. Miałam nadzieję, że po prostu się pożegnamy, wsiądę w taksówkę i nigdy więcej go nie zobaczę. Jednak Robert nie zamierzał odpuścić.
– Upokorzyłaś mnie! – zaczął krzyczeć, gdy tylko znaleźliśmy się na chodniku.
– Upokorzyłam cię? Sam się upokorzyłeś! – odkrzyknęłam. Moja cierpliwość właśnie się skończyła. – Zamiast po prostu zapłacić inną kartą, zrobiłeś karczemną awanturę na całą restaurację!
– Nie potrzebuję twojej łaski! – wrzeszczał dalej, machając rękami. Przechodnie zaczęli się nam przyglądać. – Myślisz, że jak zapłaciłaś za jedną kolację, to jesteś ode mnie lepsza?! Kim ty w ogóle jesteś, żeby płacić za mój rachunek?!
Stałam tam, na środku ulicy, patrząc na mężczyznę, który miał być moim księciem z bajki, a okazał się zakompleksionym furiatem. Dotarło do mnie, że te wszystkie opowieści o bogactwie, inwestycjach i ekskluzywnym życiu były tylko pozą. Pustą wydmuszką, która pękła przy pierwszym lepszym problemie. Prawdopodobnie cały jego wizerunek był zbudowany na kredytach i udawaniu kogoś, kim nie jest.
– Wiesz co? – powiedziałam nagle bardzo spokojnie. – Nie jestem od ciebie lepsza, ale przynajmniej mam klasę. Czego o tobie powiedzieć nie można.
Odwróciłam się na pięcie i zaczęłam iść w stronę postoju taksówek.
– Jeszcze ci oddam te pieniądze! – krzyczał za mną. – Co do grosza! Nie potrzebuję twojej jałmużny!
Nie odwróciłam się. Wsiadłam do pierwszej wolnej taksówki i zamknęłam drzwi. Dopiero kiedy samochód ruszył, poczułam, jak drżą mi ręce.
Minęło kilka tygodni. Oczywiście pieniędzy nigdy mi nie oddał. Zablokowałam jego numer jeszcze tego samego wieczoru. Czasami, kiedy o tym myślę, zastanawiam się, ile kobiet nabrało się na udawane bogactwo. I czy z każdą z nich kończył randkę awanturą, kiedy rzeczywistość niebezpiecznie zbliżała się do jego starannie wykreowanej iluzji. Szkoda mi tylko tych kilkuset złotych. Mogłam za to kupić naprawdę dobre perfumy. Albo pójść na kolację z kimś, kto nie musi udawać milionera, żeby poczuć się mężczyzną.
Natalia, 34 lata
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Mam 60 lat i swoja wielką miłość znalazłam na targu. Nie sądziłam, że na starość los sprawi mi taką niespodziankę”
- „Myślałem, że mam prawdziwych przyjaciół. Gdy okazało się, że mogę mieć miliony za działkę, maski opadły”
- „Moja zawodowa porażka cieszyła tylko męża. Przypadkiem odkryłam, że robił wszystko, aby zatrzymać mnie w domu”



























