„Pomogłam bezdomnemu, dając mu czyste ubrania i obiad, ale to było za mało. Gdy straciłam czujność, okradł nas”
„Raz wspominał, że przydałby mu się śpiwór, innym razem marzył o ciepłej kurtce, bo nadchodziły chłodniejsze dni. Zawsze wręczałam mu trochę drobnych, często też mógł liczyć na pyszny, domowy obiad. Miałam poczucie, że robię coś dobrego”

- Listy do redakcji
Choć za oknem panował trzaskający mróz, to i tak postanowiliśmy z dzieciakami wyskoczyć po parę rzeczy do pobliskiego marketu. Opatuliłam ich dokładnie, mimo że mieliśmy iść zaledwie kawałek. Już miałam zasuwać furtkę, gdy nagle znienacka pojawił się przede mną mocno zaniedbany staruszek.
– Przepraszam, nie znalazłaby się jakaś makulatura albo chociaż parę pustych puszeczek? – zagadnął nieśmiało.
Facet sprawiał wrażenie totalnie zdesperowanego i przemarzniętego. Poczułam współczucie dla tego nieszczęśnika.
– Momencik, zerknę tylko – odpowiedziałam mu, po czym poszłam do domu i przyniosłam ze schowka wysłużony czajniczek oraz parę konserw.
Było mi go żal
Uprzejmie wyraził wdzięczność, a przy pożegnaniu zasugerował, aby odkładać dla niego te puszki, które co jakiś czas będzie zabierał. W ten sposób zaczęła się moja relacja z panem Heniem. Gdy minął pewien czas, zapukał do naszych drzwi. Spytał, czy nie mielibyśmy czegoś do przekąszenia.
Mimo że nasza sytuacja finansowa nie była najlepsza, gdyż zajmowałam się opieką nad dziećmi, a pensja męża ledwo starczała na podstawowe potrzeby, obydwoje byliśmy zgodni co do tego, że głodny człowiek zasługuje na posiłek. Dlatego daliśmy mu trochę jedzenia na drogę. Od tamtej pory, jeśli tylko mieliśmy czym się podzielić, przekazywaliśmy mu to. Jednak nie ograniczaliśmy się tylko do pożywienia.
Raz wspominał, że przydałby mu się śpiwór, innym razem marzył o ciepłej kurtce, bo nadchodziły chłodniejsze dni. Mówił mi, że od dwóch dekad jest samotnym wdowcem, a jego niewdzięczne dzieci skazały go na życie w nieogrzewanej komórce. Zawsze wręczałam mu trochę drobnych, często też mógł liczyć na pyszny, domowy obiad. Miałam poczucie, że robię coś dobrego.
On pomagał nam, a my jemu
Dostrzegłam, że za każdym razem, kiedy zdobywał jakąś gotówkę, od razu udawał się do sklepu, żeby kupić piwo. Zdarzało się, że od czasu do czasu zjawiał się u nas pod niewielkim wpływem alkoholu. Mimo to był pomocny i miły, więc stał się częstym bywalcem na naszym podwórku. Małżonek harował całymi dniami albo pracował w nocy i później odsypiał, dlatego dodatkowa para rąk do pomocy w gospodarstwie okazała się niezbędna.
Któregoś dnia Henryk grzebał w składziku z sprzętem ogrodniczym i odnalazł starą kosę. Wprawdzie od lat nikt z niej nie korzystał, ponieważ mieliśmy kosiarkę do koszenia trawy, ale ta kosa stanowiła rodzinną pamiątkę, gdyż należała jeszcze do mojego dziadka.
– Stępiła się. Zajmę się jej naostrzeniem.
– W porządku – odparłam i zbytnio nie zaprzątałam sobie tym głowy, ponieważ byłam zajęta dziećmi.
Wkrótce Henryk otrzymał również garderobę od mojego małżonka. Ciuchy były w świetnym stanie, ponieważ mąż niezbyt często je zakładał. Ja z kolei zaoferowałam, że od czasu do czasu mogę mu wyprać część garderoby, aby miał czyste ubrania i prezentował się porządnie.
Zniknęła nam pamiątka po dziadku
Pewnego weekendu w odwiedziny przyjechali moi teściowie. Mieszkają dosyć daleko, więc raczej nieczęsto do nas zaglądają. Teść poszedł po coś do drewutni, a gdy z niej wrócił, był zdenerwowany
– Gdzie podziała się nasza kosa? – zadał pytanie.
– Nie mam pojęcia. Nie znajduje się tam, gdzie zwykle? – byłam zaskoczona, ponieważ kompletnie wyleciało mi z głowy, gdzie mogłam ją zostawić.
Kolejnego ranka przyszedł do nas Henryk.
– Panie Henryku, pamięta pan kosę, która była w drewutni? Widział ją pan może? – zagadnęłam go.
Facet popatrzył na mnie, jego twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora, jednak stanowczo stwierdził:
– Nie, nie natknąłem się na żadną kosę.
Przed momentem coś mi zaświtało w głowie – jakiś czas temu, chyba z miesiąc, miał ją naostrzyć, ale zapomniałam o tym. Odpuściłam sobie dalsze drążenie tematu, bo całość robiła się trochę krępująca. Nie miałam ochoty snuć podejrzeń co do tego schorowanego, ubogiego staruszka.
Zaczął nas okradać
Zignorowałam to na początku, ale po jakimś czasie zauważyłam, że znikają mi przeróżne drobiazgi. Nasiona, które zostawiałam na moment na ławeczce przed wejściem, by za chwilę je wysiać, sprzęty do pracy w ogrodzie. Początkowo myślałam, że to pewnie sprawka dzieci. Jednak te dziwne zniknięcia rzeczy zdarzały się coraz regularniej i chociaż próbowałam to tłumaczyć moim rozkojarzeniem i wiecznie rozbrykanymi brzdącami, czułam, że coś tu nie gra. Dopiero po paru kolejnych incydentach byłam w stanie połączyć to z postacią nieszczęsnego pana Henryka.
Kiedy mój małżonek wrócił nad ranem z pracy po nocy i poszedł się zdrzemnąć, ja bez budzenia go zabrałam nasze pociechy na przechadzkę zaraz po posiłku. Akurat wtedy, gdy wychodziłam z domu, pojawił się Henryk. Od razu wziął się za przycinanie bujnie rosnących pędów winorośli.
– Mój mąż śpi w domu, a ja zaraz będę z powrotem – rzuciłam.
Minęła godzina i byłam z powrotem w domu. Henio zdążył się już zmyć. Mój małżonek oznajmił, że ledwo przekroczyłam próg, ktoś zaczął grzebać w szafkach. Obudziły go jakieś dźwięki dobiegające z kuchni. Kiedy tam poszedł, przyłapał naszego pomocnika na przeszukiwaniu kredensu. Facet próbował się tłumaczyć, że niby strasznie chciało mu się pić i dlatego wszedł na piętro. Zaraz potem czmychnął spłoszony.
Wypierał się wszystkiego
Parę dni później zauważyłam, że jedna z butelek wina, która zawsze stała w lodówce, nagle zniknęła. No tak, najwyraźniej Heniowi zachciało się pić! Facet zapadł się pod ziemię na mniej więcej półtora tygodnia, a potem wrócił i zachowywał się, jakby nic się nie stało.
– Słuchaj, Heniek – odezwałam się do niego ostrym głosem. – Nie może być tak, że chodzisz po mieszkaniu i grzebiesz w moich rzeczach. Istnieją pewne zasady, których trzeba przestrzegać. A poza tym, ostatnio zginęło nam wino z lodówki.
Wyglądał na zdziwionego, ale mąż postanowił go przycisnąć.
– Sam widziałem, jak szukał pan czegoś w kuchni po wyjściu żony.
– No mówię przecież, że tylko wodę piłem, nic więcej. Szklaneczkę wziąłem i tyle. Cholera, toście mnie teraz zirytowali tymi oskarżeniami, jakbym co najmniej szynkę wam zwędził! To co, mam was omijać szerokim łukiem od dziś?
– Aha, czyli jest pan niewinny? – zapytałam, patrząc na niego znacząco.
W duchu zastanawiałam się, jakim cudem był zorientowany co do miejsca, w którym trzymam szklanki, skoro jest taki święty.
– Tak czy owak, absolutnie nie wolno panu ruszać naszych przedmiotów bez pozwolenia.
Urażony, ponownie przepadł na dłuższy czas i muszę przyznać, że poczułam sporą ulgę. Sądziłam, że to już koniec jego wizyt. Ale gdzie tam, wkrótce miały mnie czekać następne nieprzyjemne sytuacje... Pewnego razu oczekiwałam odwiedzin znajomych, więc uznałam, że absolutnie muszę skosić trawnik przed domem.
To było bezczelne
Naszykowałam kosiarkę, ale nie udało mi się jej odpalić, ponieważ zadzwonił telefon. Pomaszerowałam z powrotem na piętro. zostały Dzieci zostały na podwórku. Gadałam przez jakieś dziesięć minut. Gdy z powrotem znalazłam się w ogrodzie, kosiarki już nie było.
– No i gdzie się podziała ta kosiarka? – zagadnęłam maluchy. – Mieliśmy jakichś gości?
– Wujek Heniek. Stwierdził, że zabierze ją do serwisu. – odkrzyknęła moja pociecha.
Zagadnęłam kobietę mieszkającą po drugiej stronie, czy zauważyła gościa, który u mnie czasem pracował w ogrodzie. Pytałam, czy widziała, jak opuszczał mój dom z tym sprzętem do koszenia. Potwierdziła, że faktycznie go widziała. Podobno miał jakiś wózek doczepiony z tyłu roweru. Coś na niego załadował i odjechał w siną dal. Teraz to mogę go szukać na próżno, przepadł jak kamień w wodę. Sąsiadka nie zwróciła na niego uwagi, bo była przyzwyczajona, że często się u mnie pojawia.
Od tamtej sytuacji założyliśmy dzwonek przy furtce i pilnujemy, żeby zawsze była porządnie zatrzaśnięta. Żyjemy w tym miejscu już trzy lata i zanim pojawił się ten rzekomy biedak, nigdy niczego nam nie brakowało. Najgorsze miało jednak nadejść.
Ta sytuacja dała mi niezłą lekcję. Nie mam pewności, czy znowu zdecyduję się nakarmić kogoś głodnego. Jeśli kiedykolwiek się na to zdecyduje, to na pewno nie pozwolę nikomu wejść na teren posesji.
Aldona, 38 lat