Słońce w Ksamilu prażyło niemiłosiernie, odbijając się od turkusowej wody i białego, drobnego piasku. Ta plaża, piaszczysta, rozgrzana i gwarna, miała być miejscem naszego drugiego miesiąca miodowego. Naszym azylem od wszystkiego, co szare i codzienne.

WIDEO

player placeholder

Marzyłam o wakacjach

Siedziałam na wygodnym leżaku, w cieniu parasola, i próbowałam skupić się na czytanej książce. Okulary przeciwsłoneczne zsuwały mi się z nosa, a palce ślizgały się po okładce wilgotnej od kremu z filtrem. Igor wiercił się obok mnie na ręczniku, co chwilę zmieniał pozycję, wzdychał, przeciągał się i zerkał w stronę boiska do siatkówki plażowej, oddalonego od nas o kilkadziesiąt metrów.

– Ale nuda, co? – rzucił w końcu, siadając i otrzepując ręce z piasku.

Zobacz także

Spojrzałam na niego znad okularów, czując lekkie ukłucie irytacji.

– Przecież o to chodziło, żebyśmy odpoczęli. Nic nie musisz robić. Po prostu leż i słuchaj szumu fal.

– Ile można leżeć? – prychnął. – Człowiek musi się ruszać. Mam świetną kondycję, wiesz o tym. Zasiedzę się tutaj. Pamiętasz, jak grałem w lidze akademickiej?

Pamiętałam. To było niemal trzydzieści lat temu. Igor miał wtedy bujną czuprynę, kaloryfer na brzuchu i kolana, które nie trzeszczały przy każdym kucnięciu. Teraz miał lekką nadwagę, zakola i zadyszkę po wejściu na trzecie piętro. Może nie powinnam tak myśleć, ale czasem trudno mi uwierzyć, że to ten sam człowiek.

– Chyba pójdę tam do nich – wskazał palcem na grupę młodych ludzi, którzy właśnie zaczynali mecz. – Brakuje im jednego gracza do parzystej liczby. Rozruszam kości.

– Daj spokój – westchnęłam. – To są sami dwudziestolatkowie. Zmęczysz się, słońce grzeje.

– Przestań zachowywać się jak moja matka! – oburzył się, wstając gwałtownie. – Idę zagrać. Wrócę za pół godzinki.

Poszedł grać

Patrzyłam, jak idzie w ich stronę, starając się stawiać sprężyste kroki. Wciągnął brzuch i wypiął klatkę piersiową. Zrobiło mi się trochę głupio, ale i smutno. Dlaczego on wciąż musi coś komuś udowadniać? Gdzie się podział ten nasz spokój, którego tak bardzo pragnęłam?

Grupa na boisku składała się z trzech chłopaków i trzech dziewczyn. Dziewczyny miały skąpe bikini, długie, mokre włosy i gładką, opaloną skórę. Śmiały się głośno z każdego nieudanego serwisu. Igor podszedł do nich, zagadał coś z szerokim uśmiechem, a potem zajął miejsce na boisku, tuż obok uroczej blondynki, która wyglądała na zaledwie dwadzieścia lat.

Igor biegał po piasku z desperacją w oczach. Kiedy piłka leciała w jego stronę, rzucał się na nią z przesadnym zaangażowaniem. Kilka razy upadł, ale podrywał się z uśmiechem, który z daleka wyglądał jak grymas bólu. Co najgorsze, po każdej udanej akcji przybijał piątkę z blondynką, zawieszając na niej wzrok o ułamek sekundy za długo.

Słońce prażyło, a mój mąż grał już prawie godzinę. Widziałam, że jest czerwony na twarzy, pot spływał po nim strumieniami. Jeden z chłopaków z drużyny przeciwnej rzucił coś do niego ze śmiechem, pewnie sugerując przerwę, ale Igor tylko machnął ręką i znowu zajął pozycję.

Popisywał się

Zauważyłam, jak po jednym z jego niezgrabnych podskoków, blondynka wymieniła porozumiewawcze, kpiące spojrzenie ze swoją koleżanką. Widziały to. Widziały starszego pana, który próbuje być fajny, który pręży się i zgrywa luzaka, byle tylko zwrócić na siebie ich uwagę. Zrobiło mi się potwornie wstyd. Wstyd za niego, i wstyd za to, że ja tu siedzę, ignorowana, jako żona tego człowieka.

Czy to jest właśnie ten moment? Czy to początek końca? Przypomniałam sobie nasze ostatnie miesiące w domu. Mijaliśmy się w korytarzu, rozmawialiśmy tylko o rachunkach i zakupach. Kiedy próbowałam go namówić na wspólny spacer, zawsze był zbyt zmęczony. A teraz biega w upale za piłką, bo patrzy na niego obca, młoda dziewczyna. Jak to się stało, że tak bardzo się oddaliliśmy?

Nie chodziło o fizyczną zdradę. Chodziło o tę potrzebę, o ten głód bycia podziwianym przez kogoś młodego. O to, że moje spojrzenie, pełne akceptacji i miłości, już mu nie wystarczało. Chciał znowu poczuć się pożądany, młody, silny. A ja byłam tylko przypomnieniem jego własnego starzenia się. Czułam się przezroczysta, jakby już nie liczyło się to, co razem przeżyliśmy, ale tylko to, co mógłby jeszcze zdobyć.

Było mi go żal

W końcu mecz się skończył. Igor podał rękę chłopakom, pomachał wylewnie dziewczynom i powlókł się w stronę naszego parasola. Z bliska wyglądał fatalnie. Oddychał z trudem, miał piasek we włosach i na spoconych plecach. Opadł na ręcznik obok mnie, ciężko dysząc.

– Ale… ale pograliśmy – wydyszał, próbując uśmiechnąć się swobodnie. – Forma… forma wciąż jest.

Patrzyłam na niego w milczeniu. Na jego zaczerwienioną twarz, na to, jak unikał mojego wzroku, szukając w torbie butelki z wodą.

– Dobrze się bawiłeś? – zapytałam.

– Jasne. Fajni, młodzi ludzie. Mają energię – odpowiedział, odkręcając korek. – Trzeba trzymać rękę na pulsie, wiesz? Nie można dziadzieć.

– Szkoda, że dla mnie nie masz tej energii w domu.

Jego ręka z butelką zawisła w powietrzu.

– O czym ty mówisz? Przecież pracuję, utrzymuję nas

– Wiesz, o czym mówię. – Odwróciłam wzrok w stronę morza. – Widziałam, jak na nie patrzyłeś. I widziałam, jak one patrzyły na ciebie. Z litością.

Stał się pośmiewiskiem

– Z litością?! – oburzył się, choć jego głos brzmiał cienko i niepewnie. – O czym ty w ogóle… ty jesteś zazdrosna! O to, że zagrałem z młodymi ludźmi w siatkówkę! Oszalałaś.

– Nie jestem zazdrosna. Jest mi po prostu smutno – powiedziałam, zbierając swoje rzeczy do plażowej torby. – Smutno mi, że wolisz być pośmiewiskiem dla obcych dziewczyn, niż spędzić czas ze swoją żoną.

Wstałam, otrzepując sukienkę z piasku. Igor siedział bez ruchu, wpatrując się we mnie z zaskoczeniem. Nie odezwał się ani słowem, gdy odwróciłam się na pięcie i ruszyłam w stronę promenady. Wieczór w hotelu minął w lodowatej ciszy. Leżałam na łóżku, patrząc w sufit. Zastanawiałam się, jak długo można ciągnąć małżeństwo, w którym jedno z nas wciąż próbuje uciec od rzeczywistości, a drugie nie ma już siły tego oglądać.

Następnego dnia rano Igor wstał pierwszy. Wyszedł na balkon, a ja leżałam, udając, że śpię. Po śniadaniu wyszliśmy razem na plażę, ale nie odezwaliśmy się do siebie ani słowem. Każde z nas rozsiadło się na swoim leżaku, odwracając się plecami do siebie. Obserwowałam innych ludzi: zakochane pary, rodziny z dziećmi, starszych państwa, którzy trzymali się za ręce. Zazdrościłam im tej pewności, spokoju, zaufania – tego, czego nie potrafiliśmy już zbudować między sobą.

Zgubiliśmy się

W głowie miałam obrazy z naszej młodości: nasze pierwsze wakacje nad Bałtykiem, wieczorne spacery po molo. Gdzie to zniknęło? Kiedy po drodze zgubiliśmy siebie nawzajem? Zamiast rozmawiać, milczeliśmy. Wszystko było wymuszone, sztuczne.

Nawet nasze spojrzenia nie spotykały się już tak jak dawniej. Wiedziałam, że nie chcę tak żyć, ale nie miałam w sobie odwagi, żeby powiedzieć to głośno. Trzeciego dnia pogoda się popsuła. Morze falowało, niebo zasnuło się chmurami. Siedzieliśmy w hotelowym lobby, popijając gorzką kawę.

– Ela, wiesz… – zaczął niepewnie Igor. – Chciałem, żebyś była ze mnie dumna. Żebyś zobaczyła, że jeszcze coś potrafię, że nie jestem taki stary.

– Nigdy nie oczekiwałam, że będziesz wiecznie młody. Chciałam tylko, żebyś był przy mnie. A ty od miesięcy jesteś gdzieś obok, tak samo daleko, jak ci młodzi na plaży.

Westchnął ciężko, patrząc przez okno.

– Boję się, że już mnie nie zauważasz. Że nie jestem dla ciebie ważny.

– Myślisz, że ja się nie boję? Że nie martwię się, co będzie dalej? Ale nie próbuję uciekać do świata, do którego nie należę. Chcę być z tobą tu i teraz, nawet jeśli to już nie jest takie proste jak kiedyś.

Chcę spróbować od nowa

Nie wiem, czy te wakacje nas uratują. Wiem tylko, że nie chcę już udawać, że wszystko jest w porządku. Chcę rozmawiać, nawet jeśli boli. Chcę być widziana, słyszana i kochana – nie przez kogoś obcego, nie przez tłum, ale przez niego. Chcę, żebyśmy jeszcze raz spróbowali być dla siebie ważni.

Może nie wrócą już tamte emocje z naszej młodości. Może już nie będziemy dla siebie najważniejsi na świecie. Ale jeśli mamy się rozstać, chcę wiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, co się dało. Że nie uciekliśmy od siebie, tylko spróbowaliśmy jeszcze raz. Nawet jeśli to oznacza, że trzeba stanąć twarzą w twarz z własną bezradnością.

Wieczorem wyszliśmy razem na spacer. Szliśmy brzegiem morza, milcząc. Fale rozbijały się o brzeg, a ja czułam, że wreszcie nie jestem niewidzialna. Igor ścisnął mnie za rękę, nie patrząc w moją stronę.

– Dziękuję, że nie uciekłaś. – Jego głos był cichy, ale szczery.

– Ja też dziękuję, że próbujesz.

Elżbieta, 48 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: