Kiedy budzik zadzwonił o wpół do szóstej rano, byłam pewna, że to pomyłka. Sięgnęłam ręką na oślep, żeby uderzyć w telefon Piotra, ale jego strona łóżka była pusta. Słyszałam tylko ciche szuranie w przedpokoju. Uchyliłam jedno oko. Mój mąż, człowiek, dla którego wejście na drugie piętro z siatkami zakupów stanowiło życiowy dramat, wciągał właśnie na stopy jaskrawe, sportowe buty.

WIDEO

player placeholder

– Co ty robisz? – mruknęłam zaspana, owijając się ciaśniej kołdrą.

Idę biegać – rzucił, nie patrząc na mnie, po czym szarpnął za suwak wiatrówki. – Muszę zrobić dzisiaj przynajmniej pięć kilometrów przed pracą.

Zobacz także

Myślałam, że wciąż śnię. Piotr i bieganie? Piotr, który uważał, że spacer do samochodu to wystarczająca dawka kardio na cały tydzień? Zanim zdążyłam zadać kolejne pytanie, usłyszałam trzaśnięcie drzwi.

Piotr był typowym leniwcem

Wszystko zaczęło się dwa tygodnie wcześniej, kiedy z ich działu odeszła stara kierowniczka, pani Jola, kobieta tuż przed emeryturą, z którą Piotr doskonale się dogadywał. Na jej miejsce przysłali kogoś z zewnątrz.

– Nazywa się Klaudia, ma trzydzieści dwa lata i energię małego reaktora jądrowego – relacjonował mi Piotr po jej pierwszym dniu. Brzmiał na lekko przerażonego. – Kazała nam wszystkim mówić sobie po imieniu, a w kuchni postawiła słoik z jakimiś dziwnymi nasionami chia.

Z początku tylko się śmiałam. Piotr był typowym korporacyjnym leniwcem. Robił swoje, dowoził projekty na czas, ale o 17:00 wyłączał komputer i zapominał o firmie. Nie znikał na integracjach, nie brał udziału w biurowych gierkach. Ceniłam to w nim. Jednak z każdym dniem opowieści o Klaudii stawały się coraz częstsze. Klaudia uważała, że praca to nie tylko obowiązki, to „styl życia”. Klaudia uważała, że zespół musi być zgrany nie tylko przy biurkach. Klaudia ogłosiła firmowe wyzwanie sportowe.

– Kto do końca miesiąca zrobi najwięcej kilometrów, biegnąc, idąc lub jadąc na rowerze, wygrywa wyjazd na Bali dla dwóch osób – ogłosił mi któregoś wieczoru przy kolacji. Oczy mu błyszczały.

– Brzmi super, ale chyba nie zamierzasz brać w tym udziału? – zapytałam, nakładając makaron na talerze.

– Dlaczego nie? Przecież zawsze mówiłaś, że przydałoby mi się trochę ruchu.

– Jasne, mówiłam to, kiedy sapiesz przy odkurzaniu. Ale Bali? Naprawdę myślisz, że przebijesz tych wszystkich dwudziestoparolatków z twojego działu, co to po pracy siedzą na crossficie?

Zrobił urażoną minę.

Zdziwiłabyś się, Aniu. Mam swoją strategię.

Nie chodziło o wakacje

Jego strategia polegała na tym, że nasze życie wywróciło się do góry nogami. Wstawał skoro świt. Wracał spocony, czerwony na twarzy, brał szybki prysznic i leciał do pracy. Po południu, zamiast posiedzieć ze mną na kanapie, wymyślał, że musimy iść na spacer.

– Chodźmy do tego nowego parku na drugim końcu miasta – zaproponował w sobotę.

– Przecież to cztery kilometry w jedną stronę – jęknęłam, patrząc z tęsknotą na książkę, którą właśnie zaczęłam czytać.

– O to chodzi! Nabijemy mi kroki. Klaudia wrzuciła wczoraj zrzut ekranu ze swojego smartwatcha, muszę ją gonić w rankingu.

Zatrzymałam się w pół kroku.

– Gonić Klaudię? Myślałam, że ścigasz się z całym działem.

– No tak, ale ona jest na pierwszym miejscu. Wiesz, jak to dobrze wygląda, jak udowodnię szefowej, że jestem równie zdeterminowany co ona? Podobno w przyszłym kwartale będą awanse na seniorów. Nie mogę wyjść na zgnuśniałego boomera.

Piotr miał trzydzieści osiem lat. Słowo „boomer” w jego ustach brzmiało komicznie, ale nie było mi do śmiechu. Zaczynałam rozumieć, że w tym całym bieganiu wcale nie chodzi o nasze wspólne wakacje na Bali.

Nie był tam sam...

Kilka dni później pojechałam do jego biurowca, żeby podrzucić mu klucze do mieszkania, których rano zapomniał w ferworze wiązania butów. Była pora lunchu. Weszłam do przeszklonego holu i zobaczyłam go. Nie był sam. Stał przy automacie z napojami z wysoką, szczupłą brunetką w dopasowanym garniturze. Śmiała się z czegoś, co powiedział, poprawiając włosy. Piotr wyglądał na wniebowziętego. Zrobiłam krok w ich stronę, ale zatrzymałam się, słysząc fragment rozmowy.

– Nie wierzyłam, że dasz radę utrzymać to tempo, Piotrek – mówiła dziewczyna. – Twój wczorajszy wynik z wieczora robi wrażenie. Gdzie biegałeś?

– Wzdłuż rzeki. Trzeba przesuwać granice, prawda? – odpowiedział mój mąż tonem, którego nigdy u niego nie słyszałam. Brzmiał jak bohater taniej reklamy suplementów dla sportowców.

– Zdecydowanie. Może w weekend zrobimy wspólny trening? Pokażę ci świetną trasę za miastem.

Zrobiło mi się gorąco. To była Klaudia. Nowa, idealna szefowa, dla której mój mąż nagle postanowił zmienić się w maratończyka. Zamiast podejść, po prostu zostawiłam klucze na recepcji i napisałam mu SMS-a, że musiałam uciekać. Wieczorem zapytałam go wprost.

Widziałam cię dzisiaj z Klaudią. Podobno umawiacie się na wspólne bieganie?

Zamarł na chwilę z widelcem w powietrzu, ale szybko przybrał maskę obojętności.

– Ach, tak. Wspomniała coś o weekendzie. To czysty networking, Aniu. Budowanie relacji z przełożoną. Jeśli chcę ten awans, muszę grać w jej grę.

– W jej grę, czy z nią? – zapytałam ostro. – Od trzech tygodni nie rozmawiamy o niczym innym, tylko o twoich kilometrach i o tym, co Klaudia powiedziała, co Klaudia zrobiła, ile Klaudia przebiegła. Mam wrażenie, że w naszym małżeństwie jest nas troje.

– Nie przesadzaj – prychnął. – Robię to dla nas. Przecież wygramy to Bali.

Zrobili z mojego męża pośmiewisko

Od tego dnia między nami zrobiło się chłodniej. Niby mieszkaliśmy razem, ale każdy był jakby w swoim świecie. Piotr wracał później, czasem nawet po pracy szedł „na trening z ekipą z działu”. Zaczęłam mieć wrażenie, że coraz mniej rozmawiamy. Kiedy próbowałam poruszyć temat nas, Piotr zbywał mnie krótkim „teraz nie mam głowy, muszę nabić kilometry”. Pewnego wieczoru, kiedy wrócił cały przemoczony po biegu w deszczu, podałam mu kubek herbaty. Patrzył na mnie przez chwilę z nieobecnym wzrokiem, a ja poczułam, jakby ktoś postawił między nami niewidzialną ścianę.

– Wiesz, że możesz trochę odpuścić? – spytałam cicho. – Bali nie jest warte aż takich poświęceń.

– Chciałbym tak myśleć, Aniu, ale… nie zrozumiesz. To już nie chodzi tylko o wyjazd. Chcę coś udowodnić – westchnął, nie patrząc mi w oczy.

Poczułam się bezsilna. Jakbyśmy oboje byli na przeciwnych końcach tego samego stadionu i nie mogli się spotkać na środku. Finał wyzwania przypadał na ostatni dzień miesiąca. Piotr był wykończony. Bolały go kolana, smarował się maściami chłodzącymi, ale nie odpuszczał. Według aplikacji szli z Klaudią łeb w łeb. Ostatniego dnia wrócił do domu dopiero po dwudziestej. Był przemoczony, pachniał deszczem i zmęczeniem. Usiadł na korytarzu, nie zdejmując butów, i przez chwilę tylko oddychał głęboko, jakby próbował złapać oddech po maratonie.

– I jak? – zapytałam, widząc, jak z trudem zdejmuje buty.

Opadł ciężko na fotel i ukrył twarz w dłoniach.

– Przegrałem. O cztery kilometry.

– Przykro mi – powiedziałam, choć w głębi duszy czułam ulgę. Może wreszcie ten koszmar się skończy. – Ale drugie miejsce też jest super. Pokazałeś jej, że jesteś zdeterminowany.

Podniósł na mnie wzrok. Jego oczy były dziwnie puste.

– Nie rozumiesz. Ona wcale nie biegała.

– Co to znaczy?

– Dzisiaj w biurze… zostawiła telefon na biurku. Zobaczyłem, że aplikacja nabiła jej piętnaście kilometrów w czasie, gdy siedziała na spotkaniach. Miała przypięty telefon do takiego małego urządzenia. Taki bujak, wiesz? Używa się tego do nabijania kroków w grach w telefonie.

Patrzyłam na niego w milczeniu, próbując to przetrawić.

– Oszukiwała? – zapytałam w końcu. – Szefowa działu oszukiwała w głupim firmowym konkursie?

– Tak. I wiesz, co jest najgorsze? Kiedy delikatnie o tym wspomniałem, zaśmiała się i powiedziała, że w biznesie liczy się spryt i optymalizacja zasobów, a nie bezmyślny wysiłek. I że ceni moje zaangażowanie, ale awans dostanie Michał, bo on wymyślił skrypt automatyzujący raporty, zamiast tracić czas na bieganie po lesie.

Piotr wyglądał tak żałośnie, że przez chwilę miałam ochotę go przytulić. Ale przypomniałam sobie te wszystkie poranki, te zachwyty nad Klaudią, te odwołane wspólne wieczory, bo on musiał „budować relacje”.

– No cóż – powiedziałam cicho, wstając z kanapy. – Wygląda na to, że zrobili cię w konia podwójnie. Mam nadzieję, że chociaż kondycja ci się poprawiła.

Złudzenia opadły, ale niesmak pozostał

Kolejne dni mijały w dziwnej ciszy. Piotr unikał mojego wzroku, coraz częściej zamykał się w sobie. Nie biegał, ale też nie próbował ze mną rozmawiać. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam była być dla niego bardziej wspierająca. Może byłoby mu łatwiej, gdyby wiedział, że naprawdę kibicuję mu z całego serca – ale czy powinnam była kibicować czemuś, co zbliżało go do kogoś innego? Pewnego wieczoru usłyszałam, jak rozmawia przez telefon z kolegą z pracy. Siedział na balkonie, myślał, że go nie słyszę.

– Nie wiem, czy to miało sens – mówił zmęczonym głosem. – Zawiodłem się na sobie i na niej. Anka też ma mnie dość. Wszystko się rozjechało przez głupie bieganie.

Chciałam wyjść i powiedzieć, że to nie tylko bieganie, ale cała ta nowa obsesja na punkcie szefowej, na punkcie bycia kimś, kim nie jest. Zabrakło mi odwagi. Położyłam się do łóżka i udawałam, że śpię, gdy wrócił do sypialni.

Od tamtej pory minęły dwa miesiące. Piotr nie biega. Wrzucił buty na dno szafy i znowu narzeka na wejście po schodach. O Klaudii w ogóle nie wspomina. Nasze życie wróciło do normy, ale coś we mnie pękło. Za każdym razem, gdy patrzę, jak siedzi przed telewizorem, przypominam sobie, z jaką łatwością zrezygnował z naszego czasu, żeby zadowolić obcą kobietę dla złudnego awansu.

Czasem zastanawiam się, co by było, gdyby to wyzwanie trwało dłużej. Albo gdyby Klaudia naprawdę zaproponowała mu ten wspólny trening w weekend za miastem. Złudzenia opadły, ale niesmak pozostał. Może to ja powinnam była walczyć o nasz związek mocniej? A może czasami po prostu nie da się wygrać z czyjąś ambicją, nawet jeśli ta ambicja okazuje się złudna i bolesna.

Anna, 36 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: