Od lat nasze wakacje wyglądały dokładnie tak samo. Wybieraliśmy bezpieczne, znane miejsca, najczęściej na polskim wybrzeżu, gdzie znaliśmy każdą uliczkę i każdą kawiarnię. W tym roku postanowiłem to zmienić. Czułem, że nasze małżeństwo wpada w niebezpieczny letarg.

WIDEO

player placeholder

Poszliśmy na ugodę

Chciałem, żebyśmy przeżyli prawdziwą przygodę. Moim marzeniem była podróż samochodem przez Bałkany. Chciałem zobaczyć malownicze miasteczka, ukryte zatoczki, poczuć lokalny klimat i spędzić czas na prawdziwym poznawaniu nowych miejsc.

Dorota od razu przekreśliła moje plany grubą kreską. Twierdziła, że cały rok ciężko pracuje i na urlopie nie ma zamiaru się męczyć. Po wielu dniach trudnych negocjacji poszliśmy na kompromis. Zgodziła się na Chorwację, ale pod jednym, bezwzględnym warunkiem. Miał to być ogromny resort z pełnym wyżywieniem, kilkoma basenami i pakietem all inclusive.

Zobacz także

Choć czułem lekki zawód, zgodziłem się. Wierzyłem, że to i tak świetna baza wypadowa. Myślałem, że przecież hotel to tylko miejsce do spania, a dnie będziemy spędzać na zwiedzaniu magicznego Dubrownika, spacerach po Splicie czy podziwianiu Jezior Plitwickich. Zapakowałem do walizki swój najlepszy aparat fotograficzny, wygodne buty trekkingowe i mapy z zaznaczonymi punktami widokowymi.

Gdy wylądowaliśmy na lotnisku, uderzyło mnie gorące, suche powietrze. Wreszcie tu byliśmy. Autokar zawiózł nas do wielkiego kompleksu hotelowego, oddalonego o kilka kilometrów od najbliższej miejscowości. Ośrodek robił wrażenie, był piękny, nowoczesny, z rozległym ogrodem i ogromnym basenem.

Nie chciała jechać

Drugiego dnia wstałem wcześnie rano, pełen energii. Słońce dopiero wschodziło, a ja już planowałem naszą pierwszą wyprawę. Chciałem pożyczyć auto z wypożyczalni przy recepcji i pojechać wybrzeżem na południe. Kiedy z entuzjazmem opowiadałem o tym przy śniadaniu, żona spojrzała na mnie, jakbym zaproponował jej udział w maratonie.

– Znalazłem świetną trasę wzdłuż klifów. Zajmie nam to najwyżej godzinę w jedną stronę.

– Zwariowałeś? – oburzyła się Dorota. – Przecież dopiero przyjechaliśmy. Zapłaciliśmy za posiłki i atrakcje na miejscu. Nie będę tracić czasu na tułanie się w upale, skoro mam leżak dziesięć metrów od pokoju.

– Ale przecież nie przyjechaliśmy tu tylko po to, żeby leżeć – próbowałem argumentować. – Jesteśmy w jednym z najpiękniejszych krajów w Europie. Chcę coś zobaczyć.

– Ja przyjechałam wypocząć – ucięła temat ostro. – Ty rób, co chcesz, ale mnie w to nie mieszaj. Idę zająć nam miejsca przy basenie, bo zaraz nie będzie wolnych parasoli.

Skończyło się na tym, że spędziliśmy ten dzień dokładnie tak, jak ona zaplanowała. I kolejny. I jeszcze następny. Mój wymarzony wyjazd zamienił się w rutynę, która przyprawiała mnie o mdłości.

Wolała siedzieć w hotelu

Punkt ósma trzydzieści śniadanie w ogromnej jadalni, gdzie codziennie serwowano dokładnie te same potrawy. Potem walka o leżaki przy głównym basenie. Od dziesiątej do czternastej leżenie na słońcu. Dorota przewracała się z boku na bok, czytając czasopisma o życiu celebrytów, podczas gdy ja wpatrywałem się w linię horyzontu, za którą kryły się prawdziwe cuda natury, do których nie mogłem dotrzeć.

O czternastej szliśmy na obiad. Po obiedzie wracaliśmy na leżaki. Po południu przenosiliśmy się do hotelowego baru, gdzie dla zasady zamawialiśmy litry mrożonej herbaty, świeżo wyciskanych soków pomarańczowych i kawy z lodem, bo przecież było w cenie. Czułem się, jakbym został zamknięty w złotej klatce. Dni zlewały się w jedną, bezkształtną masę nudy.

Najgorsze było to, że morze znajdowało się dosłownie trzysta metrów od naszego basenu. Widziałem je każdego dnia. Błękitna, nieskazitelna woda zapraszała do kąpieli. Jednak plaża była kamienista i wymagała zejścia po stromych schodkach. Kiedy zaproponowałem, żebyśmy chociaż zrezygnowali z basenu na rzecz prawdziwej plaży, spotkałem się z kolejną ścianą.

– Nie zamierzam łamać sobie nóg na tych kamieniach – stwierdziła moja żona, poprawiając okulary przeciwsłoneczne. – Poza tym tutaj mamy blisko do toalety i baru po darmowe soki. Na plaży musielibyśmy za wszystko płacić.

– Mogę wziąć plecak. Kupimy wodę w sklepie, to nie kosztuje majątku – prosiłem.

– Nie. Tutaj jest wygodniej.

Dostosowywałem się

To słowo „wygodniej” zaczęło dudnić w mojej głowie jak natrętny refren. Uświadomiłem sobie, że nasza cała codzienność w Polsce wyglądała dokładnie tak samo. Zawsze wybieraliśmy to, co wygodniejsze, bezpieczniejsze, nie wymagające wysiłku. Przestaliśmy wychodzić do kina, bo wygodniej było włączyć telewizor w salonie. Przestaliśmy spotykać się ze znajomymi, bo wygodniej było zostać w dresach na kanapie.

Ten wyjazd, zamiast nas wyrwać z rutyny, tylko ją wyolbrzymił. Pokoje hotelowe, jadalnie i baseny na całym świecie wyglądają podobnie. Siedząc pod palmą w Dalmacji, równie dobrze mogłem siedzieć we własnym ogrodzie na przedmieściach. Nie czułem żadnej zmiany otoczenia, żadnego powiewu świeżości.

Zacząłem się dusić w tym perfekcyjnie zorganizowanym środowisku, gdzie animatorzy z uśmiechami przyklejonymi do twarzy prowadzili codziennie ten sam aerobik w wodzie, a z głośników leciały w kółko te same radosne hity. Mój aparat fotograficzny, z którym wiązałem tyle nadziei, leżał nietknięty. Nie miałem czego fotografować, chyba że chciałbym uwiecznić setny raz symetryczne ułożenie płytek na dnie basenu.

Miałem tego dosyć

Przełom nastąpił dziesiątego dnia naszego pobytu. Nie mogłem spać. Obudziłem się przed szóstą i wyszedłem na balkon. Powietrze było rześkie, a w oddali majaczyły zarysy wysp. Zdecydowałem, że mam dość. Postanowiłem wynająć skuter i pojechać samemu wzdłuż wybrzeża, chociaż na kilka godzin. Chciałem poczuć wiatr we włosach, zobaczyć prawdziwą architekturę, posłuchać języka tubylców na lokalnym targu. Ubrałem się po cichu, wziąłem plecak i aparat. Kiedy byłem już przy drzwiach, Dorota otworzyła oczy.

– Gdzie ty idziesz o tej porze? – zapytała zaspanym głosem.

– Jadę do pobliskiej wioski. Znalazłem wypożyczalnię skuterów obok hotelu. Wrócę na obiad – odpowiedziałem.

– Zostawiasz mnie samą? – usiadła gwałtownie na łóżku. – Przyjechaliśmy tu razem, na wspólne wakacje, a ty chcesz się włóczyć samemu?

– Prosiłem cię przez ponad tydzień, żebyś pojechała ze mną – przypomniałem jej. – Nie chcesz, szanuję to. Ale pozwól mi spędzić ten jeden dzień po mojemu.

– To egoizm! – podniosła głos. – Będę tu siedzieć jak idiotka, sama przy stoliku podczas śniadania, podczas gdy ty będziesz realizował swoje wymysły. Nigdzie nie idziesz, chyba że chcesz zepsuć resztę tego wyjazdu.

Myślała tylko o sobie

Patrzyłem na nią przez dłuższą chwilę. W jej oczach nie było krzty zrozumienia. Była tylko złość, że zaburzam jej idealnie ułożony, wygodny harmonogram. Zrozumiałem wtedy, że ona wcale nie potrzebuje mnie jako partnera do przeżywania czegokolwiek. Potrzebowała mnie jako statysty w swoim bezpiecznym świecie. Jako kogoś, kto potrzyma ręcznik, przyniesie zimny napój z baru i będzie tworzył iluzję udanego małżeństwa przed innymi gośćmi hotelowymi.

Odłożyłem plecak. Nie pojechałem. Nie z powodu strachu przed jej gniewem, ale dlatego, że w tamtym ułamku sekundy zdałem sobie sprawę, że żadna wycieczka skuterem nie naprawi tego, co zepsute. Wróciliśmy do rutyny. Poszliśmy na śniadanie, potem na leżaki. Siedziałem obok niej w pełnym słońcu, słuchając szumu basenowych filtrów, i czułem się najbardziej samotnym człowiekiem na świecie.

Ostatnie dni minęły w głuchej ciszy. Przestałem cokolwiek proponować, a ona uznała to za swoje ostateczne zwycięstwo nad moimi głupimi pomysłami. Pakowanie walizek odbyło się mechanicznie. W autokarze jadącym na lotnisko patrzyłem przez szybę na te wszystkie miejsca, których nie dane mi było odwiedzić. Góry, starożytne mury, urokliwe knajpki – wszystko to mijałem z prędkością osiemdziesięciu kilometrów na godzinę, mając świadomość, że zmarnowałem szansę na piękne wspomnienia.

Podjąłem decyzję

W samolocie Dorota przeglądała na telefonie zdjęcia, które zrobiła przez te dwa tygodnie. Były na nich wyłącznie kolorowe napoje, talerze pełne jedzenia, nasze stopy na tle basenu i lśniące lobby hotelowe.

– Było naprawdę wspaniale, prawda? – westchnęła zadowolona. – Za rok musimy poszukać podobnego miejsca w Turcji albo Egipcie. Widziałam, że mają tam jeszcze większe baseny.

Nic nie odpowiedziałem. Przymknąłem oczy, udając, że zasypiam. Moje myśli były jednak przeraźliwie trzeźwe i jasne. Przez te czternaście dni w teoretycznym raju uświadomiłem sobie prawdę, przed którą uciekałem od lat. Nie mieliśmy wspólnych celów, wspólnych pasji, ani nawet chęci pójścia na kompromis. Zrozumiałem, że to nie wakacje były problemem. Problemem było nasze życie, które zamieniło się w jedno wielkie, emocjonalne „all inclusive” – bez niespodzianek, bez wysiłku, ale i bez żadnego smaku i radości z odkrywania.

Mam wrażenie, jakbym przez te dwa tygodnie nie ruszył się z naszej domowej kanapy nawet na kilometr. Wróciłem z urlopu bardziej zmęczony i wypalony, niż kiedy na niego wyjeżdżałem. Walizki wciąż stoją w przedpokoju, częściowo nierozpakowane. Spoglądam na nie i wiem, co muszę zrobić. Jutro, kiedy Dorota pójdzie do pracy, zacznę szukać dobrego prawnika. Czas opuścić tę złotą klatkę, zanim całkowicie zapomnę, jak wygląda prawdziwy świat.

Karol, 41 lat

Historie są inspirowane prawdziwym życiem. Nie odzwierciedlają rzeczywistych zdarzeń ani osób, a wszelkie prawdopodobieństwa są całkowicie przypadkowe.


Czytaj także: