Reklama

Moje życie od zawsze toczyło się raczej w spokojnym tempie. Praca w niewielkiej korporacji, wieczory spędzane z dobrą książką, rzadkie wyjścia z dwiema najbliższymi przyjaciółkami. Nigdy nie byłam typem duszy towarzystwa, która bryluje na parkiecie i przyciąga spojrzenia wszystkich dookoła.

Lubiłam samotność

Może dlatego tak bardzo uciekałam w świat wirtualny, gdzie łatwiej było mi wyrazić siebie, ubrać myśli w odpowiednie słowa i nie martwić się o to, czy w danej chwili nie czerwienię się ze stresu. Kiedy założyłam konto w jednym z popularnych portali randkowych, nie miałam wielkich oczekiwań. Ot, chciałam sprawdzić, czy może gdzieś tam czeka na mnie ktoś, kto podziela moją miłość do włoskiej kuchni i długich spacerów po opustoszałym mieście.

Wtedy pojawił się Piotr. Miał trzydzieści lat, łagodny uśmiech na zdjęciach i coś, co od razu mnie zaintrygowało w jego profilu. Napisał do mnie jako pierwszy. To nie było zwykłe, banalne powitanie. Zamiast tego zaserwował mi błyskotliwy żart nawiązujący do mojego opisu. Odpisałam natychmiast, a potem wszystko potoczyło się lawinowo.

Nasze wiadomości szybko przestały być zdawkowe. Zaczęliśmy wymieniać się całymi esejami na temat życia, marzeń, ulubionych filmów i absurdów codzienności. Piotr miał niesamowity dar ubierania myśli w słowa. Jego wiadomości były jak miniaturowe dzieła sztuki.

Oczarował mnie

Potrafił mnie rozśmieszyć do łez jednym trafnym porównaniem, by za chwilę wzruszyć głęboką refleksją na temat natury ludzkiej. Czytałam jego wiadomości w drodze do pracy, podczas przerw śniadaniowych, a wieczorami z niecierpliwością odświeżałam skrzynkę odbiorczą.

Z każdym dniem czułam, że łączy nas coraz więcej. Rozumiał moje lęki, potrafił nazwać emocje, z którymi sama sobie nie radziłam. Był elokwentny, pewny siebie w tym, co pisał, a jednocześnie niezwykle wrażliwy. Pół roku minęło mi jak jeden dzień. W tym czasie zdążyłam się w nim zakochać. Tak, zakochałam się w literach na ekranie telefonu, w jego poczuciu humoru, w jego intelekcie.

Kiedy w końcu zaproponował spotkanie, moje serce zabiło tak mocno, że myślałam, iż wyskoczy mi z piersi. Zgodziłam się bez wahania, chociaż stres dławił mnie w gardle. Przygotowania do tego wieczoru przypominały operację logistyczną. Spędziłam godziny przed lustrem, przymierzając kolejne sukienki, by w końcu zdecydować się na tę, w której czułam się najbardziej sobą.

Wybraliśmy elegancką, ale przytulną restaurację wegetariańską w centrum miasta. Usiadłam przy stoliku w rogu, nerwowo obracając w dłoniach serwetkę. Kiedy wszedł, poznałam go od razu.

Coś się nie zgadzało

Wyglądał dokładnie tak, jak na zdjęciach. Wysoki, z ciemnymi włosami, w dobrze skrojonej marynarce. Wstałam, uśmiechając się szeroko, gotowa na ten magiczny moment, w którym nasze wirtualne światy wreszcie się połączą.

– Cześć, to ja – powiedziałam, wyciągając do niego dłoń.

Spojrzał na mnie, po czym szybko uciekł wzrokiem gdzieś w bok.

– Cześć – bąknął pod nosem, ledwie dotykając mojej dłoni. Jego głos był cichy, wręcz niesłyszalny.

Usiadł naprzeciwko mnie i zaczął wpatrywać się w blat stołu. Początkowo pomyślałam, że to po prostu stres. Przecież oboje denerwowaliśmy się tym spotkaniem. Postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i poprowadzić rozmowę, nawiązując do naszego ostatniego wątku o podróżach.

– Zastanawiałam się nad tym, co wczoraj pisałeś o architekturze Barcelony. Miałeś absolutną rację z tymi detalami – zaczęłam, uśmiechając się.

– Aha. No. Fajne miasto – odpowiedział, nadal nie podnosząc wzroku.

Czekałam na ciąg dalszy. Na tę iskrę, na ten błyskotliwy żart, na ripostę, którą zawsze miał w zanadrzu. Ale zapadła cisza. Gęsta, nieprzyjemna cisza, którą przerywał tylko brzęk sztućców przy sąsiednich stolikach.

Nie poznawałam go

Przez kolejną godzinę próbowałam wszystkiego. Rzucałam tematy, zadawałam otwarte pytania, nawiązywałam do naszych najzabawniejszych rozmów z ostatnich miesięcy. Piotr odpowiadał monosylabami. Nie potrafił złożyć pełnego, złożonego zdania. Siedział zgarbiony, a jego oczy nerwowo biegały po sali, unikając mojego spojrzenia jak ognia. Kiedy kelner przyniósł nasze dania, Piotr skupił się na jedzeniu z taką intensywnością, jakby to była najważniejsza czynność w jego życiu.

Gdzie podział się ten pewny siebie, elokwentny mężczyzna, który potrafił rozmawiać o wszystkim? Gdzie był ten błyskotliwy umysł, który fascynował mnie przez sześć miesięcy? Miałam przed sobą człowieka, który wydawał się być całkowicie inną osobą.

Moje serce napełniało się żalem i rosnącą frustracją. Przecież znałam go, a przynajmniej tak mi się wydawało. Dlaczego teraz traktował mnie jak obcą, przerażającą istotę?

– Co się dzieje? – zapytałam w końcu, kładąc widelec na talerzu. Mój głos drżał. – Czy zrobiłam coś nie tak? Czy jestem inna niż sobie wyobrażałeś?

Podniósł na mnie wzrok na ułamek sekundy, po czym znów spuścił głowę. Zauważyłam, że jego dłonie trzęsą się lekko.

– Nie. Ty jesteś… super – wydukał, z trudem łapiąc oddech.

– Więc dlaczego nie potrafisz ze mną porozmawiać? Gdzie jest ten facet, z którym pisałam przez pół roku? Ten, który potrafił mnie rozśmieszyć i zrozumieć jak nikt inny?

Nie wytrzymałam

Łzy same napłynęły mi do oczu. Zaczęłam płakać cicho, starając się nie zwracać uwagi innych gości restauracji. To był płacz z bezsilności, z ogromnego rozczarowania i z poczucia straty. Straciłam kogoś ważnego, chociaż ten ktoś siedział tuż obok. Piotr spojrzał na moje łzy i na jego twarzy malowało się przerażenie. Zaczął nerwowo przecierać twarz dłońmi, a potem wziął głęboki oddech.

– To nie byłem ja – powiedział nagle, a jego głos po raz pierwszy zabrzmiał nieco pewniej, choć wciąż był pełen napięcia.

Zastygłam. Łzy przestały płynąć, a ja spojrzałam na niego z niedowierzaniem.

– Co masz na myśli?

– Ja… nie potrafię tak pisać. Nie potrafię rozmawiać z ludźmi. Próbowałem wszystkiego, ale po prostu paraliżuje mnie strach przed oceną – zaczął mówić szybko, jakby chciał wyrzucić z siebie cały ten ciężar. – Kiedy do mnie napisałaś, poprosiłem brata o pomoc. On jest zupełnie inny. Przebojowy, wygadany, czyta dużo książek. Na początku miał tylko wymyślić jeden żart na powitanie. Ale potem zaczęłaś odpisywać. I to było takie wspaniałe. Czułem się, jakbym w końcu miał z kimś kontakt. Więc on pisał dalej każdą wiadomość. Siedzieliśmy razem, ja mówiłem mu, co mniej więcej czuję, a on ubierał to w słowa. To on z tobą rozmawiał, nie ja.

Dosłownie oniemiałam

Słuchałam tego wyznania, a w mojej głowie wirowało. Wszystkie te noce spędzone na czytaniu pięknych wiadomości, wszystkie te intymne zwierzenia, żarty, które stawały się naszymi wewnętrznymi tajemnicami. To wszystko było kłamstwem. Zostałam wciągnięta w okrutną grę, w iluzję, w której Piotr był tylko twarzą, a jego brat umysłem, w którym się zakochałam.

– Rozumiesz, co ty mi właśnie powiedziałeś? – szepnęłam, czując, jak dreszcz przebiega po moich plecach. – Zakochałam się w kimś, kto w rzeczywistości nie istnieje. Stworzyliście potwora Frankensteina z waszych dwóch osobowości. Jak mogłeś mi to zrobić?

– Przepraszam. Ja po prostu… tak bardzo chciałem być kimś, kogo pokochasz.

Wstałam od stołu. Nie miałam siły na krzyki, nie miałam siły na dalsze tłumaczenia. Czułam w sobie tylko ogromną, bezkresną pustkę.

– Nie pokochałam ciebie, pokochałam fikcję – powiedziałam, zabierając swoją torebkę.

Wyszłam z restauracji na chłodne powietrze. Ulica tętniła życiem, a ja czułam się, jakbym właśnie obudziła się z pięknego snu, który zamienił się w koszmar. Pół roku mojego życia zostało zbudowane na kłamstwie. Wirtualny świat po raz kolejny udowodnił mi, że słowa na ekranie mogą stworzyć każdy miraż, jaki tylko pragniemy zobaczyć. Szkoda tylko, że w zderzeniu z rzeczywistością te miraże pękają jak bańki mydlane, raniąc przy tym do żywego.

Aneta, 28 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także:


Reklama
Reklama
Reklama