Reklama

Droga z lotniska w Splicie dłużyła mi się w nieskończoność, chociaż widoki za oknem zapierały dech w piersiach. Jadranska Magistrala, kręta droga biegnąca wzdłuż wybrzeża, oferowała spektakularne panoramy. Z jednej strony wznosiły się surowe, jasne skały masywu Biokovo, z drugiej rozciągał się bezkres lazurowego Adriatyku. Każdy inny turysta zachwycałby się tym pejzażem, ale ja czułam jedynie zmęczenie. Moja głowa była ciężka od niezrealizowanych projektów architektonicznych i ciągłej krytyki ze strony szefa. Straciłam pasję do tego, co robię. Przyjechałam na Rivierę Makarską nie po to, by zwiedzać, ale po to, by zniknąć.

Wynajęłam mały, kamienny apartament w spokojniejszej części wybrzeża, z dala od głównych hoteli. Miał maleńki taras obrośnięty winoroślą, z którego roztaczał się widok na małą zatoczkę. Mój plan był prosty. Wstawać wcześnie rano, pić czarną kawę, brać szkicownik i siadać na falochronie. Zero rozmów, zero nowych znajomości, absolutne odcięcie od bodźców. Pierwsze dwa dni przebiegły dokładnie tak, jak to sobie zaplanowałam. Cisza, szum wody, krzyk mew. Próbowałam rysować, ale każda kreska wydawała mi się sztuczna. Zamiast projektować wymarzony dom kultury, nad którym pracowałam przed urlopem, mazałam bezsensowne kształty i wyrywałam kolejne kartki z notesu. Trzeciego dnia mój spokój został zburzony.

Ten irytujący dźwięk szlifierki

Siedziałam na swoim ulubionym, płaskim kamieniu na końcu molo, próbując skupić się na fakturze fal uderzających o brzeg. Nagle z letargu wyrwał mnie miarowy, głośny dźwięk. Spojrzałam w lewo. Kilkanaście metrów dalej, przy drewnianym pomostku, cumowała stara, niewielka łódź. Wcześniej jej tam nie było, albo po prostu nie zwróciłam na nią uwagi. Teraz jednak na jej pokładzie stał wysoki, śniady mężczyzna w lnianej, jasnej koszuli i z zapałem szlifował drewnianą burtę. Starałam się go ignorować. Wróciłam wzrokiem do szkicownika, ale hałas wiercił mi dziurę w głowie. Moja irytacja rosła z każdą minutą. W końcu zamknęłam notes z głośnym trzaśnięciem, wstałam i spojrzałam w jego kierunku z wyraźnym niezadowoleniem. Mężczyzna jakby wyczuł moje spojrzenie. Wyłączył maszynę, odwrócił się i uśmiechnął szeroko, ukazując białe zęby kontrastujące z opaloną twarzą.

– Przepraszam, przeszkadzam w tworzeniu arcydzieła? – zawołał, opierając się o krawędź łodzi.

– Szczerze mówiąc, tak – odpowiedziałam chłodno, mając nadzieję, że to utnie rozmowę. – Szukałam tutaj ciszy.

– W Dalmacji cisza to rzadkość, zawsze coś szumi. Jak nie morze, to cykady, a jak nie cykady, to stara łódź, która domaga się uwagi – odparł bez cienia urazy, a jego polszczyzna, choć przełamana twardym, południowym akcentem, była zaskakująco dobra. Zanim zdążyłam zapytać, skąd zna mój język, dodał: – Mam na imię Goran. Moja babcia była Polką, stąd ta dziwna mieszanka, którą słyszysz.

Pokiwałam tylko głową, nie mając zamiaru się przedstawiać. Odwróciłam się na pięcie i odeszłam do swojego apartamentu, czując, że moja bezpieczna przestrzeń została naruszona.

Przypadki, w które nie wierzę

Następnego ranka celowo wyszłam z domu wcześniej. Słońce dopiero wstawało, barwiąc niebo na delikatne odcienie różu i pomarańczu. Zasiadłam na molo z poczuciem triumfu. Łódź stała zacumowana, ale na pokładzie nie było nikogo. Otworzyłam szkicownik. Znowu to samo. Pusta kartka, pusty umysł. Czułam, że cała moja kreatywność gdzieś wyparowała, a ja zostałam tylko z mechanicznymi umiejętnościami kreślenia linii.

– Znowu nic z tego nie będzie.

Podskoczyłam, słysząc głos tuż za moimi plecami. Goran stał z dwoma papierowymi kubkami, z których unosił się aromat świeżo parzonej kawy.

Czy ty mnie śledzisz? – zapytałam, czując, jak na moje policzki wypływa rumieniec złości.

– Po prostu przyniosłem kawę. Zauważyłem, że wczoraj wyrywałaś kartki z taką furią, jakby papier był twoim największym wrogiem. Znam ten stan. To się nazywa blokada twórcza – powiedział spokojnie, wyciągając w moją stronę jeden z kubków.

Zaskoczona jego bezczelnością, ale i trafnością obserwacji, wzięłam kawę.

– Jestem architektem – powiedziałam, sama nie wiedząc dlaczego nagle zaczęłam się tłumaczyć. – A przynajmniej byłam, dopóki nie zapomniałam, po co to w ogóle robię. Wszystko, co projektuję, wydaje mi się teraz pozbawione duszy. Zwykłe betonowe klocki.

Goran usiadł w bezpiecznej odległości na murku, patrząc w dal na horyzont.

– Widzisz tę łódź? – wskazał na starą, drewnianą jednostkę, którą wczoraj naprawiał. – Należała do mojego dziadka. To tradycyjna dalmatyńska gajeta. Wielu moich znajomych mówiło, żebym kupił nową, plastikową motorówkę. Szybszą, łatwiejszą w utrzymaniu, ale w tym drewnie jest historia. Kiedy ją szlifuję, czuję pod palcami lata pracy i sól, która wżarła się w deski. Może twój problem polega na tym, że patrzysz tylko w przyszłość, na to, co nowoczesne, a zapomniałaś o fundamentach?

Jego słowa uderzyły we mnie mocniej, niż chciałam przed samą sobą przyznać. Było w nich coś niezwykle prostego i prawdziwego.

Propozycja nie do odrzucenia

Przez kolejne dni nasz układ stał się niemal rutyną. Ja przychodziłam na molo ze szkicownikiem, a on pracował przy łodzi. Czasem wymienialiśmy zaledwie kilka zdań, czasem rozmawialiśmy przez godzinę. Dowiedziałam się, że Goran na co dzień zajmuje się renowacją zabytkowych budynków w Splicie, a łódź dziadka to jego osobisty projekt, powrót do korzeni. Opowiadał o chorwackiej architekturze z taką pasją, że z każdym dniem czułam, jak lód wokół mojego umysłu zaczyna pękać.

– Jutro jest piękna pogoda. Wiatr idealny, morze spokojne – powiedział pewnego popołudnia, wycierając dłonie w szmatkę. – Zabiorę cię gdzieś. Zobaczysz coś, czego nie znajdziesz w żadnych turystycznych przewodnikach.

– Przyjechałam tu, żeby pobyć sama – przypomniałam mu, choć mój głos nie brzmiał już tak stanowczo jak pierwszego dnia.

– Wiem. I obiecuję, że nie będę ci przeszkadzał, ale żeby spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy, musisz zmienić punkt widzenia. Dosłownie.

Biłam się z myślami przez cały wieczór. Mój wewnętrzny introwertyk krzyczał, żebym została na tarasie, ale jakaś nowo obudzona część mnie pragnęła zobaczyć to, co chciał mi pokazać.

Prawdziwe oblicze wybrzeża

Wypłynęliśmy wczesnym rankiem. Silnik gajety miarowo pracował, a drewniany kadłub gładko rozcinał lazurowe fale. Oddalaliśmy się od Makarskiej, a majestatyczne pasmo Biokovo z tej perspektywy wyglądało jeszcze potężniej. Góry zdawały się wyrastać wprost z morza, chroniąc maleńkie miasteczka niczym kamienni strażnicy. Goran nie mówił wiele. Skupił się na sterowaniu, pozwalając mi po prostu chłonąć otoczenie. Po około godzinie wpłynęliśmy do niewielkiej, ukrytej zatoczki. Nie było tam plaży z leżakami ani kawiarni. Tylko białe otoczaki, krystalicznie czysta woda i ruiny starego, kamiennego domu rybackiego wtopione w strome zbocze. Zarzuciliśmy kotwicę. Zeszliśmy na brzeg, a Goran poprowadził mnie w stronę ruin.

– Zobacz, jak to zostało zbudowane – powiedział, dotykając chropowatej ściany. – Każdy kamień został tu przyniesiony ręcznie. Został dopasowany do kształtu skały, a nie odwrotnie. Budowniczy nie niszczył natury, żeby postawić dom. On sprawił, że dom stał się częścią natury. To jest to, o czym ci mówiłem. Dusza projektu.

Stanęłam pośrodku zrujnowanego pomieszczenia. Zamknęłam oczy. Wyobraziłam sobie ludzi, którzy tu żyli, ich codzienne zmagania z wiatrem i solą. Nagle, po raz pierwszy od wielu miesięcy, poczułam wyraźny impuls. Wyciągnęłam z torby szkicownik. Usiadłam na głazie i zaczęłam rysować. Nie myślałam o wymaganiach szefa, o budżecie, o nowoczesnych trendach. Rysowałam bryłę, która szanowała otoczenie, która czerpała z tradycji, ale oferowała przestrzeń do życia. Ołówek sam tańczył po papierze. Goran siedział opodal na brzegu morza, rzucając drobne kamyki do wody. Dotrzymał słowa. Dał mi przestrzeń, ale jednocześnie dał mi coś znacznie cenniejszego – inspirację, której tak rozpaczliwie szukałam.

Zrozumiałam, czego szukałam

Spędziliśmy w zatoce kilka godzin. Kiedy słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, malując wodę na złoto, wróciliśmy na łódź. Podróż powrotna upłynęła nam w komfortowej ciszy. Nie czułam już potrzeby ucieczki ani ukrywania się przed światem. Zrozumiałam, że moja blokada nie wynikała z braku talentu, ale z odcięcia się od emocji i autentyczności. Moja majówka na Rivierze Makarskiej nie wyglądała tak, jak to sobie zaplanowałam. Zamiast izolacji i samotności, dostałam lekcję od człowieka, który potrafił słuchać starych kamieni i drewna.

Goran nie próbował mnie zmieniać, nie narzucał się. Po prostu otworzył drzwi, przez które bałam się przejść. Ostatniego dnia przed wylotem zaszłam na molo. Goran kończył malować detale na swojej gajecie. Mój szkicownik był pełen nowych, świeżych projektów. Dom kultury, który miałam zaprojektować w Polsce, zyskał zupełnie nowy wymiar – miał być przestrzenią otwartą, pełną naturalnych materiałów i światła, nawiązującą do lokalnej historii.

– Wyglądasz inaczej – zauważył, ocierając czoło wierzchem dłoni. – Mniej w tobie burzy, a więcej spokojnego portu.

– To zasługa dobrego przewodnika – uśmiechnęłam się szczerze, podając mu rękę na pożegnanie. – Dziękuję ci za wszystko. Za kawę, za cierpliwość i za tę zatokę.

– Pamiętaj o fundamentach. Kiedy budujesz z sercem, to zawsze przetrwa – powiedział, ściskając moją dłoń.

Wróciłam do Polski z zupełnie nową energią. Mój projekt został przyjęty z entuzjazmem, a ja odzyskałam radość z pracy. Czasem, kiedy w biurze robi się zbyt głośno i czuję powracającą presję, zamykam oczy i przypominam sobie szum fal uderzających o burtę starej, drewnianej łodzi. I już wiem, że w przyszłym roku znowu polecę do Dalmacji. Nie po to, by uciekać, ale po to, by usiąść na kamiennym molo i po prostu porozmawiać.

Weronika, 35 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama