Żar lał się z nieba. Hiszpania przypominała piec hutniczy, w którym powietrze wibrowało nad rozgrzanym brukiem. Szliśmy wąskimi uliczkami, mijając białe ściany domów, z których zwieszały się kolorowe pelargonie. Zawsze marzyłam o takiej podróży, ale teraz czułam jedynie rosnącą w środku pustkę. Szłam pół kroku za Arturem, obserwując jego zgarbione plecy i mokrą od potu koszulkę. Nie trzymaliśmy się za ręce. Zresztą, nie robiliśmy tego od dawna. Jego wzrok wbity był w ekran telefonu, na którym sprawdzał godziny otwarcia i trasę do kolejnego punktu w naszym napiętym planie.

WIDEO

player placeholder

– Może usiądziemy gdzieś w cieniu? Zjemy coś, napijemy się wody? – zaproponowałam, czując jak pot spływa mi po karku. Byłam wyczerpana. Nie tylko upałem, ale tym ciągłym, bezsensownym biegiem.

Artur wreszcie się zatrzymał i spojrzał na mnie z wyraźną irytacją. Zmarszczył brwi, jakbym poprosiła go o coś zupełnie absurdalnego.

Zobacz także

– Jowita, mamy zaplanowane jeszcze zwiedzanie. Jeśli usiądziemy teraz w knajpie, nie zdążymy wszystkiego zobaczyć. Chcesz marnować czas, za który zapłaciliśmy?

Westchnęłam ciężko. Znowu to samo. Od początku tego wyjazdu czułam się, jakbym była na wycieczce objazdowej z bardzo surowym przewodnikiem. Biegaliśmy od jednego punktu do drugiego. Robiliśmy zdjęcia, czytaliśmy tabliczki informacyjne, odhaczaliśmy kolejne punkty na mapie. Ale nie rozmawialiśmy. Nie śmialiśmy się. Nie cieszyliśmy się swoim towarzystwem.

– Dobrze, chodźmy – powiedziałam cicho, poddając się. Nie miałam siły na kłótnię na środku ulicy.

– Tak, chodźmy – mruknął, odwracając się i ruszając szybkim krokiem.

Gdy staliśmy w kolejce do kasy, próbowałam raz jeszcze.

– Wiesz, może moglibyśmy po prostu posiedzieć w parku. Tu jest tak pięknie – powiedziałam, patrząc na palmy i fontanny.

– Jowita, nie po to tu przylecieliśmy. Chyba chcesz zobaczyć wszystko, co warto, prawda? – odpowiedział, nie patrząc na mnie.

– A może po prostu chcę z tobą pobyć, nie z zabytkami – powiedziałam cicho, ale on już odszedł po bilety.

Chłód w środku upalnego dnia

Wieczorem wróciliśmy do apartamentu. Był  naprawdę piękny – z małym balkonem i widokiem na morze. Zamiast jednak cieszyć się chwilą, wziąć wspólną kąpiel czy po prostu posiedzieć we dwoje, Artur natychmiast wyciągnął laptopa. Usiadł przy stole, podłączył zasilacz i otworzył jakieś tabelki.

Co ty robisz? – zapytałam, stając w progu łazienki z ręcznikiem w dłoniach.

– Muszę przejrzeć raporty od Maćka. Prosił mnie, żebym rzucił na to okiem przed końcem tygodnia – odparł, w ogóle nie odrywając wzroku od ekranu.

Zamarłam. To miały być nasze wakacje. Wyjazd, który planowaliśmy od roku. Wyjazd, który miał nam pomóc odnaleźć siebie po trudnym czasie w pracy i w domu. Zgodził się, że nie będzie pracował. Obiecał to.

– Artur, jesteśmy na urlopie. Obiecałeś – przypomniałam mu, starając się opanować drżenie głosu.

To zajmie tylko godzinę, Jowita. Nie dramatyzuj. Ty idź pod prysznic, a ja to ogarnę.

– Ale przecież mówiłeś, że na tym wyjeździe pracę zostawiasz w domu. Przynajmniej przez te kilka dni! – nie mogłam się powstrzymać.

– Nie bądź dziecinna. To tylko chwilka. Zaraz skończę.

Poszłam pod prysznic. Woda zmywała ze mnie kurz andaluzyjskich ulic, ale nie mogła zmyć tego lodowatego uczucia w klatce piersiowej. Płakałam, chociaż łzy mieszały się z wodą, więc mogłam udawać przed samą sobą, że ich nie ma. Dlaczego tak bardzo zależało mu na wszystkim innym, tylko nie na nas? Gdy wyszłam z łazienki w piżamie, zobaczyłam, że Artur dalej klika w klawiaturę, jego twarz oświetlona była tylko bladym światłem ekranu.

– Idziesz spać? – zapytałam cicho.

– Jeszcze chwilę. Możesz zasypiać beze mnie, nie będę długo.

Położyłam się do łóżka i odwróciłam plecami. Słyszałam stukanie klawiszy przez kolejną godzinę, aż w końcu zasnęłam, czując się bardziej samotna, niż gdybym była w tym pokoju zupełnie sama.

Rano obudziło mnie światło wpadające przez okno i dźwięk ekspresu. Wstałam powoli, czułam się jakby ktoś wykręcił mnie od środka.

– Kawy? – zapytał, jakby nic się nie stało.

– Poproszę – odpowiedziałam. Po chwili milczenia zdecydowałam się odezwać:

– Artur, czy my się jeszcze lubimy?

Spojrzał na mnie zaskoczony, wyraźnie nie wiedząc, co odpowiedzieć.

Co za dziwne pytanie, Jowita. Przecież jesteśmy razem, nie?

– Ale czy jesteśmy razem, czy tylko obok siebie?

Westchnął, pokręcił głową i wyszedł na balkon z filiżanką.

Kolacja, która wszystko zmieniła

Następnego dnia wieczorem poszliśmy na kolację. Znalazłam małą, uroczą knajpkę z tapas niedaleko katedry. Zależało mi, żeby ten wieczór był inny. Ubrałam nową, czerwoną sukienkę, którą kupiłam specjalnie na ten wyjazd. Pomalowałam usta, rozpuściłam włosy. Chciałam, żeby zobaczył we mnie kobietę, a nie tylko współpasażerkę z biletem w ręku. Usiedliśmy przy małym, okrągłym stoliku. Zamówiłam sangrię i kilka przekąsek. Czekałam na jego reakcję. Na komplement. Na cokolwiek. Artur przeglądał menu, po czym wyciągnął telefon. Zaczął scrollować coś z zaciętą miną.

– Pięknie tu, prawda? – zaczęłam nieśmiało, próbując nawiązać kontakt.

– Mhm – mruknął, nie podnosząc wzroku.

– Artur, możemy się po prostu nacieszyć chwilą? Odłóż ten telefon – poprosiłam spokojnie.

Spojrzał na mnie, jakby zobaczył mnie pierwszy raz od miesięcy.

– Sprawdzam, czy są jakieś fajne knajpy jeszcze w okolicy. Może coś lepszego znajdziemy na jutro.

Czy ty w ogóle mnie widzisz? – zapytałam nagle. – Zobacz, jak się ubrałam. Chciałam, żeby dzisiaj było inaczej.

– No, ładnie wyglądasz, Jowita, ale nie rozumiem, o co ci chodzi…

– Nie chodzi mi o wygląd. Chodzi o to, że jesteśmy tu razem, ale się mijamy. Ja próbuję do ciebie dotrzeć, a ty jesteś ciągle gdzieś indziej. Jeśli nie w telefonie, to w raportach, a jeśli nie tam, to planujesz kolejne punkty do odhaczenia.

Zamknął oczy na moment, jakby walczył ze sobą, potem ściszonym głosem powiedział:

– Przecież robię to dla nas. Chciałem, żebyśmy coś zobaczyli, żeby to były udane wakacje.

– Ale nie są udane – powiedziałam ostro. – Wiesz, ja nie chcę już oglądać żadnych zabytków. Chcę, żebyś mnie po prostu wysłuchał. Bez telefonu, bez planu. Chcę być z tobą, nie tylko przy tobie.

Zamilkł. Wpatrywał się w blat stołu, potem zaczął obracać szklankę w dłoni.

– Jowita… Ja nie wiem, czy jeszcze umiem być z tobą tak po prostu. Zawsze mieliśmy coś do zrobienia, coś do załatwienia. Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedzieliśmy razem i rozmawialiśmy o czymś innym niż rachunki. Myślałem, że jak będzie plan, będzie zajęcie, to będzie dobrze. Ale chyba nie jest, co?

Spojrzałam na niego smutno. Przez chwilę milczeliśmy. Kelner przyniósł tapas, a my jedliśmy w ciszy. Każdy kęs był jak kamień w gardle. W pewnym momencie Artur przerwał ciszę:

– Pamiętasz, jak byliśmy pierwszy raz na Mazurach? Leżeliśmy na pomoście pół nocy i patrzyliśmy w gwiazdy, nie mówiąc nic, ale wtedy to była bliskość. Teraz nawet cisza nas dzieli.

– Wtedy chciałeś ze mną być. Teraz chyba nie wiesz, czego chcesz.

– Może nie wiem. Może boję się, że coś się skończyło, a ja nie zauważyłem kiedy.

Spojrzałam na niego i nagle poczułam ogromny żal, ale też jakąś ulgę. Wreszcie ktoś przyznał, że coś się popsuło.

Wszystko, czego nie powiedzieliśmy

Po powrocie do apartamentu długo nie mogliśmy zasnąć. Przewracałam się z boku na bok, a Artur leżał na plecach, wpatrzony w sufit.

– Może powinniśmy z kimś porozmawiać? Z kimś, kto spojrzy na to z boku? – zaproponowałam cicho.

– Może… – odpowiedział, ale nie brzmiał przekonująco.

– Chciałabym, żeby było dobrze. Ale nie wiem, czy jeszcze potrafimy – powiedziałam po chwili.

– Ja też nie wiem. Ale może spróbujmy chociaż nie udawać, że wszystko gra.

Następnego dnia zrezygnowaliśmy z dalszego zwiedzania. Zaproponowałam spacer nabrzeżem. Artur zgodził się bez entuzjazmu, ale poszedł.

– Chcesz kawy? – zapytał przy jednym z barów.

– Może tym razem usiądźmy bez planu, po prostu popatrzmy na ludzi?

Uśmiechnął się lekko, pierwszy raz od dawna.

– Dobrze, spróbujmy.

Siedzieliśmy w milczeniu. Przez chwilę poczułam, że może jest jeszcze dla nas jakaś szansa. Ale gdy spojrzałam na Artura, widziałam w jego oczach ten sam smutek, który czułam w sobie.

– Nie wiem, czy to jeszcze ma sens – powiedziałam nagle.

– Też nie wiem, Jowita. Przepraszam.

Nie było już więcej słów. Tylko ten chłód, który narastał od miesięcy, teraz był już wyraźny, obezwładniający.

Powrót do rzeczywistości

Reszta wakacji minęła w dziwnym zawieszeniu. Spędzaliśmy czas osobno. Ja chodziłam na długie spacery brzegiem morza, Artur siedział na balkonie. Wieczorami czasem wymienialiśmy kilka słów:

– Dobrze się czujesz?

– Tak, a ty?

– Tak. Może jutro wrócimy wcześniej do hotelu?

– Jak chcesz.

Każda rozmowa kończyła się szybciej niż się zaczynała. Zapadała cisza, która bolała bardziej niż najgorsza kłótnia. Lot powrotny do Warszawy trwał dla mnie wieczność. Siedzieliśmy obok siebie, ale dzieliły nas lata świetlne. Kiedy samolot dotknął płyty lotniska, wiedziałam, że nasze małżeństwo, jakie znałam, właśnie się skończyło. Nie było wielkiego wybuchu, zdrady czy dramatu. Była po prostu powolna, cicha śmierć z wyziębienia. W domu Artur rozpakował walizkę w ciszy. Potem powiedział:

– Muszę pojechać do brata na kilka dni. Muszę przemyśleć wszystko.

– Dobrze – odpowiedziałam tylko.

Zostałam sama. Usiadłam na kanapie, patrząc na rozrzucone ubrania, paszport, bilety. Czułam smutek, ogromny, paraliżujący smutek, ale też dziwną ulgę. Przynajmniej przestałam udawać. Przynajmniej wreszcie nazwałam to, co działo się między nami. Wieczorem zadzwoniła mama:

– Jak było w Hiszpanii?

– Ciepło, mamo. Bardzo ciepło – odpowiedziałam i po raz pierwszy od lat nie umiałam się rozpłakać w rozmowie z nią.

Położyłam się spać sama w pustym mieszkaniu. Przez chwilę wsłuchiwałam się w ciszę i zrozumiałam, że tej ciszy już się nie boję. Hiszpańskie słońce obnażyło prawdę. I chociaż wciąż jest mi zimno, to wiem, że w końcu muszę zacząć szukać ciepła. Następnego dnia obudziłam się wcześnie, nie mogąc już spać. Zaparzyłam sobie kawę i wyszłam na balkon, gdzie do tej pory zwykle siedział Artur. Po raz pierwszy od dawna poczułam, że ta pustka, choć bolesna, daje mi też jakąś wolność. Uświadomiłam sobie, że nie wiem jeszcze, co dalej, ale teraz to moje decyzje będą miały znaczenie. Patrzyłam na budzące się miasto i poczułam, że być może ta samotność to pierwszy krok do czegoś nowego – może do powrotu do siebie.

Jowita, 40 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych wydarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: