Reklama

Zawsze uważałam, że w rodzinie najważniejszy jest kompromis, ale kiedy usłyszałam, jakie imię na bierzmowanie wymyśliła moja synowa dla mojego wnuka, po prostu odjęło mi mowę. Do dziś, gdy o tym myślę, czuję palący wstyd przed sąsiadami i całą naszą parafią, a wielkie tłumaczenia Sylwii o głębokich wartościach brzmią w moich uszach jak najgorszy z możliwych żartów.

Zaczęło się od niedzielnego obiadu

To było wczesne popołudnie. Od rana krzątałam się po kuchni, przygotowując tradycyjny rosół z domowym makaronem i pieczeń, którą mój syn Adrian uwielbiał od dziecka. W powietrzu unosił się też słodki zapach szarlotki z cynamonem. Bardzo zależało mi na tym, aby ten dzień był wyjątkowy. Zbliżał się termin bierzmowania mojego jedynego wnuka, piętnastoletniego Kacpra. Dla mnie, osoby wychowanej w szacunku do tradycji, był to moment niezwykle doniosły. Chciałam porozmawiać o przygotowaniach, o stroju, o tym, kogo zaprosimy na uroczysty obiad po mszy.

Punktualnie o trzynastej usłyszałam dzwonek do drzwi. Sylwia, moja synowa, weszła do przedpokoju jak zwykle nienagannie ubrana, w płaszczu o kroju z najnowszego katalogu, poprawiając idealnie ułożone włosy. Adrian wyglądał na nieco zmęczonego, a Kacper od razu po przywitaniu zajął miejsce na kanapie, wpatrując się w ekran swojego telefonu.

Usiedliśmy do stołu. Atmosfera początkowo była bardzo przyjemna. Rozmawialiśmy o szkole, o nowej pracy Adriana i o planach na zbliżające się wakacje. W końcu nadszedł moment, na który czekałam. Nalałam wszystkim domowego kompotu z truskawek i chrząknęłam cicho, aby zwrócić na siebie uwagę.

– Słuchajcie, kochani – zaczęłam z uśmiechem. – Bierzmowanie tuż tuż. Pomyślałam, że to dobry moment, żeby omówić szczegóły. Kacper, czy zdecydowałeś już, jakiego patrona wybierzesz? Pamiętam, że twój dziadek miał na drugie imię Józef, to piękny i godny naśladowania święty.

Kacper wzruszył ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu komórki. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, głos zabrała Sylwia. Odłożyła sztućce, wyprostowała się i posłała mi jeden ze swoich wyuczonych, pobłażliwych uśmiechów.

Dla mnie to nie było „tylko imię”

– Wiesz, mamo – zaczęła Sylwia tonem, którego używała, gdy chciała mi uświadomić, że moje poglądy są przestarzałe. – Myśleliśmy o tym bardzo intensywnie. Uważam, że wybór imienia na bierzmowanie to nie jest tylko kwestia odhaczenia kolejnej tradycji czy zadowolenia starszego pokolenia. To musi być coś, co rezonuje z duszą młodego człowieka, coś, co oddaje jego unikalną ścieżkę rozwoju i wartości, którymi chce się kierować w nowoczesnym świecie.

Patrzyłam na nią zdezorientowana. Adrian w tym czasie nagle bardzo zainteresował się wzorem na moim obrusie, a ja poczułam pierwsze ukłucie niepokoju.

– Oczywiście, że tak – odpowiedziałam ostrożnie. – Dlatego Józef, patron rodziny i ciężkiej pracy, albo na przykład Franciszek, patron szacunku do natury, wydają się tacy odpowiedni.

– Zdecydowaliśmy się na coś bardziej oryginalnego – przerwała mi synowa. – Kacper przyjmie imię Brian.

Widelec z głośnym brzękiem wypadł mi z dłoni i uderzył o brzeg porcelanowego talerza. Zapadła głucha cisza. Spojrzałam na syna, potem na wnuka, a na końcu na Sylwię, mając cichą nadzieję, że się przesłyszałam.

– Słucham? – wykrztusiłam w końcu, czując, jak krew napływa mi do twarzy. – Jakie imię?

– Brian – powtórzyła z dumą Sylwia. – Święty Brian z Irlandii. Według naszych poszukiwań to postać, która idealnie wpisuje się w to, co ważne dla Kacpra. Walka o swoje przekonania, niezłomność, odwaga do bycia innym w szarym tłumie. To imię ma potężną wibrację.

Zamrugałam kilkukrotnie. Brian? W naszej małej, tradycyjnej parafii? Przecież to brzmiało jak imię bohatera z zagranicznego serialu dla młodzieży, a nie jak imię do sakramentu.

– Sylwio, błagam cię – powiedziałam, starając się opanować drżenie głosu. – Przecież ksiądz proboszcz nawet tego nie zapisze w księgach. Skąd wy w ogóle wzięliście świętego Briana? To brzmi zupełnie niepoważnie. Co powiedzą ludzie, gdy biskup wywoła go przed ołtarzem?

– Mamo, nie interesuje mnie, co powiedzą ludzie – oburzyła się synowa. – Ważne jest to, co czuje mój syn. Jesteśmy w dwudziestym pierwszym wieku. Ograniczanie się do polskich, oklepanych imion to blokowanie jego indywidualności. Zresztą, dokumenty już zostały złożone w kancelarii.

Spojrzałam na Adriana, szukając u niego wsparcia, ale on tylko westchnął cicho.

– Mamo, dajmy spokój. Skoro Sylwia i Kacper tak ustalili, to niech tak będzie. To tylko imię – powiedział mój syn, próbując załagodzić sytuację.

Ale dla mnie to nie było „tylko imię”. Czułam, jak z nerwów ściska mnie w żołądku.

Musiałam z kimś o tym porozmawiać

Reszta niedzielnego popołudnia upłynęła w napiętej atmosferze. Podałam szarlotkę, ale nikt nie miał już apetytu. Po ich wyjściu długo nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Chodziłam po mieszkaniu, wycierając kurze, których nie było, i wciąż powtarzałam pod nosem to niefortunne słowo. Brian. Kacper Brian. To brzmiało absurdalnie.

Wieczorem usiadłam do komputera. Nie jestem biegła w technologii, ale potrafię korzystać z wyszukiwarki. Wpisałam drżącymi palcami hasło „święty Brian”. Wyskoczyło mi kilka stron. Okazało się, że faktycznie, w zamierzchłych czasach był jakiś irlandzki król, Brian Boru, który bronił kraju.

W niektórych kręgach traktowano go jak męczennika. Ale nigdzie nie znalazłam oficjalnego potwierdzenia, że jest powszechnie uznanym, popularnym świętym w naszym kraju. Zadzwoniłam do mojej wieloletniej przyjaciółki, Danuty. Musiałam z kimś o tym porozmawiać.

– Danusiu, usiądź, jeśli stoisz – powiedziałam do słuchawki. – Zgadnij, jakiego patrona wybrała Sylwia dla mojego Kacpra.

– No nie wiem, kochana. Może jakiegoś Ignacego? Teraz wraca moda na takie stare imiona.

– Żebyś wiedziała, że wolałabym Ignacego. Wybrali imię Brian.

Po drugiej stronie zapadła cisza, a potem usłyszałam głośny, szczery śmiech Danuty.

– Ty żartujesz! Przecież to jak z tej amerykańskiej mody sprzed lat. Zaraz się okaże, że na trzecie dadzą mu Kevin!

Jej śmiech wcale mi nie pomógł. Piekły mnie policzki. Wyobraziłam sobie już te wszystkie szepty w ławkach, te zdziwione spojrzenia znajomych z kółka różańcowego. Dla Sylwii to była zabawa w nowoczesność i promowanie „indywidualności”, a dla mnie to była nadchodząca katastrofa wizerunkowa naszej rodziny.

Chciała tylko zgrywać nowoczesną

Kilka dni później Kacper wpadł do mnie po szkole. Zawsze lubił moje naleśniki z serem i brzoskwiniami. Siedział w kuchni, zajadając ze smakiem, a ja krzątałam się przy kuchence. Uznałam, że to idealna okazja, aby dowiedzieć się, co tak naprawdę siedzi w głowie tego chłopca. Przecież to on miał nosić to imię.

– Kacperku – zagaiłam łagodnie. – Powiedz mi szczerze, z tym Brianem... to naprawdę był twój pomysł? Jesteś aż tak zafascynowany historią Irlandii i tymi wszystkimi wartościami, o których mówiła mama?

Chłopak przestał rzuć. Popatrzył na mnie swoimi dużymi, bystrymi oczami, po czym uśmiechnął się pod nosem, wzruszając ramionami.

– Babciu, jaka historia Irlandii? – zapytał, popijając naleśnika herbatą.

– No, mama mówiła, że to dla ciebie symbol niezłomności i walki o przekonania – przypomniałam słowa synowej.

Kacper roześmiał się cicho i otarł usta papierową serwetką.

– Babciu, to mama dorobiła do tego całą ideologię. Ja gram w taką grę komputerową. Mój ulubiony bohater, którym najczęściej wygrywam turnieje w sieci, ma na imię Brian. Kiedy mama zapytała, jakie imię bym chciał na bierzmowanie, rzuciłem dla żartu, że Brian, bo jest najlepszy.

Oparłam się o blat kuchenny, czując, że brakuje mi tchu.

– I co dalej? – zapytałam słabo.

– No i mama wzięła to na poważnie. Stwierdziła, że to brzmi bardzo nowocześnie i że żaden inny chłopak w mojej klasie na pewno nie będzie miał tak oryginalnego imienia. Potem siedziała w internecie chyba przez dwie godziny, żeby znaleźć jakiegokolwiek świętego o tym imieniu, żeby w kościele się nie przyczepili. Znalazła tego króla i napisała takie długie podanie do księdza. Mnie tam wszystko jedno, babciu. Skoro mama jest zadowolona, to niech będzie ten Brian. Ważne, żeby mieć to już za sobą.

Byłam zdruzgotana. Te wszystkie wzniosłe słowa o wartościach, wibracjach i rozwoju osobistym były po prostu przykrywką dla faktu, że wnuk chciał mieć imię z gry komputerowej, a synowa chciała przyszpanować przed innymi matkami oryginalnością. To była jakaś farsa.

Wzrok księdza zapamiętam na zawsze

Dzień bierzmowania nadszedł szybciej, niż bym chciała. Kościół był wypełniony po brzegi. Świeżo wypolerowane posadzki odbijały światło żyrandoli, a w powietrzu unosił się gęsty zapach kadzidła i kwiatów, którymi ustrojono ołtarz. Siedziałam w trzecim rzędzie, ubrana w mój najlepszy kostium, ściskając w dłoniach mały modlitewnik. Moje serce biło jak szalone.

Kacper wyglądał bardzo elegancko. Miał na sobie granatowy garnitur i białą koszulę. Sylwia oczywiście założyła sukienkę, która bardziej pasowałaby na wielką galę niż do świątyni, ale starałam się na to nie zwracać uwagi. Rozpoczęła się uroczystość. Wszystko przebiegało zgodnie z planem. Młodzież po kolei podchodziła do biskupa, który w asyście naszego proboszcza udzielał sakramentu. Śpiewał chór, a atmosfera była naprawdę podniosła. Słyszałam kolejne imiona.

– Przyjmij znamię daru Ducha Świętego, Piotrze.

– Przyjmij znamię daru Ducha Świętego, Michale.

– Przyjmij znamię daru Ducha Świętego, Stanisławie.

W końcu nadeszła kolej na mojego wnuka. Kacper podszedł do biskupa. Adrian, jako świadek bierzmowania, położył mu prawą dłoń na ramieniu. Ksiądz proboszcz, który stał tuż obok, zerknął na karteczkę z imieniem trzymaną przez ministranta. Zauważyłam, jak jego brwi wędrują wysoko do góry. Przez chwilę panowała kompletna cisza. Ksiądz zamrugał oczami, przysunął karteczkę bliżej twarzy, jakby nie wierzył w to, co tam widzi.

Biskup również spojrzał pytająco na proboszcza. Zapadła dziwna, niekomfortowa pauza, która w moich uszach trwała całą wieczność. W ławkach za mną usłyszałam pierwsze ciche szmery i poruszenie. Sylwia w tym czasie stała w przejściu z wyciągniętym telefonem, nagrywając całą sytuację i uśmiechając się szeroko. Proboszcz odchrząknął znacząco i cicho szepnął coś do biskupa. Ten skinął powoli głową, choć na jego twarzy malowało się wyraźne zdziwienie.

– Przyjmij znamię daru Ducha Świętego... Brianie – powiedział w końcu biskup, a jego głos odbił się głośnym echem od kościelnych sklepień.

Przymknęłam oczy. Miałam wrażenie, że cała uwaga wiernych w kościele skupiła się w tym momencie na naszej ławce. Słyszałam szept pani Jadwigi, mojej sąsiadki z naprzeciwka: „Jak? Brajan? A co to za święty?”. Moje policzki płonęły. Z całych sił zacisnęłam dłonie na modlitewniku, modląc się tylko o to, aby ziemia się rozstąpiła i mnie pochłonęła. To były największe ciarki żenady, jakich doświadczyłam w całym swoim dorosłym życiu.

Ostatecznie to tylko imię, prawda?

Uroczystość w końcu dobiegła końca. Wyszliśmy przed kościół, gdzie wszyscy robili sobie pamiątkowe zdjęcia. Proboszcz przechodził obok nas i posłał mi bardzo wymowne, lekko współczujące spojrzenie, na które odpowiedziałam tylko nerwowym, przepraszającym uśmiechem.

Wróciliśmy do mojego mieszkania na uroczysty obiad. Sylwia promieniała. Pokazywała wszystkim nagranie z kościoła, zachwycając się tym, jak wyjątkowo zabrzmiało to imię na tle innych, „zwykłych” patronów. Adrian jadł w milczeniu pieczeń, wyraźnie zadowolony, że oficjalna część jest już za nim. Kiedy podawałam tort, Kacper podszedł do mnie i pomógł mi nieść talerzyki.

– Babciu, nie denerwuj się już – szepnął mi do ucha. – Wiem, że ci się to nie podobało. Ale obiecuję, że będę dobrym człowiekiem. Z Brianem czy bez.

Spojrzałam na niego. Był już prawie mojego wzrostu. Miał dobre serce, świetnie się uczył, zawsze pomagał mi z zakupami. W tamtej chwili, patrząc w jego uśmiechnięte oczy, zrozumiałam, że moja walka z nowoczesnymi pomysłami synowej i tak jest z góry skazana na porażkę. Świat się zmieniał, a wraz z nim zmieniały się obyczaje, nawet jeśli czasami przybierały formę, która wydawała mi się całkowicie pozbawiona sensu i dobrego smaku.

Usiadłam z powrotem do stołu, nakładając sobie duży kawałek tortu czekoladowego. Wciąż uważam, że dorabianie wielkich wartości do imienia postaci z gry komputerowej jest przejawem ogromnej pretensjonalności mojej synowej. Wstyd przed sąsiadkami pewnie potrwa jeszcze kilka tygodni, zanim znajdą sobie nowy temat do plotek na osiedlu.

Ale ostatecznie liczy się to, jaki Kacper będzie miał charakter, a nie to, jakie imię ma wpisane w parafialnych księgach. Choć do końca moich dni, gdy usłyszę imię Brian, przed oczami będę miała zdezorientowaną twarz naszego proboszcza i wyciągnięty telefon Sylwii.

Helena, 62 lata

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie podobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama