Dla jednych moja historia będzie wydawała się banalna, dla innych może też głupia i tandetna. Wszystko zaczęło się dosyć prosto. Wstałam o 7:00 rano, rozsunęłam zasłony w salonie, spojrzałam przez okno i poczułam ukłucie. To nie był ból fizyczny, a raczej impuls do działania. Wzięłam głęboki oddech, wdech i wydech i uznałam, że koniec tego. Koniec mojego marnego wegetowania, oczekuję od życia znacznie więcej. To czas na zmiany.
WIDEO…
To nie był zwykły przypływ emocji. Każdy z nas ma czasem kryzysy tożsamości, wątpliwości, czy to, co robi, jest słuszne. Zmartwienia, które pulsacyjnie, gdzieś w okolicach skroni przypominają o swoim istnieniu. Ja miałam podobnie. Jednak tym razem, było inaczej.
Mój standardowy wywód o nienawiści do ciągłej rutyny, marudzenia, rosołu co niedzielę i sztucznych, korporacyjnych uśmiechów, przerwało powiadomienia z popularnej aplikacji. Podniosłam telefon i spojrzałam na wyświetlacz, który radośnie zamrugał do mnie kolorowym, ciepłym światłem. Zobaczyłam palmy, piękne niebo i lazurową wodę. U góry ekranu widniało hasło: Turcja bez tajemnic. Wyjątkowa oferta last minute.
To musi być znak od losu! Pokazałam moje znalezisko mężowi, chociaż wiedziałam, jak ta rozmowa się potoczy. Mirek byl gburem. Był nudziarze, tego nie da się ukryć. Nie kocham swojego męża, jestem z nim z przyzwyczajenia i bezpieczeństwa, ale nawet nie potrafię go polubić. Kiedyś taki nie był. Chciał zwiedzać świat, pokazywał mi, że jestem dla niego najwazniejsza, a dziś? Jedyne, co się dla niego liczy, to żeby obiad stał na stole i ukochana drużyna piłkarska trafiła piłką do bramki. Pomyślałam też, że może taki wyjazd pozwoliłby nam się odnaleźć na nowo? Może rajskie plaże sprawiłyby, że zakochamy się w sobie tak, jak zakochani byliśmy w dniu naszego ślubu? No, niestety. Tak, jak zakładałam, zderzyłam się ze ścianą. Gburowatą i markotną ścianą.
– Czy ty do reszty zwariowałaś? Przecież nie dostanę urlopu, a nawet, gdybym dostał, to nie mam ochoty nigdzie jechać. Tam jest ciepło... za ciepło i masa turystów. To nie jest dla nas. Znowu sobie coś wymyśliłaś i zawracasz mi głowę. Lepiej odpuść! – skwitował mój mąż.
Tak właśnie wyglądało moje życie
Miałam tego serdecznie dość. Moje życie to pasmo porażek, a jedną z nich jest związek z tym nudziarzem. Mam dopiero 40 lat, chcę zwiedzać, podróżować, kochać. A jedyne, co mam, to malkontenta, który nie potrafi docenić codziennego obiadu i szczytem kreatywności jest dla niego rowerowa wycieczka po parku. Błagam... przecież tak się nie da żyć.
Ostatnio nie układało nam się najlepiej. Właściwie, to przestałam już liczyć, od kiedy tak się sprawy mają. Jednak jednego byłam pewna, tym razem nie odpuszczę. Nie zastanawiałam się długo, tylko zaraz po rozmowie z mężem sprawdziłam, ile mam oszczędności i czy stać mnie na taką przyjemność. Na jego nieszczęście, miałam na tyle zaskórniaków, żeby pojechac na upragnione wakacje. Spakowałam walizki i tylko po mnie było. Pojechałam sama!
Lot miałam dosyć późno, ale minął mi przyjemnie. Do hotelu dotarłam około 20:00, więc załapałam się jeszcze na kolacje w bufecie. Byłam okropnie zmęczona, więc gdy tylko moja twarz dotknęła poduszki, usnęłam jak dziecko.
Rano obudziły mnie promienia słońca, które tak czule muskały mnie po ciele. Wstałam z nową energią, wypoczęta, zrelaksowana i gotowa na przygodę. Wyjrzałam przez balkon i zaniemówiłam. Widok był cudowny. Miałam pokój skierowany na hotelową plażę, która razem z ogrodem komponowała się zdecydowanie lepiej, niż było to zaprezentowane na ulotce. Poczułam, jak moje ciało napełnia się adrenaliną. Zabrałam lekkie kimono, zarzuciłam na plecy i pobiegłam na śniadanie.
To tam pierwszy raz go zobaczyłam
– Witam, mam na imię Jack, czy mogę pani jakoś pomóc? – głos mężczyzny dobiegał zza moich pleców, gdy wchodząc do bufetu, rozglądałam się za miejscem do siedzenia.
– Dzień dobry, jestem Zosia, miło mi. Właściwie to tak, szukam wolnego stolika – byłam lekko skołowana, bo Jack mówił do mnie po polsku.
– Świetnie Zosiu, w takim razie zapraszam za mną.
– Może to nieuprzejme, ale skąd znasz polski?
– Jestem Polakiem, wychowałem się w Polsce, uczyłem się tam, dopiero na studia przeprowadziłem się za granicę. Przedstawiam się jako Jack, bo zagranicznym turystom łatwiej jest to wymówić. Właściwie to nazywam się Jacek.
– Wiesz, Jacku. Bardzo dziękuję za tak uprzejme przyjęcie.
– Cała przyjemność po mojej stronie. Gdybyś czegoś potrzebowała, to tutaj masz mój numer – podał mi serwetkę. – możesz dzwonić, kiedy chcesz i prosić, o co chcesz – powiedział tajemniczo. A ja poczułam, że chce postawić wszystko na jedną kartę.
– A gdybym już teraz miała do ciebie prośbę? Tak się składa, że chciałabym spróbować nieco lokalnej kuchni. Nie tej hotelowej, a takiej, która pokaże mi, z czym się je Turcję. Czy znasz takie miejsca?
– Nie tylko znam, ale jeśli pozwolisz, to chętnie sie w nie zabiorę. To co? Zbiórka o 20?
– Świetnie, już nie mogę się doczekać – powiedziałam, lecz byłam nieco zawstydzona takim obrotem spraw.
Cały dzień moje myśli uciekały do słów Jacka
Do tego, jak pięknie pachnie, jaki jest przystojny i jak przyjemnie nam się rozmawiało. Przecież nie robię nic złego, prawda? Chcę tylko przeżyć przygodę, a Jacek chciałby mi pokazać, jak żyją lokalsi. Przecież, to nie jest zdrada... Sama siebie próbowałam oszukać.
Kolacja z Jackiem była cudowna. Zabrał mnie do naprawdę świetnych miejsc. Zajadałam się słodziutkimi owocami, piłam wino i wcinałam owoce morza, które podziałały na nas jak afrodyzjak. Nawet nie wiem, jak to się stało, że skończyliśmy u Jacka w mieszkaniu. Byłam tak odurzona chęcią tego, by znów poczuć się porządaną kobietą, że mało co pamiętam z tej nocy. Jedno jednak wiem. Było wspaniale. Czułam się wybitnie pięknie, bezpiecznie i cudownie.
Jacek był męski, ale też szarmancki. Zabrał mnie tam, gdzie mąż nigdy nie był w stanie mnie zabrać. Czy żałowałam? Nie. Nawet przez 1 minutę. Za żadne skarby tego świata nie cofnęłabym czasu. Zaczęliśmy się spotykać regularnie. Kiedy i gdzie tylko się dało. Wymienialiśmy się smsami, dwuznacznymi spojrzeniami w hotelowym lobby i uprzejmościami, gdy prowadził mnie do stolika. Wieczorami wymykaliśmy się, by dać ujście emocjom, które przez cały dzień trzymaliśmy w sobie. 7 dni. Tyle trwała moja rozkosz, a ja postanowiłam, że koniecznie chcę to powtórzyć.
Od naszego pierwszego spotkania minęły 4 lata
Przestałam już narzekać na męża. Skoro chce być starym kanapowcem, to niech gnije w salonie i ogląda mecze. Ja przynajmniej raz do roku pakuję walizki, kupuję bilety i lecę do mojego wakacyjnego kochanka. Mam podwójne życie, podwójną osobowość, ale jeden cel. Chcę być szczęśliwa. Nie mam wyrzutów sumienia, każdy z nas jest zadowolony.
Gdy jestem z mężem, czuję się, jakbym popadała w hibernację, która ustępuje, gdy tylko przekroczę prób pokłądu samolotu, który zabierze mnie prosto w ramiona mojego kochanka. Wiem, że kiedyś moja bajka się skończy, ale teraz o tym nie myślę. Żyję chwilą, jestem szczęśliwa, spełniona i niczego więcej mi nie brakuje. No, chyba że urlopu w pracy, by znów móc pojechać do mojego skarbu ukrytego w Turcji.
Zofia, 40 lat
Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.
Czytaj także:
- „Córka przyjechała do mnie na Dzień Matki z pustymi rękami. Dzień wcześniej podarowała teściowej drogą biżuterię”
- „Córka pojechała na festiwal i wróciła z nasionkiem w brzuchu. Nie wie, kto je posiał, więc o alimentach może zapomnieć”
- „W Dzień Dziecka mąż odebrał mi marzenia o byciu mamą. Ten łajdak kłamał w żywe oczy i ukradł mi 10 lat życia”



























