Przez cały okres narzeczeństwa żyłam obietnicami. Kiedy wieczorami przeglądaliśmy katalogi biur podróży, Artur pokazywał mi zdjęcia z luksusowych kurortów. Rozmawialiśmy o Malediwach, Seszelach, ale ostatecznie stanęło na Bali. Wyobrażałam sobie nas dwoje na tarasie willi z basenem, pijących wodę prosto z kokosa, z widokiem na zachodzące słońce. To miał być nasz czas. Nagroda za te wszystkie miesiące stresu związanego z organizacją wesela, za nadgodziny w pracy, za oszczędzanie na każdym kroku, żeby uroczystość była idealna. Jednak im bliżej było do ślubu, tym częściej Artur zmieniał temat. 

WIDEO

player placeholder

– Wiesz, Ala, może jeszcze jednak przemyślimy ten wyjazd – rzucał niby od niechcenia.

Potem nagle stwierdził, że w sumie to głupota wydawać kilkadziesiąt tysięcy na dwa tygodnie leżenia plackiem, skoro niedługo będziemy chcieli wziąć kredyt na większe mieszkanie. Próbowałam dyskutować, ale on miał przygotowany cały arkusz. Liczby nie kłamały. Zgodziłam się na kompromis. Zamiast tropików – polskie góry. Miało być romantycznie, w luksusowym hotelu ze spa, gdzie wreszcie byśmy odpoczęli.

Zobacz także

– Zobaczysz, kochanie, Bieszczady są magiczne – przekonywał mnie, całując w czoło na kilka dni przed ślubem. – Znalazłem świetne miejsce. Cisza, spokój, tylko my i natura.

Uwierzyłam mu. Chciałam wierzyć, że najważniejsze to po prostu być razem. Że luksus to dodatek, a liczy się uczucie. Jakże bardzo się myliłam.

Rzeczywistość pachnąca kurzem

Podróż trwała osiem godzin. Kiedy w końcu zjechaliśmy z głównej drogi na wyboisty, szutrowy trakt, poczułam lekki niepokój. Zatrzymaliśmy się przed drewnianym budynkiem, który lata świetności miał za sobą gdzieś w okolicach późnych lat dziewięćdziesiątych. Farba odchodziła z okiennic, a na szyldzie brakowało dwóch liter.

– To tutaj? – zapytałam, czując, jak serce podchodzi mi do gardła. – Artur, mówiłeś o dobrym standardzie.

– Bo to jest świetny standard w stosunku do ceny! – odparł z entuzjazmem, wyciągając nasze walizki z bagażnika. – Mają tu aneks kuchenny, więc nie będziemy musieli przepłacać w restauracjach. Pani właścicielka mówiła, że woda w kranie jest z własnego ujęcia.

Weszliśmy do środka. Pokój był maleńki, pachniał kurzem i starym drewnem. Na środku stało łóżko z zapadniętym materacem, przykryte burą narzutą. W rogu telewizor z kineskopem i szafa, która skrzypiała przy każdym kroku na nierównej podłodze. Usiadłam na brzegu łóżka. 

– Jesteś zmęczona podróżą – stwierdził Artur, klepiąc mnie po ramieniu. – Rozpakuj nas, a ja skoczę do sklepu. Widziałem po drodze dyskont, kupię coś na kolację.

– Dyskont? Artur, jesteśmy w podróży poślubnej. Myślałam, że chociaż dzisiaj pójdziemy gdzieś zjeść, by poświętować. 

Westchnął ciężko, jakbym poprosiła go o gwiazdkę z nieba.

– Alicja, bądźmy rozsądni. W tych knajpach dla turystów zdzierają z ludzi ostatni grosz. Kupię nam dobre pieczywo i jakiś ser.

Wyszedł, zanim zdążyłam zaprotestować. Zostałam sama w zimnym pokoju, patrząc na dwie walizki. Jedna pełna była eleganckich sukienek i koronkowej bielizny, którą kupiłam z myślą o wieczorach we dwoje. Teraz wydawały się absurdalnie nie na miejscu.

Romantyzm z puszki

Kolejne dni nie były lepsze. Wstawaliśmy wcześnie, bo Artur uważał, że spanie do dziesiątej to marnowanie opłaconego pobytu.

– Wstawaj, szkoda dnia! – rzucał, zrywając się z łóżka.

Robiliśmy kanapki na drogę z najtańszego chleba tostowego. Chodziliśmy po górach, co samo w sobie mogłoby być piękne, gdyby nie ciągłe komentarze mojego męża.

– Tyle za parking przy szlaku? – warczał, próbując wcisnąć samochód w błotniste pobocze kilometr wcześniej, żeby tylko uniknąć opłaty.

Kiedy mijaliśmy urokliwe schroniska, z których dochodził zapach kwaśnicy i szarlotki, on wyciągał z plecaka zgniecione kanapki i termos z letnią już herbatą.

– Zjedzmy swoje, będzie taniej– powtarzał jak mantrę.

Próbowałam zachować twarz. Tłumaczyłam sobie, że to po prostu jego praktyczne podejście do życia. Że przecież budujemy wspólną przyszłość i te zaoszczędzone pieniądze naprawdę przydadzą się nam na start. Ale w środku coś we mnie gniło. Czułam się nieważna. Czułam, że nasz miesiąc miodowy to dla niego przykry obowiązek, który trzeba odhaczyć najniższym możliwym kosztem.

Czwartego dnia wieczorem, po wyjątkowo wyczerpującej wędrówce w mżawce, marzyłam tylko o gorącej kąpieli. Oczywiście w naszym pensjonacie bojler działał kapryśnie, więc po pięciu minutach z kranu popłynęła lodowata woda. Wyszłam spod prysznica dygocząc z zimna, owinęłam się szorstkim ręcznikiem i weszłam do pokoju. Artur siedział na łóżku, przeglądając paragony ze sklepu.

– Artur, możemy jutro pojechać do jakichś term? Albo po prostu pójść na normalny obiad? Proszę cię, jestem zmarznięta i zmęczona. Chcę chociaż przez jeden dzień poczuć, że jesteśmy na wakacjach.

Spojrzał na mnie znad swoich karteczek z wyraźną dezaprobatą.

– Ala. Przecież mamy tu łazienkę. Zrobię ci herbaty, rozgrzejesz się.

– Nie chcę herbaty z torebki! – podniosłam głos, nie mogąc już dłużej powstrzymać frustracji. – Chcę poczuć się jak twoja żona, a nie jak współlokatorka, z którą dzielisz koszty wyjazdu studenckiego! Miało być Bali, jest rozpadająca się chałupa i wyliczanie każdego grosza. Czy ty w ogóle cieszysz się, że tu jesteśmy?

Artur odłożył paragony i spojrzał na mnie z irytacją.

– Przesadzasz. Jesteś po prostu zmęczona. Ja staram się dbać o nasze finanse. Ktoś musi myśleć o przyszłości.

Słowa, których nie da się cofnąć

Napięcie między nami gęstniało z każdą godziną. Następnego dnia rano pogoda popsuła się na dobre. Zamiast iść w góry, siedzieliśmy w pokoju. Ja czytałam książkę, Artur przeglądał coś w telefonie. Atmosfera była gęsta, pełna niewypowiedzianych pretensji. W porze obiadowej Artur znów zaczął krzątać się przy aneksie kuchennym. Wyciągnął z szafki makaron i słoik taniego sosu pomidorowego.

– Mówiłem, że wczoraj w sklepie była promocja na te sosy? Wziąłem trzy, starczą nam do końca wyjazdu – rzucił, wrzucając makaron do garnka.

Milczałam. Patrzyłam na niego i zastanawiałam się, kim jest ten człowiek. Gdzie podział się mężczyzna, który na pierwszej randce zabrał mnie do eleganckiej restauracji? Gdzie ten, który kupował mi kwiaty bez okazji? Czy to wszystko było tylko grą, żeby mnie zdobyć, a teraz, kiedy mam już obrączkę na palcu, można przestać się starać?

– Wiesz co, Ala? – zaczął nagle, mieszając sos. – Tak sobie myślałem o tej całej podróży. Trochę bez sensu to rozegraliśmy.

Podniosłam wzrok, czując nagły przypływ nadziei. Czyżby zrozumiał? Czyżby w końcu dotarło do niego, jak bardzo mnie rani swoim skąpstwem?

– Co masz na myśli? – zapytałam ostrożnie.

– No, sam dojazd tutaj kosztował nas sporo. Mogliśmy pojechać we czwórkę, to koszty przejazdu i jedzenia by się rozłożyły. 

Zmarszczyłam brwi, nie rozumiejąc, do czego zmierza.

– W czwórkę? Z kim?

Artur odwrócił się do mnie z zupełnie poważną miną.

– Z moimi rodzicami. Przecież oboje są na emeryturze, mają mnóstwo czasu. Mogliśmy ich zabrać ze sobą. Zrzuciliby się na paliwo, podzielilibyśmy koszty zakupów spożywczych na cztery osoby, wyszłoby znacznie taniej. Zresztą, mama świetnie gotuje, więc pewnie zrobiłaby nam jakieś fajne obiady z tego, co byśmy kupili.

Zamarłam. Słowa docierały do mnie jak przez gęstą mgłę. Patrzyłam na jego twarz, szukając cienia uśmiechu, jakiegoś znaku, że to ponury żart. Ale on mówił zupełnie poważnie. Wyliczał w głowie oszczędności, jakie moglibyśmy poczynić, zabierając teściów na nasz miesiąc miodowy.

– Chciałeś... chciałeś zabrać swoich rodziców na naszą podróż poślubną, żeby oszczędzić? – mój głos drżał, był ledwie szeptem.

– No a co w tym złego? – wzruszył ramionami, odwracając się z powrotem do kuchenki. – Byliśmy przecież na jednym spacerze we dwoje, resztę czasu i tak spędzamy w pokoju. Im też przydałaby się zmiana klimatu.

– Świetnie, może następnym razem pojedziemy jeszcze większą ekipą, będzie jeszcze taniej – rzuciłam, nie poznając własnego głosu. – Może wynajmiemy autokar i podzielimy wszystko na dwadzieścia osób?

Artur nawet się nie zaśmiał. 

– Wiesz, jakby się dobrze zorganizować, to faktycznie mogłoby się opłacać – stwierdził, totalnie serio.

Nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać.

Chłód gorszy niż bieszczadzki wiatr

Nie krzyczałam. Nie płakałam. Zrobiło mi się nagle tak przeraźliwie zimno, że musiałam naciągnąć sweter na dłonie. To nie była kwestia tego jednego wyjazdu. To nie była kwestia tego, że zjedliśmy makaron z sosem ze słoika. To była zapowiedź całego mojego życia. Zobaczyłam nas za pięć, dziesięć, piętnaście lat. Zobaczyłam, jak Artur wybiera najtańsze pieluchy, odmawia dziecku wycieczki szkolnej, bo „zdzierają”, jak nasze rocznice spędzamy nad arkuszem kalkulacyjnym, sprawdzając, ile zaoszczędziliśmy. Zobaczyłam człowieka, dla którego każda wydana złotówka była osobistą porażką, a każda relacja – również ta małżeńska – musiała się po prostu opłacać.

Zjadłam ten makaron w milczeniu. Smakował jak tektura, ale nie miało to już żadnego znaczenia. Artur trajkotał coś o tym, że jutro musimy wstać o szóstej, żeby ominąć poranne korki na wyjeździe z miasteczka, chociaż w Bieszczadach po sezonie korków po prostu nie było. Wieczorem usiadłam na skrzypiącym łóżku i spojrzałam przez małe, nieszczelne okno. Na zewnątrz zapadał zmrok, a wiatr wył między drzewami. Próbowałam zebrać się na rozmowę, ale zabrakło mi sił. Zamiast tego tylko cicho szepnęłam do siebie:

– Przecież miało być inaczej…

Byliśmy małżeństwem od zaledwie dwóch tygodni, a ja czułam się bardziej samotna niż kiedykolwiek wcześniej w moim życiu. Obrączka na moim palcu nagle wydała mi się bardzo ciężka. Artur zasnął wcześnie, zadowolony z kolejnego „oszczędnego” dnia. Ja leżałam obok niego, wpatrując się w sufit. Zrozumiałam, że największym kosztem tej podróży wcale nie był transport czy wynajem pokoju. Największym kosztem były moje złudzenia, za które właśnie zapłaciłam najwyższą możliwą cenę.

Alicja, 29 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: