Przez całą zimę, kiedy za oknem zacinał deszcz ze śniegiem, myślałam tylko o jednym – o słońcu. Odliczałam dni do naszego urlopu w Toskanii, przeglądałam zdjęcia kamiennych willi otoczonych cyprysami i wyobrażałam sobie, jak z Robertem próbujemy lokalnych specjałów, siedząc na tarasie z widokiem na falujące, zielone wzgórza. To miał być nasz czas. Czas na oddech, na zatrzymanie się w pędzie, na przypomnienie sobie, dlaczego w ogóle jesteśmy razem.
WIDEO…
Odkładałam każdą złotówkę na Włochy
Przez ostatnie dwa lata ledwie się widywaliśmy. Ja brałam nadgodziny w agencji, on ciągle jeździł w delegacje. Nasze życie skurczyło się do mijania się w przedpokoju i wymieniania zdawkowych informacji o rachunkach i zakupach. Toskania miała to zmienić. Odkładałam każdą wolną złotówkę na specjalne konto „Włochy”. Robert też miał się dorzucać, przynajmniej tak twierdził, kiedy ustalaliśmy budżet na początku roku.
Wszystko było zaplanowane. Willa zarezerwowana, bilety lotnicze w koszyku, gotowe do opłacenia. Zostały równe dwa tygodnie do wylotu. Pamiętam, że wracałam tego dnia z pracy w wyjątkowo dobrym nastroju. Kupiłam nawet po drodze oliwki i ser, żebyśmy mogli zrobić sobie małą włoską próbę generalną. Otworzyłam drzwi do mieszkania i zamarłam. Zamiast zapachu czystego domu, uderzył mnie zapach kurzu, starego betonu i czegoś, co przypominało spaleniznę.
W domu zobaczyłam zerwaną podłogę
W przedpokoju leżała folia malarska. Z salonu dochodził potworny hałas, jakby ktoś uruchomił tam silnik odrzutowy. Rzuciłam torebkę na podłogę i wbiegłam do pokoju, kompletnie ignorując fakt, że moje eleganckie buty natychmiast pokryły się białą warstwą pyłu.
– Robert! – krzyknęłam, ale z powodu hałasu własny głos wydał mi się cienki jak pisk myszy.
Mój mąż stał na środku salonu w okularach ochronnych i maseczce przeciwpyłowej, dzierżąc w dłoni potężną, żółtą szlifierkę do betonu. Naszej dębowej podłogi, tej samej, którą wybieraliśmy z taką starannością pięć lat temu, już nie było. Zostały po niej tylko resztki kleju i goła wylewka, którą Robert właśnie z zapałem równał. Meble były zepchnięte w kąt i owinięte folią, z której powoli zsuwała się warstwa gipsu. Podbiegłam do niego i szarpnęłam za ramię. Podskoczył, wyłączył maszynę i zsunął maseczkę na brodę. Uśmiechał się szeroko, jakby właśnie zrobił mi najwspanialszą niespodziankę na świecie.
– O, cześć kochanie! Nie słyszałem, jak weszłaś – powiedział, wycierając pot z czoła wierzchem brudnej dłoni.
– Co tu się dzieje? – zapytałam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. – Gdzie jest nasza podłoga?
– Zrywam! – odparł entuzjastycznie. – Mówiłaś przecież ostatnio, że ta deska trochę skrzypi przy oknie. Pomyślałem, że skoro mamy zaraz urlop, to jest idealny moment, żeby to ogarnąć. Zrobię nową wylewkę samopoziomującą, położymy piękne panele winylowe... Zobaczysz, będzie super!
Patrzyłam na niego, nie wierząc własnym uszom.
– Jaki urlop, Robert? Za dwa tygodnie lecimy do Włoch! Zapomniałeś?
Z jego twarzy nagle zniknął uśmiech. Zastąpił go wyraz lekkiego zakłopotania, a może raczej udawanej niewinności, który dobrze znałam z czasów, gdy zapominał o rocznicy ślubu.
– No tak... Włochy. Wiesz, Agata, rozmawiałem wczoraj z chłopakami z pracy i... no, pomyślałem, że to trochę bez sensu przepłacać za jakieś stare kamienice w Toskanii, skoro możemy za te same pieniądze odświeżyć mieszkanie.
Zrobiło mi się słabo. Podeszłam do worka z jakąś zaprawą, który leżał pod ścianą, i usiadłam na nim ciężko.
– Za te same pieniądze? – powtórzyłam powoli, bo docierało do mnie, że to nie jest tylko kwestia rozkopanego salonu. – Jakie pieniądze, Robert?
– No... z naszego funduszu wakacyjnego – mruknął, unikając mojego wzroku i udając, że bardzo interesuje go kabel od szlifierki.
Zamiast Italii będę mieć szlifierkę i wiertarkę
Następne godziny pamiętam jak przez mgłę. Krzyczałam. On krzyczał. Pył opadał na nas jak brudny śnieg. Z każdym jego słowem czułam, jak moje marzenia o odpoczynku kruszą się i rozsypują, zupełnie jak ten stary klej podłogowy. Okazało się, że Robert od miesięcy nie wpłacił ani grosza na nasze wspólne konto wakacyjne. Zamiast tego przelewał pieniądze na swoje prywatne konto, żeby w końcu kupić sprzęt, o którym rzekomo „zawsze marzył”.
– Zobacz to cudo – powiedział wieczorem, kiedy emocje trochę opadły, a my siedzieliśmy w kuchni, jedynym pomieszczeniu wolnym od gruzu. Położył na stole błyszczący katalog jakiejś niemieckiej firmy produkującej profesjonalne narzędzia budowlane. – Ta szlifierka oscylacyjna to najwyższa półka. A wiertarka udarowa? Czysta poezja. Będę mógł sam zrobić remont całego mieszkania! Pomyśl, ile zaoszczędzimy na robociźnie!
– Zaoszczędzimy? – zaśmiałam się histerycznie. – Wydałeś pieniądze na mój odpoczynek na wiertarkę, Robert! Ja nie chciałam remontu! Chciałam słońca, wina i świętego spokoju!
– Zawsze musisz myśleć tylko o sobie – rzucił nagle, a jego ton zrobił się lodowaty. – Ja inwestuję w nasz dom, w naszą przyszłość, a ty potrafisz tylko narzekać, bo nie poleżysz plackiem we Włoszech. Przecież możemy pojechać na działkę do moich rodziców na Mazury. Tam też jest słońce.
Patrzyłam na niego i miałam wrażenie, że widzę obcego człowieka. Nie chodziło o Włochy. Chodziło o to, że podjął decyzję za nas oboje, całkowicie lekceważąc moje potrzeby, a potem jeszcze zrobił ze mnie egoistkę.
Pracowałam w pocie czoła
Minął tydzień. Nasz urlop, który właśnie się zaczął, wyglądał zupełnie inaczej, niż planowałam. Zamiast budzić się przy dźwiękach cykad, budził mnie warkot wiertarki. Zamiast spacerować po florenckich uliczkach, biegałam do marketu budowlanego po taśmę malarską i rozpuszczalnik. Robert zaplanował wszystko z pedantyczną dokładnością. Dzień zaczynał o siódmej rano, ubrany w swój nowy kombinezon roboczy (który, jak się dowiedziałam, kosztował więcej niż moje wymarzone sandały na wyjazd). Wręczył mi szpachelkę, pacę z papierem ściernym i kazał zająć się ścianami.
– Skoro już zrobiliśmy podłogę, trzeba wyrównać ściany. Przecież nie zostawimy takich krzywych – stwierdził z entuzjazmem, który doprowadzał mnie do szału.
Poddałam się. Może z poczucia beznadziei, a może dlatego, że siedzenie w kurzu bezczynnie było jeszcze bardziej dołujące. Zaczęłam szlifować gładź. Godzina za godziną, ruch za ruchem. Pył wchodził mi do nosa, szczypał w oczy, osadzał się na włosach, zmieniając mnie w siwą staruszkę. Moje ręce, które miały być muśnięte toskańskim słońcem, pokryły się drobnymi rankami i pęcherzami od trzymania pacy.
Wczoraj wieczorem, po całym dniu wdychania gipsu, usiadłam na balkonie z kubkiem zimnej herbaty. Spojrzałam na swoje dłonie – suche, brudne, z resztkami białej masy pod paznokciami. Przypomniałam sobie to uczucie ekscytacji, kiedy kupowałam tamte oliwki. Jak blisko byłam tego szczęścia. Jak niewiele brakowało. Z salonu dobiegał radosny gwizd Roberta, który właśnie podłączał swoją nową, drogocenną polerkę.
– Hej, Agata! – zawołał przez otwarte drzwi balkonowe. – Przynieś mi to nowe wiertło, leży na szafce w przedpokoju! Zobaczysz, ta ściana będzie gładka jak lustro!
Nie odpowiedziałam. Siedziałam tam, słuchając szumu ulicy i warczenia maszyn w moim zrujnowanym salonie. Wypiłam łyk herbaty, która smakowała pyłem, i uświadomiłam sobie z przerażającą jasnością, że nasz problem to nie jest brak nowej podłogi. Naszym problemem jest to, że budujemy zupełnie inne domy, w których dla drugiego człowieka po prostu nie ma już miejsca.
Teraz wszystko się zmieni
Następnego dnia, po kolejnej nieprzespanej nocy, usiadłam na parapecie i patrzyłam, jak Robert z werwą wygładza kolejną ścianę. Przez uchylone okno dochodziły odgłosy miasta, dzieci biegające po podwórku, szczekanie psa sąsiadów. Nagle poczułam, że muszę się wyrwać – choćby na chwilę. Wyszłam bez słowa z domu, zostawiając Roberta z jego narzędziami.
Zatrzymałam się w pobliskiej kawiarni. Zamówiłam cappuccino, usiadłam przy stoliku na zewnątrz i przez chwilę próbowałam wyobrazić sobie, że jestem gdzieś dalej. Usłyszałam śmiech ludzi przy sąsiednim stoliku, poczułam zapach świeżo mielonej kawy i przez parę minut naprawdę byłam w Toskanii. Potem wróciła rzeczywistość – telefon, który zaczął wibrować w torebce. Robert, trzy nieodebrane połączenia i SMS: „Gdzie jesteś? Potrzebuję pomocy”.
Wróciłam, bo przecież nie umiem zostawić sprawy ot tak. Ale ta krótka ucieczka sprawiła, że zaczęłam myśleć o sobie, o tym, czego naprawdę chcę. Zrozumiałam, że już nie jestem w stanie poświęcać swoich marzeń na rzecz czyichś obsesji – nawet jeśli to obsesje mojego męża. Wieczorem, kiedy siadaliśmy do kolacji (na podłodze, bo stół był owinięty folią), powiedziałam cicho:
– Robert, ja nie chcę już kolejnych narzędzi, kolejnych remontów. Chcę po prostu, żebyśmy byli razem, żebyś mnie słyszał, kiedy mówię, czego potrzebuję. Może tobie naprawdę wystarczy nowa ściana, ale ja potrzebuję czegoś więcej.
Spojrzał na mnie, zaskoczony. Może pierwszy raz dotarło do niego, jak bardzo oddaliliśmy się od siebie. Nie odpowiedział od razu. Przez chwilę jedliśmy w milczeniu, aż w końcu westchnął:
– Wiem, że cię zawiodłem. Chciałem dobrze, ale chyba już nie wiem, jak to zrobić.
Nie odpowiedziałam, bo nie wiedziałam, czy jeszcze można to naprawić. Ale po raz pierwszy od dawna poczułam, że powiedziałam głośno, czego chcę. I może to był pierwszy krok, żeby przestać wdychać pył cudzych marzeń i zacząć oddychać własnym powietrzem.
Agata, 38 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Myślałem, że mam prawdziwych przyjaciół. Gdy okazało się, że mogę mieć miliony za działkę, maski opadły”
- „Macocha odebrała mi ojca, a potem sięgnęła po jedyną pamiątkę po babci. Serce mi pękło, gdy usłyszałam to 1 zdanie”
- „Porządkując mieszkanie po śmierci mamy, znalazłam prawdziwy skarb. Mój brat od razu wyciągnął po niego ręce”



























